poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Filozofia domowa - Hiobowy los męża...


"Człowiek zrodzony z niewiasty
ma krótkie i bolesne życie,
wyrasta i więdnie jak kwiat,
przemija jak cień chwilowy..."
(z Księgi Hioba, tłum. Władysław Borowski)

Najpierw na wesoło a potem trochę smutno. 

"Modlitwa wieczorna kobiety"

Ojcze nasz, który jesteś w niebie
Mam taką prośbę wielką dziś do Ciebie
Daj mi faceta i ma być On bogaty
Ma mieć Ferrari - za Cash, nie na raty
    Duże mieszkanie, a najlepiej willę
    Ma mnie wciąż słuchać, nie tylko przez chwilę
    Ma mnie zadowalać kiedy mam ochotę
    Śniadanie mi robić - nie tylko w sobotę
Oglądać romanse, biżuterię kupić
W życiu mym nie będzie mógł się nigdy upić
Nie chcę nigdy widzieć jego własnej matki
Ja wydaję kasę - On płaci podatki
    On nie ma kolegów - ja mam koleżanki
    Kont ma mieć on wiele - i okoliczne banki
    Złotych kart bez liku, czeków, co nie miara
    Jak mi to załatwisz - wzrośnie moja wiara

Oj, jaki wręcz Hiobowy jest los tego męża!
Postać Hioba przez wieki inspirowała i wciąż inspiruje poetów. Biblijne fragmenty o Hiobie tłumaczyło wielu  wybitnych autorów, w tym nawet nasz noblista Czesław Miłosz. W języku funkcjonują też sformułowania takie jak „hiobowa wieść” (zła wiadomość, ponura, dramatyczna) czy „przyjaciel Hioba” (fałszywy przyjaciel, zły doradca, obarczający nas winą za wszystko). Zilustruję te słowa pięknym obrazem przedstawiającym Hioba i jego żonę. Jest to obraz Georgesa de la Tour, zatytułowany "Hiob i jego szydząca żona". 
Georges de la Tour - "Hiob i jego szydząca żona", 1625/50, 145x97cm
Obraz jest niesamowity. Wielką rolę pełni na nim światło, które podkreśla wyniszczone ciało Hioba i uzupełnia kontrast między dwoma namalowanymi postaciami. Jeśli znacie historię Hioba, to pewnie wiecie, że zasadniczą myślą tej historii jest to, iż warto być niewinnym, bezgrzesznym i wiernym Bogu, gdyż niewinność nie przynosi co prawda wolności od cierpienia, lecz daje spokój w cierpieniu. Hiob został poddany przez swojego Boga i dodatkowo szatana, straszliwym próbom. Pozbawiony został majątku oraz dziesięciorga dzieci, lecz ten cały czas był wierny Stwórcy. Hiob zachorował nawet na trąd, że już nawet jego żona dziwiła się, iż jej mąż nie złorzeczy Bogu. A on dalej nic. Był ciągle przekonany, że wszystko, co mu się przytrafia jest zgodne z boskim planem. Bóg jednak na końcu ulitował się, a tenże odzyskał w podwójny sposób wszystkie swoje utracone rzeczy. Efektem takiego postępowania było dla niego życie piękniejsze i lepsze od tego, które stracił. 
Ciekawe...
No cóż. Można jednak chyba przyjąć, że w zasadzie Hiob to postać symboliczna, bo nigdy zwykły człowiek nie sprostałby takim sprawdzianom. Nikt ze współczesnych chyba nie postawiłby na szali swojego życia, no chyba, że chodziłoby o inne życie. Ale już na pewno nie ryzykowałby życia swoich dzieci. A Hiob jest przykładem człowieka nie tracącego nigdy honoru i swej wiary. I nie jest łatwo być na jego miejscu. Różni mądrale piszą i filozofują w kontekście przypowieści o Hiobie, że cierpienie pełni bardzo ważną rolę w egzystencji człowieka, ponieważ uczy pokory wobec życia, wrażliwości na los innych, uszlachetnia, pozwala zrozumieć, i takie tam podobne banały. Że tylko osoba cierpiąca wie, co to cierpienie. Ludzie, którzy go doświadczyli, zdają sobie sprawę z tego, jak straszne może ono być, współczują tym, którzy je odczuwają, starają się im jakoś pomóc. To piękne słowa i oczywista oczywistość. Ale ja tylko zapytam się, dlaczego Ci, którzy tak o tym ciągle kłapią językami, sami ani trochę nie chcą tego szlachetnego pokarmu posmakować. A piszę o nich ostatnio nawet dość często. 

