poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Inspiracje - Wojciech Górecki

Dłubałem, dłubałem i wydłubałem wreszcie z sieci coś rewelacyjnego ! Sami popatrzcie co znalazłem ! Przyznam się szczerze, że oglądając strony lub blogi polskich twórców malarskich to ... nie ma tego za wiele. I myślę, że nie wynikało to bynajmniej ze względu na zbyt małą liczbę polskich artystów ale chyba raczej z niewielkiej oferty takich stron internetowych, na których można byłoby zaspokoić swoją ciekawość sztuki. W sieci jest trochę witryn, gdzie prezentują się twórcy preferujący raczej malarstwo współczesne ale tak naprawdę jak na lekarstwo można spotkać twórców uprawiających malarstwo klasyczne, realistyczne czy nawet postimpresjonistyczne, czyli takie na ścianę w salonie. Jak dotąd, pokazałem na naszym blogu prace amerykańskich artystów: Mitcha Bairda i Daniela Gerhartza, przedstawicieli chyba postimpresjonizmu. Zasygnalizowałem także postać Johna Sargenta Singera. A zacząłem już przygotowywać wpisy o innych moich ulubionych twórcach, takich jak Jeremy Lipking czy Scott Burdick. Wpisy o nich przedstawię w maju. Dlatego bardzo się ucieszyłem, gdy zobaczyłem na portalu Art Renewal Center, że wśród wyróżnionych w ARC Salonie za 2008/2009 rok artystów jest Polak, Wojciech Górecki, absolwent Gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. A to jego nagrodzone "Stogi marcowe".
 
    Marcowe Stogi - Wojciech Górecki

Nareszcie jest twórca, który ma odwagę malować coś co wymaga zarówno doskonałego warsztatu malarskiego, wrażliwości na piękno, wyczucia barwy jak i fantastycznej precyzji w odtworzeniu natury i nie zważa, że to ... niemodne. Że to podobno tylko malarstwo ... na sprzedaż. A ja tak naprawdę to mam dosyć tego tzw. malarstwa współczesnego, gdzie często zwykłe braki warsztatu przykrywa się ... "oryginalną manierą" czy tak zwaną wizją "skrótu myślowego" artysty. Bo jeśli już ktoś chce naśladować Picassa, to niech najpierw pokaże tak jak on, że potrafi również  malować rzeczywistość i naturę a potem niech wymyśli coś oryginalnego a nie kopiuje innych, których bohomazy wystawiane są często w Galeriach za astronomiczne ceny. A tak na marginesie, to czasami myślę, że tutaj chodzi bardziej o pranie brudnych pieniędzy a nie o samą sztukę. Ale do rzeczy. Zachwyciłem się pracami Pana Wojciecha Góreckiego, bo nareszcie miałem okazję zasmakować czegoś pięknego, malowniczego, wręcz hipnotyzującego. Kiedyś podobne wrażenie odniosłem studiując obrazy Chełmońskiego czy Wierusza-Kowalskiego. I nie chodzi tutaj o poważną próbę porównywania prac Pana Wojciecha z dziełami mistrzów, albowiem nie mam do tego prawa, przede wszystkim ze względu na brak kompetencji, a sądzę że i on sam by zaprzeczył przez skromność. Ale jako zwykły widz i miłośnik malarstwa, mam niezbywalne prawo wyrazić w ten sposób swój zachwyt nad cudownymi obrazami z plenerami krajobrazu nad biebrzańskiego, Żuław czy widoków odległej Syberii. Zapraszam wszystkich na bloga Pana Wojciecha Góreckiego http://www.plein-air-painting.eu/pl/blog.html, w którym ujrzycie kilkadziesiąt przepięknych realistycznych prac. Jestem pewien, że posłużą nam one jako inspiracje w naszej zabawie w malarstwo. A sam twórca ? No właśnie ... niezależnie od tego, czy chce czy nie, i tak już zapisał się w naszej i nie tylko naszej pamięci. Bo wiem, że kiedy wymienię nazwisko Lipking czy Gerhartz, to zawsze pomyślę, a jak będzie trzeba to i wymienię nazwisko Górecki. Bo to jest naprawdę świetne malarstwo. Więc czekamy z niecierpliwością na dalsze prace naszego mistrza Góreckiego.

piątek, 23 kwietnia 2010

Co na paletach ?

