niedziela, 27 marca 2011

Filozofia domowa - Impresjonistyczne rozplatanie tęczy

"Łatwowierność bywa słabością dorosłego, lecz jest siłą dziecka".
CHARLES LAMB, Essays of Elia (1823), sub. Rozplatanie tęczy, Richard Dawkins

Przeczytałem niedawno ciekawy tekst. Przytoczę tutaj jego fragment. Jest to cytat z książki "Rozplatanie tęczy" Richarda Dawkinsa.  "Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie". Cytat ten przytoczony przez autora również w jego innej książce pt. "Bóg urojony" jest tam okraszony jeszcze lepszym epitetem. A oto on: "Należymy do nielicznych, którzy na tej loterii narodzin trafili na szczęśliwy los. Jak można w tej sytuacji mieć czelność skomleć na myśl o nieuchronnym powrocie do stanu, z którego tak wielu nigdy nie miało szansy wyjść?" (a chodzi właśnie o śmierć!) Rzeczywiście, chyba rację ma autor, stwierdzając, "że wielu ludzi tak mocno uczepiło się wiary nie dlatego, iż daje im ona pocieszenie, ale z powodu nacisków wychowawczych, jakim byli poddani, i z tego także względu, że wciąż nie uświadomili sobie, że niewierzenie jest również możliwym wyborem." No cóż. Dosadne słowa i bardzo interesujący punkt widzenia. Ciekawy jest też fakt, że bardzo wielu ludzi jakich spotkałem w życiu wyznaje podobną filozofię tym intensywniej, im bardziej żyją "pełnią życia". Żyją dla innych! Mają wiele niesamowitych, różnorodnych zainteresowań! A co do tytułowej tęczy! Przytoczę więc jeszcze w tym miejscu ciekawy eksperyment opisany przez Dawkinsa w "Rozplataniu tęczy", którą gorąco polecam wszystkim, wierzącym i niewierzącym; humanistom jak i materialistom. Po prostu wszystkim ciekawskim...
"Izaak Newton sprokurował w ciemnym pokoju swoją prywatną tęczę. Przez mały otwór w kotarze wpuścił promień słońca. Na jego drodze umieścił swój sławetny pryzmat, który spowodował, że promień świetlny przechodzący przez szkło rozszczepił się na szereg barw. Kiedy światło padło na przeciwległą ścianę pokoju, widać było wyraźnie wszystkie składniki widma. Newton nie był pierwszym człowiekiem, który stworzył własną sztuczną tęczę za pomocą pryzmatu, ale był pierwszym, który użył tego doświadczenia do zademonstrowania, że światło białe jest mieszaniną światła o różnych kolorach. Pryzmat rozdziela części składowe owej mieszaniny, ponieważ załamuje promienie pod różnymi kątami: niebieski pod ostrzejszym kątem niż czerwony; zielony, żółty i pomarańczowy pod kątami pośrednimi. Wcześniej sądzono, że działanie pryzmatu nie polega na rozdzielaniu kolorów istniejącej mieszaniny, ale na zabarwianiu światła. Newton rozstrzygnął sprawę w dwóch doświadczeniach, w czasie których światło przeszło także przez drugi pryzmat. W swoim "Experimentum crucis" za pierwszym pryzmatem umieścił przesłonę z wąskim otworem, przez który mogła przejść jedynie niewielka porcja otrzymanego widma, powiedzmy, światło czerwone. W efekcie przejścia promienia czerwonego przez drugi pryzmat otrzymano jedynie światło czerwone. Doświadczenie to wykazało, że światło podczas przechodzenia przez pryzmat nie podlega zmianom jakościowym; zostają jedynie rozdzielone jego składowe, normalnie występujące razem. W kolejnym z doświadczeń Newton obrócił drugi pryzmat o 180°. Kolory widma świetlnego, które powstały w wyniku rozpraszającego działania pierwszego pryzmatu, zostały zebrane w drugim pryzmacie. W wyniku tego otrzymano na nowo złożone światło białe". I w taki sposób tęcza została rozpleciona i zapleciona na powrót. Stała się czymś materialnym. Odarta została z elementów nadprzyrodzonych co i tak nie pozbawiło jej pierwiastka tajemniczości i poezji. Kto nie uwielbia patrzeć się na tęczę po burzy? A i tak niektórzy będą wierzyć, że tam gdzie ona zachodzi znajduje się zakopany garniec złota... Trzeba tylko uważać na karły! Bo one tego strasznie zawzięcie pilnują.
A jak to się ma do naszych pogadanek o malarstwie? Praktycznie każdej zapytanej przeze mnie osobie o skojarzenie kilku prostych pojęć tj. tęczy, efektów świetlnych i malarstwa - nasuwało się pojęcie "impresjonizm". Być może czytający to mają inne zdanie, ale ja przyznaję, że miałem takie samo właśnie skojarzenie. Więc skąd to się bierze? Co to jest ten impresjonizm? Bo słyszał chyba o nim prawie każdy. Według Wikipedii, "Impresjonizm" (fr. impressionisme łac. impressio 'odbicie', 'wrażenie') był to nurt w sztuce europejskiej, a później także amerykańskiej, który został zapoczątkowany przez grupę paryskich artystów studiujących w Atelier Gleyère oraz w Académie Suisse w drugiej połowie XIX wieku. Za początek impresjonizmu uznaje się I wystawę grupy artystów zorganizowaną w atelier fotograficznym Nadara w 1874 roku a najbardziej charakterystyczną cechą malarstwa impresjonistycznego było dążenie do oddania zmysłowych, ulotnych momentów czyli "złapania uciekających chwil". Nazwa kierunku została ironicznie nadana przez krytyka sztuki oraz dziennikarza Louisa Leroy i pochodzi od tytułu obrazu Claude'a Moneta "Impresja, wschód słońca". 
O Monecie i jego Giverny pisałem już wcześniej, więc nie bedę się nad tym dalej rozwodził ale przeciętny "widz-konsument" malarstwa właśnie z Monetem i jego "Impresją, wschód słońca", kojarzy sobie też pojęcie impresjonizmu. No to więc jak i dlaczego wiedza na temat fizycznej natury światła została w pewien określony sposób zastosowana przez początkowo niewielką grupę artystów malarzy i powstał z tego impresjonizm? Tak, to prawda, jednym z najistotniejszych czynników wpływających na rewolucyjną zmianę w stosunku przyszłych impresjonistów do malarstwa był rozwój techniczny i naukowy. Przykładowo, na początku XIX wieku pojawiły się m.in. nowe pędzle: twardsze, płaskie, wzmocnione stalową oprawą (wcześniej stosowano tylko okrągłe pędzle z miękkiego włosia), pozwalało to stosować mocniejsze pociągnięcia. W sprzedaży pojawiły się też pierwsze, znacznie tańsze od naturalnych, farby syntetyczne a także zaczęto stosować więcej koloru niebieskiego, który do tej pory był bardzo drogi (bo wytwarzany dotychczas produkowano z cennej lapis lazuli). Zaczęto używać sztalug plenerowych oraz przenośnych pudełek na farby i pędzle co ułatwiało wyjście w plener i wykorzystanie światła słonecznego. Postępy w optyce przyniosły również większą wiedzę na temat fizycznej natury światła. Jak opisałem to wyżej, już w XVIII w. Isaac Newton dowiódł za pomocą pryzmatu, że światło jest w istocie mieszaniną wszystkich barw tęczy, co było przełomem w fizycznej teorii barwy. We Francji, dzięki pracom chemika z królewskiej manufaktury gobelinów, Michela Chevreula (1786-1889), zostało sformułowane prawo równoczesnego kontrastu (w roku 1839): oko widząc jakąś barwę zawsze wytwarza barwę dopełniającą, a konsekwencją tego prawa jest stwierdzenie, że położone obok siebie na obrazie dwie dowolne barwy dopełniające oko widzi jako wzajemnie maksymalnie zróżnicowane. Inna konsekwencja jest wskazówką praktyczną: jeśli na obrazie znajdują się obok siebie dwie barwy dopełniające, to będą one się wyróżniać spośród wszelkich innych zestawień dwu barw. Impresjoniści korzystali jedynie z siedmiu podstawowych barw tęczy (czerwony, pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, indygo i fioletowy) i jako pierwsi mieszali je dopiero na płótnie, a nie jak ich poprzednicy na palecie. Wielki wpływ na impresjonistyczne dzieła miało wynalezienie i upowszechnienie się fotografii. Z jednej strony spowodowało to odejście od panującej od renesansu do akademizmu zasady możliwie jak najbardziej wiernego odwzorowywania detali, gdyż w tym zakresie malarstwo nie mogło wygrać z fotografią, a z drugiej zauważono, że często przypadkowa, pozornie niechlujna struktura kadrów oraz prześwietlenia i aberracje chromatyczne występujące w fotografii amatorskiej oddają lepiej nastrój chwili niż wystudiowane reguły kompozycji i kolorystyki tradycyjnych obrazów. Wzorując się na zdjęciach zaczęli oni w podobny sposób komponować swoje obrazy: ich kompozycje były otwarte, często stwarzały wrażenie przypadkowych wycinków całości. Postaci, czy drzewa ucięte w połowie, wywołały prawdziwą rewolucję na salonach. Ten nowatorski zabieg można też przypisać inspiracji artystów sztuką Japonii, która jako pierwsza zdecydowała się na tak "odważny" zabieg. Między innymi pewnie dlatego w domu Claude Moneta, w Giverny widziałem bardzo dużo obrazów i grafik japońskich. Impresjonizm położył trwałe fundamenty pod znakomitą większość sztuki, która po nim nastąpiła. Impresjonizm nie zgłębiał już żadnych metafizycznych problemów, nie próbował nawet przeniknąć poza kolorową powierzchnię codzienności, przeciwnie, skupiał się na powierzchowności, ulotności chwili, nastroju, oświetlenia, czy kąta widzenia. Generalnie, metodą twórczą impresjonistów był dywizjonizm czyli inaczej, nakładanie tuż obok siebie plam czystego koloru tak, iż z pewnej odległości zlewały się tworząc barwy uzupełniające.
Pokazany obok przykładowy obraz Claudea Moneta pod tytułem "Bordighera" jest niezwykle efektownym reprezentantem tej metody malarskiej. Dopiero w dużym powiększeniu (z bliska) widać, że na konarach drzew Monet umieścił duże plamy intensywnej błękitnej  barwy a na zaroślach plamy brązów i czerwieni. Dywizjonizm (fr. division, podział) był także metodą malarską rozwiniętą przez neoimpresjonistów w tzw. pointylizm. Obraz ten tak samo jak i powstanie metody dywizjonizmu wiąże się m.in. z artystycznymi poszukiwaniami Claude'a Moneta. Reasumując, wprowadzenie zasady dywizjonizmu było więc ewidentną konsekwencją odkryć fizyków na polu optyki (tj. rozbicia wiązki światła białego na barwy spektralne czyli po prostu rozplątania tęczy!). Ergo, Newton podłożył fundamenty pod impresjonizm! Niech żyje Newton!
I jeszcze jedna ciekawostka. A czy wiecie, że jeden z ojców impresjonizmu, Edouard Manet – nigdy nie stosował metody dywizjonistycznej. 
Źródła: Wikipedia.pl, Zdzisław Kępiński, "Impresjonizm", Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1982 r.; Richard Dawkins - "Rozplatanie tęczy" i Richard Dawkins - "Bóg urojony"