piątek, 20 kwietnia 2012

Co na paletach? Oczekiwany powrót!

Tytuł jest nieprzypadkowy. Nasza koleżanka Wioleta Nieroda wróciła, jak to się mówi, z dalekiej podróży. Trochę nas nastraszyła. Ale bardzo się cieszymy, że jest już z nami (wami). Tytułem komentarza do dzisiejszego dnia przytoczę więc fragment maila jaki od niej otrzymałem razem ze zdjęciami, które poniżej zamieszczam. "[...] Podsyłam zdjęcia z ostatnich zajęć. Nie było tylko Krysi, bo wczasuje się w sanatorium. Ja też zaczęłam chodzić, bo brak mi artystycznego towarzystwa i nudzę się bo na razie nic normalnego nie mogę robić. Ale małym pędzlem próbuję coś namalować na tym samym obrazie. Weronika mówi, że próbuje wpisać komentarz do twoich wpisów o sztuce, ale jej coś nie wychodzi. Stasia udzieliła jej instrukcji, więc może będzie jakiś komentarz [..]". No i wreszcie jest normalnie! Rodzinnie.


Weronika Rybińska, tego tulipana męczy już chyba od roku! To się nazywa determinacja i upór. Chyba godne jakiejś wyższej sprawy. Ale to bardzo miło widzieć ją wśród przyjaciół. Jaka szkoda, że nie mogę sobie z nią pogadać on-line.
PS: W tak zwanym międzyczasie, czyli dzisiaj, 21.04.2012r. o godz. 10:39, koleżanka Weronika nadesłała mi takie oto wieści. "[...] A mój tulipan ?? potrzebował werniksu !!! i teraz go ma !!!  Ale namalowałam też obrazek z ,,damą w kapeluszu", nie pokazały tego koleżanki - fotografki :) Zatem przesyłam załączniki. Pozdrawiam serdecznie i wiosennie [...]". Dzięki za szybką reakcję i komentarz. Zatem proszę, prezentuję jedno ze zdjęć z "Damą w kapeluszu".
Urocze. Tak więc dziękuję Weronice i komentuję dalej dokonania w Sekcji. Poniżej kolejne płótno.
I to jest chyba mało pędzelkowe dzieło Wiolety...
 No, no. Szefowa coś fajnego kombinuje! A w tle ... moja nagość Renoira!
Jasia Wołoszańska zaczyna czarować swoje magiczne pejzaże... Ona fajnie czuje atmosferę pejzaży. Jej obrazy są bardzo przyjemne do oglądania. To gotowce na ścianę...
A Stenia Gibaszek maluje to co uwielbia robić moja córka. Konie! Chyba najszlachetniejsze zwierzęta. Stworzone do podziwiania i malowania. Czekam na prezentację tych  portretów koni, droga koleżanko.
No cóż. Wróciło dawne malowanie. Jest tłumek, gwar, niepowtarzalna atmosfera. Aż czuję zapach farb i terpentyny. Jak ja wam zazdroszczę tych spotkań...
A co u mnie? Jak zapytuje w mailu Weronika. Ja natomiast miałem na porannym spacerze z Hansem, tuż po 6-tej rano, takie oto malarskie widoki.