Dzisiaj naprawdę marnie, jeśli chodzi o malowanie. Malowało się bardzo niewiele. Za to bardzo ładną pracę, już ukończoną, przyniosła Janina Wołoszańska. Jej uroczy pejzaż Połoniny Caryńskiej w naszych Bieszczadach w niczym nie ustępuje profesonalnym pracom. Sami popatrzcie !
 
Przyszedł również kolega Czesław Szyszka i pochwalił się przepysznym widoczkiem wiosennego sadu. Ustaliliśmy komisyjnie, że to kwitnące drzewa czereśni a precyzja wykonania u Czesława jest jak zwykle imponująca.
 
Praktycznie, to jedynie Wioletka Nieroda i Stasia Gugałka rozpoczęły malowanie, ale i one uległy trendowi niemalowania pozostałej części grupy. Tak, że tylko dla porządku i z obowiązku zaprezentuję jedynie początek pracy Wiolety, bo Stasia kontynuowała portret Chopina i niestety nie udało mi się zrobić jego zdjęcia.
 
Za to cała uwaga naszej grupy, zwrócona była dzisiaj wyjątkowo, na naukę i szkolenie. Właśnie dzięki, jak zwykle, niezawodnemu internetowi, udało się nam podejrzeć jak malują doświadczeni artyści. Podziwialiśmy m.in. jak maluje przesympatyczny amerykański malarz Bill Alexander, którego filmiki z demonstracjami malarskimi, można podejrzeć na You Tube. Ten starszy pan robił to z takim wdziękiem, że z wielkim zainteresowaniem oglądaliśmy jak maluje przepiękne pejzaże, jakie stosuje przy tym sztuczki w celu osiągnięcia niesamowitych efektów na płótnie. Uważam, że to nam się bardzo przyda w praktyce. Większość członków naszej grupy zauważyła, że tricki stosowane przez Alexandra, da się zastosować również w naszym malowaniu. I to jest najważniejsze. Trzeba podglądać lepszych i od nich się uczyć ! A tak wyglądała lekcja ...
 
Dla zilustrowania naszych lekcji malarskich chciałbym jeszcze przedstawić ciekawą stronę, innej amerykańskiej artystki Cindy Procious, która namalowała przepiękna martwą naturę z jabłkami w wiklinowym koszyku. Amerykanie mówią na takie koszyki "Nantucket basket", dlatego oryginalna nazwa obrazu to "Apples in a Nantucket Basket". Poniżej zaprezentuję jedynie kilka zdjęć z procesu malowania tego obrazu.
Na stronie o adresie: http://artstudiosecrets.com/demonstrations/oil-painting-still-life-apples-in-a-nantucket-basket/  zaprezentowane zostały wszystkie etapy tworzenia tego obrazu. Zapraszam do przestudiowania tych zdjęć, bo mogą się przydać w praktyce. Naprawdę warto. Gorąco również namawiam do przeglądnięcia zamieszczonych na serwisie YouTube.com  innych filmików z demonstracjami malowanych obrazów. Jest ich tam naprawdę bardzo dużo. Wystarczy wpisać jakieś słowo kluczowe np. oil painting a wyświetli się kilkadziesiąt przykladów z demonstracjami prac dotyczących malarstwa olejnego. Poniżej pokażę fragment okna ze stroną WWW serwisu YouTube.com, gdzie wpisałem przykładowe słowo "oil painting". Jak widać, zaraz pokazały się odnośniki do filmików z demonstracjami prac z malowania obrazów.
 