Rozważania na temat malarstwa - Troyon Constant - W drodze na targ

Dzisiaj przedstawię ciekawego artystę Constanta Troyon (28 sierpnia 1810 w Sèvres, zm. 21 lutego 1865 w Paryżu) – francuskiego malarza związanego z tzw. Szkołą z Barbizon, ale o tym później. Troyon malował wiejskie pejzaże, typowe dla barbizończyków. Mistrzostwo osiągnął w przedstawieniach zwierząt. Jego najlepsze prace powstały w latach 1850 – 1864, gdy z powodzeniem wystawiał je w paryskim Salonie. Był ulubionym malarzem Napoleona III, a w 1849 otrzymał nawet Legię Honorową. Jego uczniami byli Martin Léonce Chabry, Eugène Boudin i Léon Belly. Niestety, pomimo wielu sukcesów cierpiał pod koniec życia na depresję i zmarł przedwcześnie w 1865. Pochowany został na Cmentarzu Montmartre w Paryżu. Po śmierci Troyona, matka artysty ufundowała nagrodę jego imienia dla najlepszych studentów Ecole des Beaux-Arts malujących zwierzęta. Zwróciłem na niego uwagę prawie ćwierć wieku temu, kiedy dostałem w swoje ręce album z malarstwem z St.Petersburskiej a wtedy jeszcze leningradzkiej galerii Ermitaż. Był tam zaprezentowany na niewielkim zdjęciu przepiękny obraz Troyanta pod tytułem "W drodze na targ". Poniżej jego reprodukcja. 
Constant Troyon, Droga na targ, 1859
Obraz przedstawia sielankową scenę wiejską z kapitalnie uchwyconym nastrojem poranka. Główny plan obrazu ustawiony został przez artystę pod światło słoneczne. Silnie zamglone tło sceny ze zwierzętami, para buchająca z nozdrzy zwierząt i ludzi jednoznacznie wskazują na bardzo wczesną porę dnia. Przebiegający po prawej dolnej stronie obrazu pies, którego sylwetka ... wisi w powietrzu wspaniale podkreśla trójwymiarowy efekt układu postaci na płótnie. Ciepłe barwy farb z dominującymi kolorami zieleni chromowej, żółcieni, sieny palonej i różnych odcieni bieli wywołują efekt spokoju, ładu a także ciepła ... budzącego się dnia i życia. Kiedyś, prawie dwadzieścia trzy lata temu, obraz ten tak bardzo mnie zauroczył, że spróbowałem wykonać jego kopię. To jest to co zamieściłem na końcu tego wpisu. Namalowałem go w dwa dni za pomocą jednego małego pędzelka, wykorzystując jako wzór małe zdjęcie z tym obrazem z w/w albumu malarskiego made in USSR, które było w kolorach i tonacji również made in USSR. Szkoda, że nie było wtedy internetu...i takich kopii obrazów jak dzisiaj.
A teraz słów parę o tej ciekawej grupie malarskiej. Termin "Barbizończycy" albo "Szkoła z Barbizon" znany jest zapewne niewielu ludziom, którzy nie studiowali historii sztuki, Dotyczy on grupy francuskich malarzy, działających w latach 1830-1860 w okolicach Barbizon (stąd nazwa) i tworzących głównie pejzaże. Tej osobliwej grupie malarzy przewodniczył słynny Théodor Rousseau. Grupa postanowiła uciec od ekspansywnego miasta na wieś, aby uniknąć, jak uważali, związanej nieodłącznie z cywilizacją dehumanizacji. Jako swoje miejsce odosobnienia wybrali właśnie wioskę Barbizon w okolicach Fontainebleau, gdzie mogli bez skrępowania szukać natchnienia w naturze podczas spacerów po tamtejszych lasach. Większość Barbizończyków przeprowadziła się do wioski w latach 40-tych XIX wieku. Pejzażyści z Barbizon posługiwali się spokojną paletą ziemistych barw, a za pomocą cierpliwego kładzenia barwnych plam i smug uzyskiwali efekt migotania światła między gałęziami drzew. Rysowali przede wszystkim z natury, później dopracowując płótno w pracowni. Ich płótna były zwykle niewielkie (do metra szerokości). Trudno właściwie mówić o wyraźnej indywidualności poszczególnych twórców. Jedni malarze preferowali czysty pejzaż, inni decydowali się na portretowanie zwierząt, np. krów lub zwierząt leśnych. Jeszcze inni kierowali się w stronę naturalizmu, przedstawiając sceny z życia tamtejszych wieśniaków. Oprócz Théodore'a Rousseau i oczywiście Constanta Troyon w Barbizon malowali także: Camille Corot, Jean-François Millet, Charles-François Daubigny, Jules Dupré, Narcisse Díaz de la Peña a nawet Józef Szermentowski. Czyli całkiem niezła paczka świetnych malarzy! 
A teraz moja 23 letnia wersja "Drogi na targ":
Narazie tylko taka niedoskonała reprodukcja ale wkrótce spróbuję zrobić lepsze zdjęcie kopii obrazu.