Może ktoś spróbuje to namalować?!

czwartek, 19 kwietnia 2012

Filozofia domowa - Zapewne Król Bolesław też by wołał: "Wawel wolny od polityki"


"Czas, który upływa, ucieka skrycie i oszukuje człowieka;
 i nie ma rzeczy szybszej, niż lata;
 a kto sieje cnotę, zbiera sławę".
Leonardo da Vinci

Bolesław I Chrobry (Wielki) (ur. 967r. w Poznaniu, zm. 17 czerwca 1025r.) – książę Polski od 992 roku, pierwszy koronowany władca Polski (od 1025 roku) z dynastii Piastów, w latach 1003-1004 także książę Czech jako Bolesław IV. Był synem Mieszka I, księcia Polski i Dobrawy, czeskiej księżniczki. Objął rządy w 992 roku, wypędzając krótko potem swoją macochę Odę i przyrodnich braci.
Pierwszy koronowany władca Polski, Bolesław – nazwany przez potomnych Chrobrym panował przez 33 lata, lecz królem został dopiero na dwa miesiące przed śmiercią. Nastąpiło to na Wielkanoc, 18 kwietnia 1025 r., gdy – na jego rozkaz i bez zezwolenia papieża - polscy biskupi koronowali liczącego wówczas ok. 58 lat księcia na króla Polski. Za króla, a w każdym razie za kogoś, komu korona po prostu należy się, uważał się Bolesław Chrobry już od roku 1000. Wówczas to, ówczesny cesarz niemiecki Otton III, który przybył z uroczystą pielgrzymką do Gniezna, gdzie znajdował się grób zabitego 4 lata wcześniej Św. Wojciecha, w symbolicznym geście zdjął ze swojej głowy cesarski diadem i włożył go na głowę Bolesława. Według kroniki Galla Anonima, Otton III miał wówczas powiedzieć: „Nie godzi się tak wielkiego męża, jakby jednego spośród dostojników, księciem nazywać albo grafem, lecz wypada chlubnie wynieść go na tron królewski i uwieńczyć koroną”. Koronacja była ostatnim posunięciem politycznym, jakiego zdołał dokonać Bolesław Chrobry. Była ona pośrednim skutkiem porozumień między Bolesławem Chrobrym, a Ottonem III, do których doszło 25 lat wcześniej w Gnieźnie. Dzięki niej Bolesław Chrobry jest w powszechnej świadomości królem Polski, choć przecież praktycznie nie panował jako król.[cyt. Bartłomiej Kozłowski - kalendarium.polska.pl]
Jan Matejko - "Koronacja pierwszego króla R.P. 1001."; 1889r.
Co ciekawe, u mistrza Jana Matejki data powyższej sceny oznaczona jest jako RP.1001, czyli roku pańskiego 1001-go). A więc przedstawia zdarzenie przed ćwierci wieku, i to z udziałem Cesarza Ottona III-go. Popatrzmy zatem, co widać na tym szkicowym obrazie Matejki. Na pierwszym planie, tuż przy samym ołtarzu, na którym położono trumnę ze szczątkami św. Wojciecha klęczy na obu kolanach, przyszły Król Bolesław, trzymający w prawej dłoni włócznię św. Maurycego i lewej gwóźdź z Krzyża Świętego - dar od Cesarza Ottona.  Przyszłego Króla Polski, koronuje Biskup Radzynty, który wraz z cesarzem kładą mu na głowę koronę królewską. Sam Cesarz Otton III, to ten gość z lewej strony przyszłego Króla, stojący sobie boso, bo taki był bowiem wyraz jego czci dla świętego męczennika Wojciecha. Cesarskie buty trzyma tymczasem giermek w głębi na prawo. Z tyłu, za Ottonem stoi królowa Kunhilda z synem Mieszkiem II. Dalej stoi rycerz Stoigniew, to ten z wielką białą brodą, piastujący miecz, Tuż obok niego stoją Światopełek książe kijowski i Bezprym, starszy syn Bolesława. Na pierwszym planie obrazu, z prawej strony, stoi obok kolumny rycerz Nawoj z rodu Sieciechów. Stoi sobie wsparty na tarczy i w hełmie z orlimi skrzydłami. Jeszcze bardziej na prawo, tuż obok złotego tronu królewskiego - kolejnym podarunku Ottona III, stoi brat króla Władywój, trzymający chorągiew królewską. Zza kolumny wygląda Emeryk węgierski, a w głębi kościoła przygląda się uroczystości najlepsze polskie rycerstwo i zachwycony uroczystością tłum.
Miły i chwalebny kawałek naszej wielkiej historii. A u nas dzisiaj co? Czekałem cały dzień z tym wpisem i nie znalazłem nawet minimalnej wzmianki o tym wyjątkowym i wielkim wydarzeniu. Tylko Smoleńsk, Kacza szopka krakowska i tym podobne brewerie, rzekomo patriotyczne. Ale czemu się dziwić. Z naszych mediów i od polskich polityków aż bije totalne nieuctwo i brak wiedzy historycznej. Polskie umysły zakaził niestety Kaczyzm i Maciarewizm, żyrowany przez kościół. A tam, w Gnieźnie jest nasza Polska właśnie!! Panowie politycy! 
"O głupoto ludzka! Czyż nie widzisz, że żyłaś z sobą przez całe życie,
 a nie znasz jeszcze rzeczy, którą w najwyższym stopniu posiadasz, to jest swego szaleństwa?"
Leonardo da Vinci