Proszę spróbować samemu. Niestety trzeba stosować pisownię angielską, albowiem polskich filmów jest jak na lekarstwo. Ale takie słowa jak: acrylic painting, watercolor, paintings, art, paint z powodzeniem wystarczą, żeby spędzić kilka godzin przy komputerze !!! Jest tego naprawdę dużo. 

czwartek, 22 kwietnia 2010

Rozważania na temat malarstwa - Barbara Radziwiłłówna

I my także mamy w swoich dziejach całkiem nieźle pokręcone historie. W naszym malarsko-historycznym Archiwum-X,  opowiem o bardzo pięknej kobiecie i jej wielkiej, odwzajemnionej miłości do Króla. 
Rzecz jasna chodzi o Barbarę Radziwiłłównę. Córkę kasztelana wileńskiego i hetmana wielkiego litewskiego Jerzego Radziwiłła i Barbary z Kolów, siostrę hetmana Mikołaja Radziwiłła, zwanego Rudym. Poprzez swoją matkę Barbarę, była w prostej linii potomkinią trzeciej żony Władysława Jagiełły Elżbiety z Pilczy, której proces obierania na królową Polski również toczył się w atmosferze skandalu. Ale o tym innym razem. O jej urodzie krążyły legendy, jej piękno podkreślali nawet ci, którzy byli jej wrogami. Według opisu "była słusznego wzrostu, podobno miała powyżej 180 cm, smukła, jej szczupła talia kontrastowała z szerokimi biodrami", zachwyt wzbudzało piękne oblicze - "twarz miała owalną, ciemne, wielkie oczy, jasną cerę", była blondynką, odpowiadała renesansowym wyobrażeniom piękna.
 
Lubowała się w drogich sukniach, kosztownościach, ozdobach. Nade wszystko upodobała sobie kolor czerwony. W tym kolorze sprawiała sobie nie tylko suknie i birety, lecz takze poduszki, nawet powóz kazała wyłożyć szkarłatnymi materiami. Zgodnie z modą przyozdabiała się biżuterią. Lubowała się w pierścieniach, których nosiła zawsze kilka. Ulubioną jej ozdobę stanowiły jednak perły, których miała ogromną kolekcję (po jej śmierci ową kolekcję przez podstawionych ludzi wykupiła królowa angielska). W dniu 18 maja 1537 r. poślubiła w Gieranojach starszego od siebie o lat ok. 15 Stanisława Gasztołda, wojewodę nowogródzkiego, a potem trockiego i po czterech latach małżeństwa,  owdowiała. Na Stanisławie wygasł ród Gasztołdów. W myśl zasad starego prawa litewskiego po wygaśnięciu w linii męskiej rodu, jego dobra przypadały wielkiemu księciu. Opiekun Barbary, jej brat, Mikołaj Rudy, zwrócił się w tym celu o pomoc do królowej Bony (chodziło o możliwość korzystania chociaż z części dóbr ziemskich). Ale