środa, 23 marca 2011

Inspiracje - Jean-Louis Forain, trochę mało znany u nas francuski malarz.

"Po cóż być chamskim, uprzejmość pozwala na wszystkie odcienie impertynencji."
Jean-Louis Forain

Jean-Louis Forain (ur. 23 października 1852 - zm. 11 lipca 1931)- francuski malarz impresjonista oraz akwafortysta. Swoją karierę artystyczną rozpoczął jako karykaturzysta w jednym z paryskich magazynów. Wraz z chęcią poszerzania własnych horyzontów, Forin podjął się nauki na École des Beaux-Arts. Na uczelni jego nauczycielem był znany już nam od słynnych heter, Jean-Léon Gérôme a także malarz i rzeźbiarz Jean-Baptiste Carpeaux. W 1891 roku Forain poślubił Jeanne Bosc, która urodziła mu w 1895 roku syna. Wielki wpływ na pracę Foraina miał Honoré Daumier a także Edgar Degas. Swoje dzieła Forain wystawiał m.in na czterech wystawach impresjonistycznych które odbyły się w latach 1879-1884. Przez następne lata Forain tworzył prace przedstawiające sądy (chyba coś musiał jednak przeskrobać...) a także tworzył liczne satyry ówczesnego życia we Francji. W swoim czasie cieszył się we Francji całkiem niezłym szacunkiem i uznaniem. Niestety nie ma za wiele danych o tym artyście, nawet na serwerach francuskich. A szkoda. Bo swoim trochę chropowatym stylem przypomina mi w pewien sposób anglika Waltera Sickerta, oczywiście od tej dobrej strony. W 1931 roku Forain został nawet członkiem Royal Academy w Londynie. Jean Louis Forain zmarł w tym samym roku w wieku 79 lat. Poniżej kilka jego naprawdę ciekawych prac. Pierwsza to obraz zatytułowany "Klient". Czyż nie wpisuje sie on w nurt skandali tamtych czasów?
Kolejne przykłady ewidentnie wskazują na  inspiracje twórczością swojego nauczyciela, Edgara Degasa.
 
Czyżby jakiś sędzia zalazł mu za skórę? Bo u nas to nie wolno przebywać na sali sądowej w nakryciu głowy...
C'est La Vie, czyli takie jest życie... A jest ono piękne...
Trochę uproszczone, jakby niedokończone a jednak kompletne malarstwo. Są to obrazy niesamowicie nastrojowe, silnie przyciągające uwagę widza. Mnie osobiście skojarzyły się one z płótnami Waltera Sickerta vel "Jacka the Rippera".  Tak samo pozornie niedbale namalowane ale po pewnym zastanowieniu się, to w nich już nic nie trzeba poprawiać. Właśnie w tej postaci najlepiej przemawiają do wyobraźni widza. Kiedy Walter Sickert był u szczytu aktywności w Whitechapel, Forain miał tylko 36 lat. Przyznaję, że jest to zbyt daleko posunięta sugestia. Ale, kto to wie, może i on miał coś wspólnego z Camden Town Group.

niedziela, 20 marca 2011

Filozofia domowa - Maria Skłodowska-Curie też była kobietą...

Prawie sto lat temu, 29 października 1911 roku, Ernest Solvay, bogaty belgijski przemysłowiec, zorganizował  w Brukseli międzynarodową konferencję naukową poświęconą sytuacji, w jakiej znalazła się współczesna fizyka po publikacji prac Plancka i Einsteina z zakresu teorii kwantowej. Wzięło w niej udział dwudziestu jeden naukowców, a wśród nich byli geniusze tej miary co: Hendrik Lorentz, Ernest Rutherford, Henri Poincaré, Paul Langevin, Maria Skłodowska-Curie, Max Planck, Walther Nernst i oczywiście Albert Einstein, który był jednym z najmłodszych uczestników kongresu. 
Siedzą (od lewej): Walther Nernst, Marcel Brillouin, Ernest Solvay, Hendrik Lorentz, Emil Warburg, Jean Baptiste Perrin, Wilhelm Wien, Marie Skłodowska-Curie i Henri Poincaré.
Stoją (od lewej): Robert Goldschmidt, Max Planck, Heinrich Rubens, Arnold Sommerfeld, Frederick Lindemann, Maurice de Broglie, Martin Knudsen, Friedrich Hasenöhrl, Georges Hostelet, Edouard Herzen, James Hopwood Jeans, Ernest Rutherford, Heike Kamerlingh Onnes, Albert Einstein i Paul Langevin.