środa, 18 kwietnia 2012

Mojej mamie

Rajskie jabłka - [Włodzimierz Wysocki]

Kiedyś umrę... No cóż, wszyscy wiemy, że śmierć nie wybiera,
Gdyby otruł mnie ktoś, kielich z jadem, bym wypił do dna,
Bo zabitych nam żal, no i Bóg ich do raju zabiera.
Żywy ciężki ma los, a o martwych od wieków się dba.

Ból wykrzywi mi twarz, tracąc siły, na ziemię upadnę,
Dusza pomknie gdzieś w dal i w przestworza poniesie ją koń,
Gdy otworzy się raj, kilka jabłek z ogrodu ukradnę...
Ale tam stoi straż. I bezbłędnie celuje wprost w skroń.

Już zatrzymał się koń, ale wątpię, bym znalazł się w raju,
Wokół pustka i piach, nie wiem, po co mój koń mnie tu wiódł,
Ale nagle mój wzrok padł na bramę żelazną w oddali
I klęczący tam tłum, czekający na kogoś u wrót.

Głośno parsknął mój koń, potem znów, jakby w przepaść miał runąć,
Lecz choć parskał i rżał, w naszą stronę nie zwrócił się nikt.
Siwy starzec zza wrót chciał ogromną zasuwę odsunąć,
Ale brakło mu sił, machnął ręką i z oczu nam znikł.

I nie wzburzył się lud, nikt nie krzyknął, nikt słowa nie wyrzekł,
Tylko z przodu ktoś wstał, jakby lepiej zobaczyć coś chciał.
Zrozumiałem, gdy sam rajskiej bramie przyjrzałem się bliżej:
Za ta bramą był sad pełen jabłek. I krzyż w sadzie stał.

Siwy starzec zza wrót uniósł dłoń, a więc znak został dany.
To był sam święty Piotr! Sam apostoł ku górze wzniósł dłoń!
I ukazał się sad - rajski ogród jabłkami usłany,
Ale tam stała straż, celująca bezbłędnie wprost w skroń.

Każdy wiele ma próśb, ale ja wcale wiele nie pragnę:
Przyjaciela chcę mieć... Rajskich jabłek odurza mnie woń...
Wierną żonę chcę mieć - właśnie dla niej tych jabłek ukradnę,
Ale wciąż czuwa straż i bezbłędnie celuje wprost w skroń.

Siwy starzec zza wrót coś po cichu nakazał strażnikom,
Ktoś z nich podał mu klucz i do bramy zbliżyli się znów.
Szarpnął kraty sam Piotr, zardzewiały gwóźdź z zamka mu wypadł.
Gdy otworem stał raj, tłum przed siebie się rzucił bez słów.