w październiku 1543 r. nastąpiło wydarzenie, które zmieniło całe życie Barbary. Do Gieranojów przyjechał król Zygmunt August. Oficjalnym celem wizyty było załatwienie spraw spadkowych po Gasztołdach. Wówczas prawdopodobnie nastąpiło pierwsze zbliżenie pomiędzy późniejszymi małżonkami. Pobyt króla został wtedy przedłużony, oficjalnie z powodu szerzącej się zarazy. Romans był kontynuowany w Wilnie, w tym czasie Zygmunt August był jeszcze małżonkiem Elżbiety Austriaczki. Dopiero gdy król został wdowcem, zawarł potajemny ślub z Barbarą w 1547 roku. Małżeństwo wywołało burzę wśród szlachty i spotkało się ze sprzeciwem Zygmunta Starego i Bony. Na sejmie piotrkowskim 1548, senatorowie pod wodzą prymasa Mikołaja Dzierzgowskiego, Piotra Kmity, Jana Tęczyńskiego, Andrzeja Górki i Izba Poselska z Piotrem Boratyńskim i Stanisławem Podlodowskim na czele, żądała unieważnienia małżeństwa. Król odparł wszystkie ataki, stanowczością i energią zmusił wszystkich po kolei oponentów do uległości i doprowadził do koronacji Barbary. Barbara Radziwiłłówna została koronowana na królową Polski 7 grudnia 1550 r. Jej małżeństwo podniosło znaczenie rodu Radziwiłłów i innych rodów litewskich, co spotkało się z oporem szlachty i magnaterii polskiej. Po przedwczesnej, spowodowanej najprawdopodobniej rakiem szyjki macicy (albowiem nie ma żadnych dowodów, że śmierć Barbary nastąpiła na skutek otrucia zleconego przez królową Bonę) śmierci, pochowana została 24 czerwca 1551 w katedrze wileńskiej. 
Najsłynniejszym i chyba najpiękniejszym obrazem, przedstawiającym tę piekną i smutna historię jest płótno pędzla Józefa Simmlera, zatytułowane po prostu "Śmierć Barbary Radziwiłłówny".
Przedstawia on samego Króla Zygmunta Augusta siedzącego w wielkiej rozpaczy na skraju łoża, na którym spoczywa ciało ukochanej królowej i żony. Ona, blada, bezwładna, z rozpuszczonymi bezładnie włosami wygląda jakby tylko spała. Ale niestety, odsłonięte stopy królowej, kadzidło stojące przy nodze łoża i opuszczona do ziemi reka mówią co innego. Mało jest tak przemawiających smutkiem obrazów. Losy królowej Barbary stały się tematem wielu utworów dramatycznych, dzieł filmowych oraz adaptacji kinowych. Mnie najbardziej podobała się interpretacja prześlicznej Jadwigi Smosarskiej w roli Królowej z 1936 r. Zresztą, coś mi mówi, że chyba były one do siebie bardzo podobne...