Nie będę tutaj opisywał dokonań naukowych poszczególnych uczonych bo ich dorobek naukowy aż zapiera dech w piersiach. Wystarczy tylko wspomnieć, że o większości z nich uczyłem się na moich studiach, a ukończyłem kiedyś chemię. Wspomnę za to dzisiaj o pewnej pikantnej historii związanej ze słynnym francuskim fizykiem Paulem Langevinem i Marią Skłodowską-Curie, uczestnikami tej właśnie konferencji.
Profesor Paul Langevin był błyskotliwym wykładowcą i doskonałym naukowcem. Uczestniczył w głównych badaniach początku XX wieku tj. teorii względności, mechaniki kwantowej i fizyki statystycznej. Podał teorię magnetyzmu i ruchów Browna, zbudował sonar. Kojarzył pozornie odległe od siebie zagadnienia. Bardzo go cenił Einstein. Ścieżki życiowe Paula i Marii wielokrotnie się przecinały. Mieszkali blisko siebie. Dzieci razem się bawiły i czasem spędzały wakacje. Paul uczył się z Marią w Sevres. Małżeństwo Langevina nie było udane, dochodziło w nim do awantur i rękoczynów. Jego żona, Jeanne, ubliżała mu w obecności innych, wykradała jego korespondencję od matki, miała pretensję, że zajmuje się nauką a nie przemysłem, czyli po prostu ...nie robił kasy. Paul z czasem zaczął cierpieć na kłopoty żołądkowe i wyczerpanie nerwowe. Trzeba też wiedzieć, że jego kariera naukowa blisko związana była z Piotrem i Marią Skłodowską-Curie. Po tragicznej śmierci Piotra Curie, Langevin związał się uczuciowo z Marią. Ale ujawnienie romansu tych dwojga naukowców wywołało skandal we Francji, gdyż Langevin był mężczyzną żonatym, ojcem czworga dzieci, cztery lata od Skłodowskiej młodszym. W lipcu 1910 roku Paul i Maria wynajęli dwupokojowe mieszkanie, w którym się spotykali a Maria namówiła Paula do separacji z żoną. Miała nadzieję na wspólne z nim życie. W sierpniu Jeanne przechwciła list napisany przez Marię do Paula i zagroziła opublikowaniem listu w prasie. Wówczas przyjaciel obu domów, Jean Baptoste Perrin, (francuski fizyk, laureat nagrody Nobla w 1926r.) podjął się mediacji. Starał się odwieźć ją od tych zamiarów. Jeanne obiecała spokój w zamian za rozłąkę Paula i Marii. Dochodzi do porozumienia stron. We wrześniu 1910 roku Maria Curie uczestniczyła w Międzynarodowym Kongresie Radiologii i Elektryczności w Brukseli, gdzie otrzymała zadanie przygotowania wzorca radu. W Kongresie tym brał też udział Langevin. Ale niestety Jeanne uznała, że wspólny pobyt Paula i Marii w Brukseli stanowił złamanie umowy i znów rozpoczęła swój szantaż. Z treścią listu zaznajomiła kilka osób a także obiecała też zabić Marię Curie! Historia jak w brazylijskiej telenoweli. Straszna baba.
Rok pózniej, w końcu października 1911 roku Maria Skłodowska-Curie uczestniczyła w Pierwszej Konferencji Solvaya, której przewodniczył holenderski fizyk Hendrik Lorentz. Konferencja dotyczyła promieniotwórczości i teorii kwantów. Maria nie przedstawiła referatu ale dyskutuje i zadaje pytania. Wtedy też dowiedziała sie o możliwości przyznania jej po raz drugi Nagrody Nobla. Poparcie dla przyznania Nagrody wyraziły między innymi takie sławy jak Poincare, Rutherford, Einstein. Oczywiście do Szwecji docierają informacje o wydarzeniach w które zamieszana jest Maria. Obawy o skandal niepokoją Szwedzką Akademię Nauk. 4 listopada 1911 jeden z największych dzienników paryskich, Le Journal, opublikował na pierwszej stronie artykuł Historia miłosna pani Curie i profesora Langevina, który rozpoczynały słowa: "Ognie radu, który promieniuje tajemniczo na wszystko, co go otacza, zrobiły nam niespodziankę. Wznieciły pożar w sercach uczonych, którzy z uporem studiują jego działanie; tymczasem żona i dzieci uczonego toną we łzach...". Rozpętano wówczas bezprecedensową nagonkę na cudzoziemską badaczkę jako na osobę rozbijającą "zdrową francuską rodzinę". Celowały w tym zwłaszcza brukowce francuskie. W reakcji na to Langevin wyzwał na pojedynek na pistolety redaktora naczelnego L'Oeuvre, Gustava Tery'ego ale na szczęście do strzałów nie doszło, gdyż Tery w ostatniej chwili skierował pistolet w ziemię. Dodatkowo, zdradzona żona pozwała męża o "zadawanie się z konkubiną w domu małżeńskim" a niejaki Appell, który był dziekanem Wydziału Nauk Ścisłych Sorbony, postanowił zwolnić Marię z pracy na Sorbonie. Zaproponował nawet jej wyjazd do Polski. Ale Maria oświadczyła, że jest Francuską i nigdzie nie wyjedzie. Wkrótce jednakże pod wielką presją i nieugiętym stanowiskiem córki, Appell ustąpił a dzięki postawie znajomych uczonej (m.in. Henriette Perrin i innych) niektórzy przeciwnicy Marii zmienili w końcu zdanie. Podobno z powodu skandalu Langevin-Curie odbyło się aż pięć pojedynków! Co ciekawe, ostatecznie rodziny Curie i Langevin złączyły się. Wiele lat później Michel Langevin, wnuk Paula, ożenił się z Hélène Joliot, wnuczką Marii Curie. Oboje, podobnie jak ich rodzice i dziadkowie, byli naukowcami (fizykami jądrowymi). Afera była więc co się patrzy. W efekcie, 5 listopada Komitet Noblowski zwrócił się z prośbą do Ambasady Szwedzkiej w Paryżu o informacje w tej sprawie. Odpowiedzi przesłane 5 i 7 listopada wystarczyły jednak by przekonać sekretarza Szwedzkiej Akademii, Carla Aurivilliusa, do przeprowadzenia głosowania. Wreszcie 7 listopada 1911 roku Komitet Nagrody Nobla podejmuje wniosek o nadaniu Marii Curie drugiej Nagrody, tym razem w dziedzinie chemii
Osiągnięcia uczonej są tak znaczące, że pozwalają przyznać tej samej osobie drugą Nagrodę Nobla. Agencja Reutera donosi o tym fakcie natychmiast, za to prasa francuska na ten temat milczy. Ale to nie koniec problemów naszej Marii. 22 listopada 1911 roku, dzień przed opublikowaniem w prasie listów, Maria Curie pyta wspierającego ją słynnego szwedzkiego chemika Arrheniusa czy powinna przyjechać do Sztokholmu i osobiście odebrać Nagrodę czy też może wstrzymać swój przyjazd. Arrhenius odpowiada, że w Szwecji nie daje się wiary w to co pisze prasa francuska i dlatego zostanie  przyjęta jak gość narodu. Ale wkrótce, bo już 28 listopada 1911 roku, tuż po opublikowaniu listów przez Terego i pojedynku Langevina, Arrhenius wysyła do Marii Curie list, w którym wyraża opinię, że lepiej będzie jeśli nie przyjedzie jednak ona do Sztokholmu. Nadmienia też, że gdyby Akademia Szwedzka wiedziała o istnieniu listów i miała podejrzenie że są one autentyczne, to z dużym prawdopodobieństwem nie przyznałaby jej Nagrody! Dlatego do czasu wyjaśnienia spraw osobistych Maria Curie nie powinna przyjeżdżać do Sztokholmu. Powinna także zrezygnować z przyjęcia Nagrody do chwili gdy zarzuty okażą się bezpodstawne. List ten przysporzył Marii Skłodowskiej-Curie wiele bólu. 
Odpowiadając na list Arrheniusa, Maria stwierdziła jednak, że nagroda została jej przyznana za osiągnięcia naukowe, to jest za odkrycie polonu i radu, dlatego pozostaje bez związku z jej życiem osobistym. Nie zamierza także z niej zrezygnować i przyjedzie na uroczystości. Trzeba również dodać, że jeden z członków Komitetu Noblowskiego, wielki szwedzki matematyk, baron Gustaf Mittag-Leffler, podobnie jak w 1903 roku był po stronie Marii Curie i bardzo ją wspierał w tych chwilach. 10 i 11 grudnia 1911 roku Maria Curie przybyła do Sztokholmu gdzie odebrała po raz drugi Nagrodę Nobla. Towarzyszyły jej siostra Bronisława i córka Irena. W ceremonii uczestniczył oczywiście król Szwecji Gustav. A po zakończonej uroczystości, 300 pań ze Szwedzkiego Zrzeszenia Wykształconych Kobiet wydało bankiet na cześć Marii Skłodowskiej-Curie. 
W grudniu sąd orzekł separację Langevinów z winy Paula a 29 grudnia 1911 Maria Curie trafiła do szpitala. Od lat cierpiała na ostre dolegliwości nerkowe. Były to niestety pierwsze objawy jej choroby nowotworowej związanej z pracami z materiałami radioaktywnymi. No i żeby nie było jej za mało kłopotów, w końcu grudnia brukowiec „L’Oeuvre” odkrywa, że podobno drugie imię Marii to Salomea – czyli jest ona ŻYDÓWKĄ, CUDZOZIEMKĄ. W środowisku szanującej się burżuazji francuskiej reputacja jej i córek była nie do naprawienia. Nadzieje na wspólne życie z Langevinem stają się nierealne. No cóż mamy jednak coś wspólnego z Francuzami... a i u nas także są pewne media, które specjalizują się w badaniach genealogicznych... To tyle o tej historii.
Na zakończenie przytoczę jednak jeszcze dwie wypowiedzi pewnego mądrego człowieka:
"Tak rozgniewał mnie sposób, w jaki motłoch waży się Panią atakować, że bezwzględnie musiałem dać upust swemu oburzeniu. (...) Chciałbym Pani powiedzieć, że bardzo podziwiam Pani wytrwałość, energię i uczciwość. Cieszę się, że poznałem Panią osobiście w Brukseli. (...) To wspaniale, że wśród nas znajdują się ludzie tacy jak Pani, jak Langevin, prawdziwe istoty ludzkie, w których towarzystwie można odczuwać radość. Jeśli motłoch nadal będzie Panią atakować, proszę po prostu przestać czytać te bzdury." A. Einstein do M. Curie, Praga, 23 listopada 1911 r.
W marcu 1913 roku, A. Einstein wraz z żoną Milevą odwiedzili Marię Curie w Paryżu.
"Minęło kilka tygodni - pisał później Einstein - od tych cudownych wydarzeń i moje małe szare komórki nadal są nimi pobudzone. Odczuwam głęboką wdzięczność dla Pani i jej przyjaciół za to, że pozwoliliście mi uczestniczyć w Waszym życiu. Nie wyobrażam sobie niczego bardziej inspirującego niż widok istot tej miary, żyjących wspólnie tak zgodnie. Wszystko w Pani domu wydało mi się tak naturalne, jak współgranie różnych części pięknego dzieła sztuki, i chociaż moja znajomość języka francuskiego jest zaledwie elementarna, nigdy nie miałem poczucia, że jestem wśród Was kimś obcym. Gorąco dziękuję Pani za czas mi poświęcony i błagam o wybaczenie, jeżeli czuła się Pani zaszokowana moimi nieokrzesanymi manierami". A. Einstein do Marii Curie, 3 kwietnia 1913.