W piersi brakło mi tchu, stałem z tyłu zupełnie bezradny.
Pomyślałem: „No cóż... Skoro tutaj mnie przywiózł mój koń,
Skoro jestem tu już, no to trochę tych jabłek ukradnę...”
Lecz dostrzegła mnie straż. I bezbłędnie trafiła mnie w skroń.

I zaświstał mój bat, bezlitośnie nim konia smagałem.
Wiozę jabłka. I wiem: to nieważne, że garść, a nie wóz.
Właśnie tobie je dam, bo ty jedna wciąż na mnie czekałaś,
Nawet wtedy, gdy koń, galopując, do raju mnie wiózł.
Przełożyła Marlena Zimna
To już trzy lata jak Ciebie nie mam. Zostawiłaś mi tylko swoją fotografię z gimnazjum. Tęsknię za Tobą. Bardzo...

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Rozważania na temat malarstwa. Hołd Ruski, czyli dlaczego Rusowie nas lubią...inaczej

400 lat temu, bo  29 października 1611 roku miał miejsce Hołd Ruski. Już wiem! To dlatego nasi sąsiedzi ze wschodu czują do nas Polaków, taką specyficzną gorycz i zawiść. Przez cztery wieki, od Carów, poprzez Lenina, Stalina aż do Putina, hodują w sobie kompleks specyficznej wyższości, która nie wynika bynajmniej z potęgi kulturowej, cywilizacyjnej lecz prymitywnej i chorej siły fizycznej, spotęgowanej dawnym urazem. Dziwny to kraj i naród, którego gospodarka jest równa zaledwie maleńkiej Holandii, która przecież sama nie ma ani ropy i gazu. Państwo, które zachowuje znaczącą rangę tylko dzięki posiadanej broni nuklearnej i surowcom. Szkoda. A jeszcze przed tym, jak posiedli te dwa argumenty siły, mieli uczonych i wielkich twórców kultury. Co się z tym krajem stało...
Ponad cztery stulecia temu, 4 lipca 1610 Wojska Polskie zwyciężyły wojska cara i jego sprzymierzonych w bitwie pod Kłuszynem otwierając sobie drogę na Moskwę. Wkrótce, 3 sierpnia 1610 r. oddziały Hetmana Żółkiewskiego rozpoczęły oblężenie Moskwy stając pod jej murami, by w nocy z 5 na 6 września 1610 r.  wejść do Moskwy. W efekcie, 8 października 1610 Wojska Polskie zajęły Kreml. Rosja poddała się tego dnia pod panowanie Rzeczypospolitej. Szkoda, że hierarchowie Polskiego Kościoła nie zgodzili się wtedy na założenie przez Polskiego Króla "Czapki Monomacha" i objęcia przez niego tronu na Kremlu. Co prawda, inny zapewne byłby status religii rzymsko-katolickiej i nie byłoby Rydzyka, lecz ponieślibyśmy tam jednak cywilizację zachodnią. Rosja byłaby chyba inna. 
Hołd Ruski miał miejsce 29 października 1611r. w Sali Senatorskiej, na  Zamku Królewskim w Warszawie. 
Jan Matejko, obraz-szkic, 1892r., Muzeum Dom Jana Matejki w Krakowie.