Rozważania na temat malarstwa - Egzekucja Jane Grey

Dzisiaj coś z historycznego Archiwum-X. Sławny francuski malarz historyczny Hippolyte Delaroche (1797-1856) namalował kiedyś piękny obraz przedstawiający moment egzekucji niejakiej Lady Jane Grey, która zasłynęła z tego, że była królową Anglii, którą zwano "dziewięciodniową królową" lub "królową dziewięciu dni".
Była to bardzo dobrze wykształcona dama, która znała łacinę, grekę i hebrajski, jak również kilka języków nowożytnych. W wieku trzynastu lat w grece czytała Nowy Testament i korespondowała z lingwistami. Ale niestety dla niej, biedaczka żyła w wyjątkowo skomplikowanych i okrutnych czasach. Po śmierci słynnego kobieciarza króla Henryka VIII, kiedy jego następcą został wyznaczony chorowity syn Edward VI, całe otoczenie protestanckie króla kombinowało jak nie dopuścić do tronu następne w kolejce siostry katoliczki Marię i Elżbietę. Więc ambitny regent, książę Northumberland postanowił odsunąć od dziedziczenia siostry Edwarda i przekazać koronę lady Jane, która miała poślubić jego syna, Guildforda. Ślub odbył się 15 maja 1553 r. Niestety, nie wszystko jednak poszło po myśli ambitnego regenta. Edward wprawdzie odsunął od dziedziczenia swoje siostry, ale koronę przekazał męskim potomkom lady Jane. Ale Northumberland zainterweniował i na kilka dni przed śmiercią, Edward przekazał jednak koronę swojej kuzynce (niektórzy twierdzili, że Northumberland sfałszował podpis króla przy dokumencie) i tak została ona 10 lipca 1553 roku królową Anglii. 11 lipca uznała to Rada Królewska. 12 lipca dostarczono Jane insygnia koronacyjne, ale do ceremonii jednak nie doszło. Guildford zażądał, aby ukoronować go na króla. Jane odmówiła, ale obiecała mianować go księciem Clarence. Nie doszło jednak i do tego. Albowiem, niedługo po śmierci Edwarda (6 lipca 1553 r.) jego najstarsza siostra Maria udała się do katolickiego Norfolk, gdzie 9 lipca została też uznana królową (ale katolicką). Następnie ruszyła na Londyn zyskując coraz większe poparcie. 19 lipca książę Suffolk zmuszony był zakomunikować swojej córce Jane, że przestała już być królową. Była pierwszą kobietą, która rządziła samodzielnie Anglią (oprócz królowej Matyldy, która robiła to wbrew woli Anglików) i jest jedyną królową Anglii (samodzielną), która nosiła imię Joanna. Tak więc została obalona przez nową, katolicką królową Marię I Tudor, która zasłynęła później jako 'Bloody Mary' czyli "krwawa Maria" od prześladowania przez nią protestantów. Teraz można zrozumieć dlaczego w Irlandii Północnej katolicy piorą się z protestantami jeszcze do dzisiaj a my mężczyźni bardzo lubimy mocne drinki z sokiem pomidorowym. Naprawdę obalają. Podobno, królowa Maria chciała darować jej życie – posłała nawet Johna de Feckenhama, aby nawrócił Jane na katolicyzm. Jednak Jane była wierną protestantką i nie dała się namówić na zmianę wiary. Maria obawiając się, że znowu ktoś się posłuży jej kuzynką (w początkach 1554 doszło do protestanckiej rebelii Sir Thomasa Wyatta, do której przyłączył się ojciec Jane, książę Suffollk), w celu pozbawienia jej tronu, skazała Jane – choć niechętnie – na śmierć. Do stracenia Jane przyczyniły się także naciski ze strony przyszłego męża Marii – katolika Filipa II. Na swoim płótnie, Delaroche koncentruje się zupełnie na osobistym dramacie, jaki przeżywa biedna i bezsilna królowa, płaczące panie sądowe i nawet kat wydaje się dotknięty okrutnym losem ofiary. Jane została ścięta w Tower Green na odosobnionej egzekucji, zarezerwowanej dla członków rodziny królewskiej. Do końca przy Jane został John de Feckenham. To ten gość co klęczy przy niej. Jane pragnęła godnie zakończyć życie, jednak wpadła w panikę kiedy z zasłoniętymi oczami nie mogła znaleźć pieńka. Szczątki Jane, królowej Anglii i jej męża zostały pochowane w kaplicy St Peter ad Vincula w północnej części Tower Green.

piątek, 16 kwietnia 2010

Co na paletach ?