Rozważania na temat malarstwa - Nana Edouarda Maneta

Dzisiaj będzie coś z dziedziny przełamywania dawnych i surowych obyczajów oraz w klimacie skandalisty Henri Gevrex, o którym pisałem już pod koniec stycznia br. Przedstawię ciekawy obraz olejny francuskiego malarza Édouarda Maneta z 1877 roku zatytułowany "Nana". Obraz znajduje się obecnie w zbiorach Kunsthalle w Hamburgu. A więc nie daleko stąd, bo tylko cztery godziny samochodem, jadąc po dobrych niemieckich autostradach. Namawiam więc do jego obejrzenia, bo ma swoją historię. A oto i on.
"Nana" - Édouard Manet, 1877; olej 115 × 264 cm 
Artysta przedstawił na nim młodą i piękną kobietę, która stoi przed lustrem i zajmuje się toaletą. Jej strój jest niekompletny, Nana ma na sobie krótki stanik bez rękawów, białą halkę, a na nogach jedwabne pończochy i buty na wysokim obcasie. Twarz ma zwróconą do widza i śmiało patrzy w jego stronę. Wyposażenie wnętrza sugeruje, że jest to buduar. Znaczną część obrazu wypełnia wygodna sofa z dwiema poduszkami, na której  siedzi sobie kompletnie ubrany, wytwory mężczyzna. Jego sylwetka częściowo znika za prawą krawędzią obrazu. Z lewej strony widoczny jest fragment krzesła z położoną na nim niebieską suknią, stolik z doniczką z kwiatem i lustro na stojaku. Dwie świece przy lustrze są zgaszone. Na ścianie znajduje się niebieski gobelin z ibisem na tle wody. Kompozycja dzieła jest otwarta, odbiorca ma wrażenie fragmentaryczności przedstawienia. Kolorystyka jest stonowana, przeważają odcienie brązów i błękitów z akcentami bieli. Do obrazu pozowała Henriette Hauser, aktorka i faworyta księcia Wilhelma Orańskiego.
Zarówno tytuł obrazu jak i jego liczne szczegóły sugerują, że obraz przedstawia luksusową prostytutkę i jej klienta lub opiekuna. Trzeba wiedzieć, że imię Nana było bardzo popularne w drugiej połowie XIX wieku wśród kobiet lekkich obyczajów a w języku francuskim słowo nana nadal jest dość frywolnym określeniem kobiety lub kochanki. Tak więc obraz przedstawia ewidentnie "kobietę lekkich obyczajów". Już to mogło w tym czasie szokować albo wzbudzać niemałe emocje. Natomiast obecność ubranego mężczyzny przy kobiecie w bieliźnie było wtedy uważane za co najmniej niestosowne. A pamiętacie obraz pod tytułem "Rolla" Gevrex, z przystojnym gościem w rozpiętej koszuli! Ale to były czasy! Bo także użyta przez malarza "Nany" symbolika jest dwuznaczna. Uwagę przyciąga falliczny kształt laski w rękach mężczyzny i przedstawienie ibisa na gobelinie, który w Biblii uchodził za nieczystego ptaka. Natomiast zgaszone świece mogą też oznaczać brak uczuć i sprzedajną miłość. Uwielbiam te interpretacje obrazów. Historia sztuki malarskiej oraz opisy stosowanej symboliki czasami przypominają mi tajniki kryminalistyki.
Manet miał zamiar wystawić ten obraz w paryskim Salonie, jednak odrzucono go ze względu na obrazę moralności. No bo jak to,  facet przed 24-tą i ubrany, siedzi sobie w meloniku, przy niemalże półnagiej kobitce i nie jest z nią w łóżku, a żony nie ma!. Toż to skandal! A jak pamiętamy, Gevrex wystawiał swoją "Rollę" zaledwie rok później i też go wyrzucili z Salonu. Dlatego uważam, że Francuzi mieli jednak pecha, bo posiadali wtedy wśród swoich jurorów, odpowiedników naszych współczesnych panów Ryszki i Bendera... Tytułem wyjaśnienia. Pewnie niektórzy pamiętają, że w maju 2006 r. ówcześni Senatorowie Czesław Ryszka (PiS) i Ryszard Bender (LPR) zwrócili się do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry o podjęcie kroków prawnych przeciwko rozpowszechnianiu filmu „Kod da Vinci”, gdyż — jak pisali — tworzy on zakłamany, pełen oszczerstw i nienawiści wizerunek chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego. „Dan Brown wykorzystuje ludzką niewiedzę, wprowadza do książki elementy pogańskich kultów, czerpie z apokryfów, snuje teorie spiskowe o początkach chrześcijaństwa, o masonerii z jej tajemną wizją świata". Ich zdaniem autorzy filmu „świadomie atakują chrześcijaństwo i wszelkie świętości". „Tym samym naruszają cześć ludzi wierzących, uderzają w nasze uczucia religijne, naruszają Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej". No właśnie. I to by było na tyle. 
A wracając do głównego wątku trzeba przyznać, że artysta miał jednak pecha tworzyć w tamtych czasach, bo wcześniej, już w 1863 roku, Jury tego samego Salonu odrzuciło mu dwa inne genialne dzieła tj. słynne „Śniadanie na trawie” i „Olimpię”. Dlatego więc, oburzony autor wystawił płótno z "Naną" na witrynie galerii przy Boulevard des Capucines, oczywiście wywołując tym samym skandal. 
Niestety, jak się okazało, społeczeństwo francuskie nie było przygotowane do tak jawnego poruszania tematu prostytucji. Krytycy nie dostrzegali niestety wówczas walorów artystycznych tych dzieł i koncentrowali się jedynie na przedstawionej na nich scenie. Dziś wydaje nam się nieprawdopodobne, że obrazy Maneta mogły wywoływać skandale a krytyków i społeczeństwo w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku tak bardzo szokował  realizm oraz niemal naturalizm zawarty w jego dziełach.
Jednym z obrońców Maneta był Emil Zola, który w 1880 wydał powieść pod tym samym tytułem stanowiącą dziewiąty tom cyklu Rougon-Macquartowie. Pomimo że, Zola i Manet znali się bardzo dobrze, nie ma jednak jednoznacznych dowodów na wzajemną inspirację przy wyborze tematu i tytułu. Jako puentę tego wpisu podam, że sam Zola trochę się jednak liczył z opinią publiczną, albowiem jego Nana skończyla bardzo nieciekawie. W finale swojej powieści Nana Zoli znika i krążą o niej tylko plotki, iż wyjechała podobno z rosyjskim księciem a tymczasem Nana w podłym hoteliku, potwornie oszpecona, umiera na ospę. Kiedyś oglądałem w naszej telewizji film nakręcony na podstawie tej ksiażki pod tym samym tytułem, "Nana" w reżyserii Dana Wolmana z 1982 roku. A jako ciekawostkę podam jeszcze, że w pierwszych wydaniach "Nany" Zoli, reprodukowany był jako ilustracja do jego książki, przepiękny obraz Augusta Renoira pt. "Loża". Jest to jedno z najsłynniejszych dzieł Renoira, które zostało wystawione zostało na pierwszej wystawie impresjonistów w 1874 r. 
"Loża" - Auguste Renoir, 1874; olej na płótnie 80 × 63,5 cm; Courtauld Gallery
Do obrazu pozowali zawodowa modelka, Nini o przydomku Guele-de-Raie ("rybi pyszczek") oraz brat malarza, Edmond a obraz uzyskał przychylne recenzje.

piątek, 11 marca 2011

Co na paletach ?