Obraz przedstawia Króla Zygmunta III Wazę i Królewicza Władysława. Przed nimi Hetman Stanisław Żółkiewski przedstawia carów ruskich. Car Rosji Wasyl IV, dowódca armii rosyjskiej wielki kniaź Dymitr oraz następca moskiewskiego tronu wielki książę Iwan. I tak car Rosji schyla się nisko do samej ziemi i prawą dłonią dotyka podłogi, a następnie całuje środek własnej dłoni. Następnie Wasyl IV składa przysięgę i ukorzywszy się przed majestatem Rzeczypospolitej, uznał się za pokonanego i obiecał, że Rosja już nigdy więcej na Polskę nie napadnie (pewnie miał wtedy skrzyżowane palce). Z kolei wielki kniaź Dymitr, dowódca pobitej przez wojsko polskie pod Kłuszynem armii rosyjskiej, upada na twarz i uderza czołem przed polskim królem i Rzecząpospolitą, a następnie składa taką samą przysięgę jak car. Wielki kniaź Iwan też upada na twarz i trzy razy bije czołem o posadzkę Zamku Królewskiego, po czym składa przysięgę, a na koniec rozpłakał się na oczach wszystkich obecnych. W trakcie całej ceremonii hołdu na podłodze przed, królem i zwycięskim hetmanem obecnymi dostojnikami Rzeczypospolitej leżą zdobyte na Kremlu rosyjskie sztandary, w tym najważniejszy - carski z czarnym dwugłowym orłem. Dopiero po tej ceremonii król Polski Zygmunt III Waza podał klęczącemu przed nim rosyjskiemu carowi rękę do pocałowania. 
O jakże ogromnej sile tego kompleksu może świadczyć fakt, że Rusowie zrobili z przepędzenia z Kremla naszych, swoje święto państwowe. To nic, że Polska w zasadzie odpuściła Ruskim, bo nalegał Kościół, za to Putin zrobił z tego sobie szopkę listopadową i wielkie nowe święto w miejsce dawnego święta rewolucji październikowej. A mógł wybrać na ten przykład niedawną rocznicę 12 kwietnia, to jest datę wystrzelenia Gagarina w kosmos. Bo on to właśnie, urodził się we wsi Kłuszyn, obok której kiedyś Rusowie zebrali od naszych bęcki, a potem, po słynnym locie, przemianowanej na Gagarin! 
PS. Jako ciekawostkę dodam, że były jeszcze dwa inne, wielkie obrazy Tomasza Dolabelli przedstawiające Hołd Ruski, które niestety zostały przekazane w 1707r. przez Augusta II Mocnego, po wielu latach żądań Rosjanom, obrażających ich zdaniem carski majestat, gdy na Zamku Królewskim w Warszawie przebywał car Piotr I.
Stanisław Żółkiewski przedstawia królowi Zygmuntowi III i królewiczowi Władysławowi
 na sejmie 1611 r. pojmanych carów Szujskich, kopia wg Tomasza Dolabelli
Natomiast wszelkie obiekty związane z hołdem i pobytem Szujskich były konsekwentnie usuwane i niszczone w imię rosyjskiej racji stanu. W okresie między latami 1764-1768, z polecenia ambasadora rosyjskiego Nikołaja Repnina wydobyto i zniszczono zachowaną tablicę z Kaplicy Moskiewskiej, w której pochowano wziętego do niewoli cara Rosji. Z kolei w PRL rozebrano rotundę z XVII w. przy ul. Świętokrzyskiej 1, z powodu uznania jej przed 1939 r. za pozostałości Kaplicy Moskiewskiej.