Po ponad trzech tygodniach ciszy na naszym blogu, spowodowanej zarówno Świętami, a potem feriami wiosennymi, a jeszcze potem ... moją niedyspozycją, bo niestety podroby mam już trochę zużyte, więc wymagały one małego odpoczynku, przystępuję z nową energią do pracy i już w kilka godzin po zajęciach, skrupulatnie opisuję co na nich zaszło. Gdyby nie tajemnicza nieobecność Krysi mielibyśmy prawie full-a. Przyszło dzisiaj aż 10 osób. Na początku dominowało gadulstwo, że aż uszy bolały. Komentarze, komentarze, komentarze... wiadomo na jaki temat. Ale wkrótce odbyła się zwyczajowa giełda malowanych obrazów. Jedni przynieśli już gotowe, inni w znaczącym stopniu namalowane prace.
Marysia Donart zaprezentowała urocze, wręcz pachnące jak opium ... maki w wazonie. To naprawdę całkiem udany obraz. Potrzeba już tylko ładnej ramy. Dla złapania oddechu po takim wysiłku, Marysia rozpoczęła  nowy pejzaż. Popatrzcie sami.
Z kolei Wioletka Nieroda kończy ... albo i nie, ale chyba tak, no może jednak jeszcze nie. Ale jednak bynajmniej, prawie, chyba na pewno, tak. No więc, ... najprawdopodobniej kończy chyba swój pejzaż, ze wspaniałą perspektywą. Kiedyś użyłem nawet przy jego opisie, słowa hipnotyzujący. To naprawdę soczysty, efektowny plener.
Łany pszenicy w kolorze starego złota, poprzetykane makami i chabrami tworzą nastrój jak w "Panu Tadeuszu". Brakuje tylko szumu wiatru, śpiewu ptaków czy brzęczenia pszczółek i much. A że autorem płótna jest fotografik, więc malowane są pojedyncze kłosy pszenicy, razem z  ... tym takim czarnym, co jest w środku kwiatu maku. Zegarmistrzowska precyzja ! Tak na oko, to jest już coś ponad setka kłosów. I chyba teraz dopiero rozumiem, dlaczego obraz jest jeszcze nie ukończony. Przecież tych kłosów musi być chyba jeszcze ze dwie setki. Bo to takie wielkie pole !!!
Sensacyjnie dzisiaj zaczęła Stasia Gugałka. Ona odważyła się na portret. I bardzo dobrze.
Jednak mój wcześniejszy wpis o Chopinie odniósł skutek. Stasia podjęła się próby skopiowania portretu mistrza, autorstwa samego Delacroix. Trzymamy kciuki Stasieńko. Na razie idzie dobrze.
Natomiast Danusia Krzyśków po ukończeniu klimatycznego pejzażu, zabrała się za martwą naturę.
Rzeczywiście, czasami po tak dużym wysiłku malarskim, trzeba zmienić temat dla równowagi. Dzisiaj coś w klimacie Art Deco. Ale, ale ciekawe, ile bierze ten  nasz Tadziu za wspomaganie. Dzisiaj znowu robił za EPO. Tadziu, Danusia i tak poradziłaby sobie sama.
Na deser omówię pracę koleżanki Janiny Wołoszańskiej. W dalszym ciągu realizuje bardzo ambitny obraz w postaci pejzażu z prześlicznym dworkiem.
Chyba już każdy z nas zdążył się nawzdychać do tego dworku. Żeby tak coś wygrać w Lotto i mieć taki domek Live. Narazie musi starczyć jego wizerunek na obrazie. Joanna stworzyła chyba swój najlepszy jak dotąd obraz. To jest naprawdę bardzo nastrojowy widok. Gratuluję. A za tydzień będą detale i obraz jeszcze bardziej wyładnieje !
Nasza koleżanka Marysia de Weyher, najpierw pochwaliła się namalowanym pejzażem leśnym ze strumieniem, a później, dalej kontynuowała pejzaż morski.
Dzisiaj pokonała wreszcie problemy z pierwszym planem zakrytym trzcinami. Trzcin co prawda nie robiła jak wcześniej zapowiadała, za pomocą szpachli, ale cieńkim pędzelkiem, ale wyszło naprawdę bardzo ładnie. O efekt końcowy jestem już spokojny. Za to nasz szefunio, Józef Wollek dalej maluje kotki. Ale sami popatrzcie. Toż to hurt jakiś. On ma czas na malowanie i ... podgadywanie.
 
Skubany ma chyba jakieś zlecenie. To dopiero trzeba mieć niezłe ego, kiedy kopiuje się samego siebie. Kolego Józefie, gratuluję i ... zazdroszczę. Jeszcze dla uzupełnienia podam, że zaszczyciła nas również koleżanka Iwonna Becela, ale dzisiaj nie malowała. Natomiast ja ? Ja miałem lenia. Zrobiłem tylko rysunek pod podkład do portretu. Może następnym razem coś napiszę o tym więcej. Ale na dzisiaj już dość, bo Marysia się pogniewa. Na koniec plan ogólny pracowni.
  
Pa, do przyszłego tygodnia.

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.