Według definicji sztuki z "Wstępu do historii sztuki" Władysława Tatarkiewicza, "...sztuka jest odtwarzaniem rzeczy, bądź konstruowaniem form, bądź wyrażaniem przeżyć – jeżeli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, bądź wzruszać, bądź wstrząsać." Dzisiaj doświadczyłem kilkukrotnie momentów wzruszenia i zadowolenia. Pierwszy raz, kiedy ujrzałem poprawiony, według moich, nie chwaląc się, wskazówek i ukończony już obraz Wiolety Nierody, z męczonymi przez nią drzwiami. To jest naprawdę ładny obraz.
Dopracowany w szczegółach, starannie pomalowany. Zupełnie inaczej potraktowany aniżeli pozostałe obrazy koleżanki Wiolety. Nasza malarka prezentuje już naprawdę poprawny poziom technik malarskich. Przyniosła także ciekawą martwą naturę z kwiatami w tonacji zieleni.
Ale nad nim jeszcze pracuje. Ona jest nienasycona malarsko i to widać. Poszukuje różnych form malarskich. Dużo rysuje pastelami. Jestem pełen uznania dla talentu i pracowitości. Z kolei druga pracusia, Stasia Gugałka, zaprezentowała bardzo udany portret "Wenus" namalowany na podstawie słynnego obrazu Botticellego. Przepięknej urody bogini wcale nic nie straciła ze swojego oryginalnego blasku. Poniżej portret symbolu kobiecości. Moje gratulacje.
Stasia podjęła się jeszcze jednego trudnego wyzwania. Rozpoczęła malowanie aktu kobiecego. Źródłem tematu jest pewna fotografia rosyjskiego grafika, a rozmach i szybkość z jaką realizuje ona ten temat zrobiły na mnie wrażenie.
Zapowiada się prawdziwy hit malarski. Aż nie mogę się doczekać. Może nawet odkupię go od Stasi. Pożiwiom, uwidim. Stasia rozmalowała się nam na dobre. Sięga po niebanalne, trudne technicznie tematy. Kiedy przypomnę sobie, jak męczyła się jeszcze rok temu, to doprawdy trzeba wyrazić wielki szacunek naszej koleżance z powodu jej imponujących postępów w sztuce malarskiej.
Nareszcie przybyła na nasze spotkanie nasza utalentowana artystka malarka Marysia Donart. A że samo nazwisko przecież zobowiązuje, to zaprezentowała swój nowy obraz z martwą naturą ze słonecznikami. Uroczy! Jaki dojrzały malarsko. Palce lizać. A słoneczniki wręcz kapitalne.
A na dokładkę okazało się, że rozpoczęła jeszcze nowy obraz z sielankową sceną rodzajową. Świetny pomysł z tą parą.
 
Oj, czuję jak będzie trudno przyznać pierwszeństwo nowo malowanym obrazom. Zwłaszcza, że znana już nam z wcześniejszych dokonań w seryjnej produkcji piesków, spółka bez ograniczonej odpowiedzialności, czyli Tadeusz Gołąb - Józef Wollek rozpoczęła zamaszysty pejzaż z wodą w świetle zachodzącego słońca.
No, no. Oni są naprawdę dobrzy! 
A nasza koleżanka Weronika Rybińska podjęła się nauki operowania suchymi pastelami. Wbrew pozorom, nie jest to prosta technika i wymaga od twórcy dość sporego wysiłku. 
Ale sądzę, że pod okiem samej mistrzyni pasteli, Wiolety, na efekty nie trzeba będzie długo czekać. I na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie z zapracowanej sali malarskiej.
Do następnego spotkania.

poniedziałek, 7 marca 2011

Rozważania na temat malarstwa - Pomarańczarka Aleksandra Gierymskiego

Przyjrzyjmy się dzisiaj ciekawemu malarzowi polskiemu, Aleksandrowi Gierymskiemu, (ur. 30 stycznia 1850 w Warszawie, zm. w okresie między 6-8 marca 1901 w Rzymie) – przedstawicielowi realizmu w malarstwie polskim, prekursorowi polskiego impresjonizmu. Młodszemu bratu Maksymiliana Gierymskiego, też świetnego malarza. Aleksander Gierymski ukończył w Warszawie szkołę średnią, a następnie szkołę rysunku. W latach 1868-1872 studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, którą ukończył ze złotym medalem. Wyróżnienie otrzymał za swoją pracę dyplomową Kupiec wenecki. W latach 1873-1874 przebywał we Włoszech, głównie w Rzymie. Tam powstały dwa jego pierwsze znane obrazy: Austeria rzymska i Gra w mora, które Gierymski przywiózł na początku 1875 do Warszawy i wystawił w Zachęcie. Oba obrazy wzbudziły zainteresowanie publiczności i krytyki. Najświetniejszy okres twórczości Gierymskiego przypadł na lata 1879-1888, które artysta spędził w Warszawie. W okresie tym związał się z grupą młodych literatów i malarzy spod znaku pozytywizmu, skupiających się wokół tygodnika "Wędrowiec". Rzecznikiem spraw malarstwa był na łamach tego pisma Stanisław Witkiewicz, który podjął walkę o należyte uznanie w społeczeństwie dla sztuki Gierymskiego. Obrazy Gierymskiego tworzone w okresie warszawskim, jak Pomarańczarka, Brama na Starym Mieście, Przystań na Solcu, TrąbkiPiaskarze i inne, mają tematy zaczerpnięte z życia biedoty Powiśla i Starówki. Wielka twórczość z okresu warszawskiego nie znalazła jednak dostatecznego zrozumienia w ówczesnym społeczeństwie polskim. Artysta niezrozumiany i niedoceniony w ojczyźnie, pozbawiony środków utrzymania, opuścił w 1888 Warszawę i wyjechał za granicę. Ostatnie lata życia Gierymskiego upłynęły we Włoszech. Z tego okresu pochodzą takie jego dzieła, jak Wnętrze bazyliki San Marco w Wenecji, Piazza del Popolo w Rzymie czy widoki Werony. Wyrazem gorzkich zawodów jest namalowany na rok przed śmiercią autoportret (to ten w nagłówku wpisu). Niestety obraz z autoportretem artysty jest zaginiony. Patrzył on na świat chłodnym okiem naturalisty, ale temperament miał bardzo burzliwy. I choć ostatnie lata swojego życia spędził w szpitalu dla umysłowo chorych, to jednak pozostawił po sobie dzieła unikalne. Jego obrazy to już realizm taki jak u Courbeta, nieunikający tematów życia, nawet tych "niskich", o których moglibyśmy powiedzieć, że są "źle urodzone". Zmarł między 6 a 8 marca 1901 w Manicomio, w szpitalu psychiatrycznym przy via Lungara w Rzymie. Został pochowany 10 marca 1901, na tamtejszym słynnym cmentarzu Campo Verano. Przedstawię teraz jego najsłynniejszy chyba obraz tj. Żydówkę z pomarańczami, która znana jest także pod innymi tytułami jako: Pomarańczarka, Przekupka z pomarańczami. Obraz ten, podobnie jak bardzo wiele innych polskich dzieł sztuki, został zrabowany podczas wojny przez okupantów niemieckich. Dzieło to powstało w latach 1880-1881 podczas pobytu artysty w Warszawie. Obraz Żydówka z pomarańczami przed II wojną światową znajdował się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Zaginął w latach 1939-1945. Według informacji "Gazety Wyborczej" obraz pojawił się w Niemczech, w małym domu aukcyjnym Eva Aldag w mieście Buxtehude pod Hamburgiem i miał zostać wystawiony na aukcji 27 listopada 2010. Wskutek interwencji polskiego Ministerstwa Kultury i Muzeum Narodowego w Warszawie obraz, wyceniony na 4400 euro, został zdjęty z aukcji. Właścicielka domu aukcyjnego twierdzi, że nie była świadoma wartości dzieła oraz że nie wiedziała, iż zostało ono zrabowane przez hitlerowców z Muzeum Narodowego. Skąd my to znamy. Albo kradli lub zabijali bo mieli takie rozkazy albo palą głupa, że nic nie wiedzieli, bo pewnie te durne polaczki im sami to w łapy wepchnęli za paczkę sucharów. Tylko Rosjanie mogliby im dorównać w tych łgarstwach! 
Na obrazie przedstawiona została ta sama Żydówka-handlarka, którą artysta uwiecznił na obrazie Żydówka z cytrynami (istniał również, zaginiony w latach 1939-1945, szkic olejny na płótnie Żydówka sprzedająca owoce przedstawiający tę samą żydowską handlarkę). Kobieta ma ubogie ubranie, na głowie czepiec, na ramionach przerzuconą chustę. Na rękach przewieszone dwa kosze z pomarańczami. W tle dachy warszawskich domów. Kobieta ma pełną powagi twarz. Uwypuklone policzki i zmarszczki potęgują efekt smutku i bezsilności, które wprost emanują z tej postaci. Swego rodzaju kontrastem są pomarańcze, których kolor jest odniesieniem do życia, do ciepła, do południowego klimatu. Malarz podpisał się w lewym dolnym rogu. Oprócz pierwszej litery imienia i nazwiska umieścił również nazwę miasta, w którym namalował obraz. Pewnie po tej aferze z Pomarańczarką o autoportrecie artysty i innych skradzionych dziełach sztuki możemy już zapomnieć...
Źródła: Wikipedia, www.pinakoteka.zascianek.pl