niedziela, 15 kwietnia 2012

A to jest zaproszenie na bloga mojego Hansa

Wystarczy kliknąć na obrazek:

A tu jest banner do ściągnięcia:

sobota, 14 kwietnia 2012

Filozofia domowa - Zostawcie Tu-tkę w spokoju!

"Nie posiadamy takich słów, by móc z durniami mówić o mądrości." 
Georg Christoph Lichtenberg (1742 — 1799)
 niemiecki satyryk, aforysta i krytyk sztuki

Ken Marschall - "Titanic"
Dziś w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 r. mija 100 rocznica jednej z największych i chyba najsłynniejszej katastrofy morskiej. O 2.20 w nocy, ok. 385 mil morskich na południe od Nowej Fundlandii, zatonął RMS "Titanic". Tak. To było straszne. Żal tylu niewinnych ofiar. Ale w świetle wczorajszego cyrku w polskim Sejmie, nabiera ona dla mnie nowego sensu. Tak naprawdę, to wystarczy zastanowić się nad sarkastyczną tezą Pawła Strzeleckiego, przedstawioną w jego ciekawym artykule na portalu "Wyborcza.pl", żeby przyjąć, że i w tym wypadku było dużo niejasności. Przytoczmy zatem kilka z argumentów:
"Dziś coraz więcej faktów wskazuje na niewyjaśnione okoliczności zatonięcia transatlantyku. Dziwne jest, jak bardzo szybko przyjęto, że "Titanic" zatonął po zderzeniu z górą lodową. Wciąż nie wiadomo jednak, jak góra z zamarzniętej wody i to taka, która szybko topniała w wiosennej temperaturze, mogła rozerwać stalowe poszycie potężnego liniowca. Według znanego polskiego specjalisty, doktora nie-fizyki Jarosława Kaczyńskiego wystarczy przeprowadzić prosty eksperyment, biorąc metalową łyżkę do lodów i wbijając ją w porcję lodów - to przecież lody są przecięte, nie łyżka. Kolejną tajemnicą jest sam moment zderzenia. Jak mogło dojść do tego, że pomimo zauważenia góry lodowej statek - wcześniej swobodnie manewrujący w wąskich portach - nie mógł wykonać uniku? Czyżby wcześniej został "obezwładniony" w wyniku dwóch silnych wstrząsów?" I tak dalej i dalej. [...] "W ogóle w wyniku katastrofy "Titanica" i jej następstw do dymisji powinni podać się wszyscy premierzy świata poza Jarosławem Kaczyńskim - ich rządy skompromitowały się w stopniu tak dalekim, że w każdym cywilizowanym kraju tego samego dnia otrzymałyby dymisję". Więcej w oryginalnym artykule.  Zapraszam do lektury.
Diabli mnie biorą, jak muszę słuchać tego bełkotu szaleńców. Strach włączyć radio albo telewizor. Ludzie! Ciszej nad tymi trumnami!
Grafika pochodzi z "Liverpool Daily Post & Echo"
Bo co mają mówić rodziny ofiar?

piątek, 13 kwietnia 2012

Prawdziwa cnota krytyki się nie boi. Bo w Polsce znowu głośno o Rosji.

Niedawno, na portalu Rynek-sztuki.pl, znalazłem takie oto dwa ciekawe artykuły.
"Sztuka rosyjska jest coraz częściej doceniana na arenie międzynarodowej. Dowodem na to jest nieustannie rosnące zainteresowanie utalentowanymi artystami pochodzącymi z Rosji oraz  byłego Związku Radzieckiego. Niemalże co miesiąc można słyszeć o wystawach prezentujących sztukę rosyjską, które odbywają się zarówno w Europie jak i w Ameryce. Ponadto dwa główne domy aukcyjne, Sotheby’s oraz Christie’s, organizują dwa razy do roku, w Londynie i Nowym Yorku, "Russian Art Sales".[...] I to rzeczywiście budzi szacunek. Nie na darmo często pokazuję obrazy artystów malarzy ze wschodu. Ja ich obrazy bardzo lubię oglądać i szczerze podziwiam. A tak dla zaspokojenia ciekawości i w celu ewentualnej inspiracji, proponuję rzucić okiem na 10 najlepszych wyników aukcyjnych rosyjskich artystów (2010-czerwiec 2011). [Źródło: artprice.com].
Hmm. Co prawda, w większości jest to, oczywiście tylko moim zdaniem, tzw. malarstwo bohomazowe, i nie jestem jego zwolennikiem, ale jak widać, w dobie dzisiejszego światowego kryzysu finansowego, kiedy bankierzy nakradli biliony dolców, że tego rodzaju sztuka, pewnie świetnie służy do "wyprania" takiej ilości nakradzionej, "brudnej" forsy. A poniżej te najdroższe "dzieło", "Le Valet de chambre" Chaima Soutine'a.