niedziela, 6 marca 2011

Filozofia domowa - Przemyślenia bezsennej nocy seniora na temat naszych pasji malarskich.

A teraz zapowiadany wcześniej felieton naszego wspaniałego kolegi Czesława Szyszki. Wszelkie wyróżnienia w tekście pochodzą od autora felietonu.
"Wśród wielu ułomności występujących w starszym wieku, świetnie wyłuszczonych w goszczącym już na łamach naszego bloga wierszyku poetki J ó z e f y  J u c h y pragnę zwrócić uwagę na dolegliwość bezsenności. W czasie tych przerw snu, zwłaszcza tych długich, kłębią się w głowie różne myśli, najczęściej o kłopotach z dnia  poprzedniego, ale też i inne rozważania na różne tematy, o których w toku codziennych zajęć nie ma czasu pomyśleć. Zaburzenia snu, spowodowane głównie zdarzeniami wywołującymi emocje bywają i w młodszym wieku, ale ich przemyślenia nocne dotyczyć będą głównie przyszłości. W starszym wieku natomiast, nocne przemyślenia skupiają się bardziej na przeszłości i ewentualnie na teraźniejszości, na ocenie tego co robiliśmy w przeszłości i obecnie. W niniejszej notatce postaram się podzielić moimi przemyśleniami w czasie takiej bezsennej nocy, ponieważ dotyczyły one właśnie naszej pasji malarskiej, motywacji naszego działania. Otóż w wyniku tych przemyśleń doszedłem do wniosku, że mamy do tego działania psychiczną potrzebę. Na marginesie dodam, że jeśli przeanalizujemy wszystkie nasze działania w życiu, to sprowadzają się one do ustawicznego zaspokajania naszych potrzeb. A jest ich mnóstwo. Z grubsza dzieląc rozróżniamy potrzeby fizyczne i psychiczne. W moich rozważaniach potrzebami fizycznymi nie będę się zajmował, są one oczywiste, m.in. aby żyć (fizycznie) trzeba m.in. jeść i pić (oczywiście jeść aby żyć a nie odwrotnie a jeśli chodzi o picie to raczej wodę mineralną a nie gorzelnianą). To tylko taka mała dygresja. Powracam więc do omówienia potrzeb psychicznych i to nie wszystkich, lecz tylko tych związanych z naszą działalnością malarską, a mianowicie: potrzebą przyjemnego działania, potrzebą tworzenia piękna, potrzebą społecznej akceptacji i potrzebą osobistej satysfakcji z tego co robimy. Potrzeba działania, ruchu, myślenia jest (wbrew obiegowym opiniom o naszym lenistwie - nie mylić z naturalną potrzebą odpoczynku) wrodzoną cechą każdego człowieka pod warunkiem, że robimy to co lubimy, to co nam się podoba. W praktyce bywa jednak tak, że w większości przypadków robimy to co z różnych względów robić musimy. Taka praca staje się wtedy zdobywaniem środków na to co lubimy, w tym środków na kupno lub tworzenie piękna. Nasze malowanie jest więc niejako azylem do działania pożądanego przez naszą psychiczną potrzebę. Idealnie jest wówczas gdy praca zawodowa, zarobkowa pokrywa się z naszymi zamiłowaniami - czyli potrzebami psychicznymi. Potrzeba tworzenia piękna może się wyrażać w różnych formach, w różnych postaciach, nie tylko przez malarstwo, czy rzeźbę. Np. architekt może zaprojektować piękny obiekt budowlany, stolarz może wykonać piękny mebel. Zresztą w każdym zawodzie można tworzyć piękne rzeczy pod warunkiem że się ma do tego odpowiednie warunki fizyczne a przede wszystkim warunki psychiczne czyli psychiczną potrzebę tworzenia piękna. W naszym przypadku tworzenie piękna przez malowanie może być celem, którego nie możemy pozyskać w innej pracy obowiązkowej. Potrzeba tworzenia piękna łączy się z potrzebą wewnętrznej satysfakcji z wykonania udanego dzieła. Udane działanie, dzieło zachęca nas do dalszego doskonalenia naszej pracy, daje poczucie wewnętrznego spokoju a nieraz radości. Ale najważniejszą wydaje się być potrzeba akceptacji społecznej na to co i jak robimy, przy czym nie chodzi tu absolutnie o bezkrytyczny aplauz na wszystko ale o rzetelną bezinteresowną ocenę. Obojętne zaś spojrzenie na to co robimy też może być gorsze od najsurowszej oceny. Surowa ocena bowiem pozwala, wręcz zmusza nas do samokrytycznej oceny naszego dzieła i naprawienia błędów. Bezkrytyczna pochwała zaś wszystkiego wcale nie pomaga lecz może utwierdzić nas w błędzie. Tak czy owak społeczna czy nawet grupowa ocena, zwłaszcza w tej dziedzinie jest niezbędna dla zaspokojenia naszej naturalnej potrzeby społecznej akceptacji. W moim przypadku (być może nie tylko) dodatkowego znaczenia nabierają nasze grupowe spotkania, które dodatkowo dają mi możliwość zaspokojenia psychicznej potrzeby kontaktu z grupą ludzi, w dodatku tak sympatycznych, życzliwych i tak wyrozumiałych dla moich ułomności. 
Czesław Szyszka, "Jezioro w Marianowie"
Rozważając potrzebę społecznej akceptacji w szerszym zakresie, nie sposób pominąć roli jaką odgrywa w naszym przypadku edytor naszego bloga kolega Bogusław. Jak bowiem inaczej można pozyskać akceptację społeczną każdego działania nie prezentując go publicznie? A kolega Bogusław czyni to wspaniale. Wprowadzając naszą Sekcję „na salony Internetu" uczynił nas dostępnymi niemal na całym świecie. Skrupulatnie prowadzi kronikę naszej działalności wraz z rzeczowymi komentarzami. W cotygodniowych felietonach prezentuje nam ciekawe postacie z różnych epok i różnych stron świata malarzy-artystów, ich style i techniki, które stanowią pewną inspirację do naszej pracy. Podziwiam Go też za elokwencję w wyrażaniu swoich opinii oraz za niesamowitą pracowitość, bo jak mi wiadomo, to nie jedyne jego czasochłonne zajęcie, ale widocznie taką ma potrzebę psychiczną, co zdaje się potwierdzać wymienianą już wyżej tezę o motywacji ludzkiego działania. Ja również pisząc niniejszą notatkę też miałem taką psychiczną potrzebę. Myślę przy tym, iż nie napisałem nic odkrywczego, ale warto nieraz pomyśleć nie tylko co i jak, ale czemu lub po co cokolwiek robimy, czyli o motywacji naszego działania. Skoro więc malowanie stało się naszą psychiczną potrzebą to malujmy, co własnym imieniem i nazwiskiem aprobuję i zachęcam."

25 lutego 2011 r.                                   Czesław Szyszka

W zasadzie to powinienem już tylko siedzieć cicho i dać sobie spokój z jakimikolwiek komentarzami. Ale trudno mi przejść nad tym tekstem obojętnie, skoro jest w nim i o mnie mowa. Chcę w ten sposób od razu, na gorąco, serdecznie podziękować mojemu drogiemu koledze za uznanie dla mojej pracy. Bardzo trafnie ocenił mnie Czesław. Ja także mam potrzebę wyrażania swoich uwag i spostrzeżeń związanych ze sztuką. Imponują mi Jego uwagi i refleksje dotyczące naszego wspólnego przeżywania malarstwa na cotygodniowych spotkaniach. Wszyscy uczestnicy sekcji weszliśmy w decydujący moment naszego życia. W jesień życia. Stąd m.in. nazwa naszego bloga "Autumn Art" - sztuka jesieni. Dla mnie osobiście, przemyślenia Czesława, przecież już 88 letniego, mądrego swoim długim życiem człowieka są niezwykle cenne. I dziękuję mu za to serdecznie. Sto lat drogi Czesławie. To dla mnie wielki zaszczyt że mam tak wspaniałego kolegę. Do zobaczenia w piątek na warsztatach malarskich. I muszę Ci jeszcze rzec, że rzeczywiście, zazdroszczę Twoim wnukom i prawnukom takiego dziadka.

Co na paletach ?

"Lubię pracę. Praca mnie fascynuje. Mogę siedzieć i patrzeć na nią godzinami".
Jerome K. Jerome

Moi przyjaciele z sekcji plastycznej jak widać także lubią pracę. W ostatni piątek 4 marca znowu przynieśli wiele ciekawych prac. Na początku zaprezentowała się koleżanka Krysia Bajorek. W swoim niezwykłym i charakterystycznym stylu wykonała trzy ciekawe prace. Portret i buty. Albo może ... spacerujący kapelusz. Wydaje mi się, że ona ciągle unosi się w oparach secesji. A niedawno nawet pisałem o tym trochę.
Innym razem, kiedy patrzę na jej obrazy to mam wrażenie, że Krysia tworzy kolorowe i mozaikowe wizje trochę z pogranicza abstrakcjonizmu i surrealizmu. Bynajmniej, nie można przejść obojętnie obok tych prac. Szkoda, że fotografia nie może oddać dokładnie nastroju jej obrazów. Bo w realu są imponujące.
Następna dama, która poświęciła się pięknej sztuce malarstwa, czyli Krysia Krawczyk, jak zwykle "zasypała" nas swoimi pracami. Ostatnio wykonała szereg prac na tzw. zamówienie. Przy okazji zaprezentowała je na naszym spotkaniu. Proszę popatrzeć. Niesamowite zwłaszcza są miniatury olejne wykonane na ... oryginalnych liściach kasztanowca.
 
 
 
Zaprezentowane niżej portrety trzech łbów (a dla miłośników tych zwierząt, twarzy) końskich przykryte były ochronną folią celofanową, stąd widoczne są delikatne refleksy świetlne. Ale nie umniejsza to ich wysokich walorów estetycznych. Za to koleżanka Maria de Weyher zaczęła eksperymenty z wytrzymałością obserwatora na anomalie grawitacyjne. Bo czy ktoś widział krzywe jezioro? A woda z niego bynajmniej wcale się nie wylewała... Był to jej celowy eksperyment wykazujący, że nasza wyobraźnia nie pozwala nam tolerować czegoś co mamy wyjątkowo trwale ugruntowane w pamięci naszego twardego dysku wewnątrz czachy. Oczywiście, zaraz to poprawiła, ale ubaw mieliśmy co się patrzy.
Rzeczywiście, nasz wzrok przyjąłby do pewnych granic przechylony horyzont ziemski, ale woda musi być już tylko poziomo. Kurcze! Jacy my jesteśmy niedoskonali? Na zakończenie pokażę jeszcze trochę obrazków LIVE. Wioleta Nieroda rozpoczęła swój nowy pejzaż z kwiatami polnymi.
Kwiaty jeszcze nie wyrosły ale trawa już tak. Za tydzień pewnie będzie o wiele ciekawiej. Natomiast załoga malarska naszej sekcji żyje atmosferą sztuki.
 
Krysia Bajorek pokazuje koleżance Weronice Rybińskiej, z ilu kropek i kółek składają się jej obrazy oraz jak należy trzymać blejtram, żeby było dobrze malować. A przygląda się temu z uwagą nasz znamienity nestor malarstwa, kolega Czesław Szyszka. I muszę tutaj powiedzieć, że Czesław przygotował specjalny felieton z  ciekawymi refleksjami na temat swojego malarstwa (tekst już otrzymałem), który zaprezentuję już wkrótce na łamach naszego bloga! Wszystkiemu z czujnością i czułością przyglądał się nasz Szef, Józef Wollek. Tak więc do następnego wpisu, którego głównym autorem będzie Czesław!

czwartek, 3 marca 2011

Inspiracje - mołdawski mistrz nastroju Włodzimierz Sorin


W dzisiejszych "Inspiracjach" mam wielką satysfakcję przedstawić niesamowity talent malarski. Zaprezentuję mało znanego mołdawianina Vladimira Sorina, na którego prace niedawno natknąłem się, kiedy przeszukiwałem nieskończone zasoby Internetu. Co dziwne, w sieci jest bardzo mało danych biograficznych o tym artyście. Nie znalazłem nawet jego osobistej strony internetowej.  To co zamieściłem poniżej poskładałem z kilku witryn ... amerykańskich. Wołodia Sorin urodził się w 1966r. w Kiszyniowie, czyli stolicy Mołdawii. Już za młodu ujawniony przez niego naturalny talent plastyczny umożliwił mu dostanie się do średniej Szkoły Plastycznej. Po jej ukończeniu uzyskał stypendium do Narodowej Akademii Sztuki, prawdopodobnie też w Kiszyniowie, którą opuścił uzyskując dyplom magistra sztuk pięknych. Potem pracował przy dekoracjach scenicznych w teatrze i wkrótce został dyrektorem artystycznym agencji reklamowej. A w tym czasie malował i tworzył nieprawdopodobnie piękne pejzaże.
 
Sorin stworzył swój własny styl malarski, który pozwalał mu przedstawiać jego tematy z fotorealistyczną jakością. Stosował przy tym tradycyjne techniki malarskie, które w połączeniu z miękkim światłem i ciepłymi kolorami, pozwoliły mu uzyskać nastrój romantycznego realizmu. Ciekawy jest fakt, że Sorin jest również zapalonym fotografem i mówi się, że pozyskuje w ten sposób wiele ze swoich pomysłów do obrazów, właśnie podczas jazdy na rowerze lub spacerując pieszo na wsi z aparatem. Od 1996 roku artysta sprzedał już ponad 800 obrazów a jego poetyckie pejzaże znajdują się w wielu kolekcjach w całej Europie i Ameryce. Popatrzmy więc na te klejnoty. Ja podziwiam zwłaszcza, jego niesamowicie nastrojowe nocne pejzaże miejskie.
 
 
 
 
 
 
 
Czystą przyjemnością jest oglądanie tych obrazów.

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.