No i drugi artykuł. "Jeśli w najbliższych dniach zamierzacie odwiedzić rosyjski Sankt Petersburg, nie możecie ominąć wystawy, która prezentuje nietuzinkowy zbiór portretów Władimira Putina. Wbrew temu, że polityka kojarzy nam się często ze sztywnymi formułkami i czarno-białą elegancją ekspozycja przepełniona jest mocnymi, radosnymi barwami. Wystawa nosi tytuł „Człowiek o Złotym Sercu”. Obrazy inspirowane są głównie zdjęciami prezydenta, które zostały wykonane w różnych codziennych sytuacjach. Jak mówi twórca obrazów, Alexei Sergiyenko, chciał aby jego dzieła ukazywały jak najbardziej ludzką twarz Putina i prowokowały tym samym u widzów ciepłe emocje. [...]"
No właśnie. A ja tak sobie myślę, ale szczęście ma ten ptaszek. Przecież mógłby zostać ...pomylony na ten przykład ...z cytryną. To tylko takie niewielkie rosyjskie przeoczenie ... Chyba jednak dołączę się do opinii nielicznych krytyków tej wystawy. Tak, tak. Jeszcze się tam tacy krytycy uchowali. Ta wystawa to kicz i zły smak, jak cały ten ich wódz. Niestety, ale mi osobiście, będzie się jeszcze długo ten kraj kojarzył z tekstem piosenki wielkiego Wołodii Wysockiego.
Znalazłem ją, kiedy przygotowywałem wpis o rosyjskiej bani. Ach Ci Rassyjanie...


Łaźnia na biało

Rozpal piec i nie żałuj ogniowi drew,
niech z kamieni rozejdzie się żar,
niechaj para wytopi mój żal i gniew,
i ten mróz, który w ciało się wżarł.

Powspominam po prostu minione dni,
zimnej wody zaczerpnę na dłoń
i tatuaż z lat kultu jednostki mi
tu, na piersi, nabiegnie znów krwią.

Ile łagrów i kopalń poznałem tam,
ile lasu tam padło, i nas...
Popatrz - profil Stalina pod sercem mam,
a tu, z prawej - Marinka en face.

Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś,
niech gorącym owioną mnie tchem,
może wtedy przez gardło mi zdoła przejść,
co widziałem, przeżyłem i wiem...

Za niewinność, za wiarę w ten cały raj
rajskie życie zgotował mi sąd;
tajgę, tundrę i step po najdalszy skraj
przemierzyłem wśród śniegów i błot.

Przyszli rankiem dlaczego, czort jeden wie.
Próżno matka błagała, i brat
i powieźli z Syberii na Sybir mnie
okrągłych dwadzieścia pięć lat.

Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś,
niech gorącym owioną mnie tchem,
może wtedy przez gardło mi zdoła przejść,
co widziałem, przeżyłem i wiem...

Potem w smrodzie baraków niejedną noc
w skórę znaną wkłuwaliśmy twarz,
tuż przy sercach, by słyszał ich gniewny głos -
że wciąż biją, że jeszcze są w nas.

Zostaw piec, bo gorąco wyciska łzy,
nie polewaj kamieni - już dość,
rozkrochmale się w cieple za bardzo i
niepotrzebnie opowiem ci coś...

Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś,
niech gorącym owioną mnie tchem,
może wtedy przez gardło mi zdoła przejść,
co widziałem, przeżyłem i wiem...

Od tych wspomnień na nowo ogarnia lęk,
myśl się tłucze o czaszkę jak ćma -
niech więc para gorąca spowije mnie
i wypali koszmary do cna.

Tylko z NIM mnie do śmierci połączył los,
tatuażu nie zmyje już nic,
ot, miotełką brzozową w znajomy wąs
mogę sobie najwyżej go bić...

Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś,
niech gorącym owioną mnie tchem,
może wtedy przez gardło mi zdoła przejść,
co widziałem, przeżyłem i wiem...

Przełożył Michał B. Jagiełło

Włodzimierz Wysocki urodził się 25 stycznia 1938 roku w Moskwie, zmarł 25 lipca 1980r.  Po ukończeniu szkoły podjął naukę w Instytucie Inżynieryjno-Budowlanym, aby po pierwszym roku przenieść się do szkoły studia przy teatrze MCHAT. Ukończył studia w 1960 roku i jako aktor profesjonalny podjął pracę w Teatrze im. Puszkina, potem w Teatrze Miniatur, zaś od roku 1964 - w Teatrze na Tagance. Tam pracował aż do śmierci, stwarzając na scenie wiele wybitnych kreacji (najbardziej znane - Hamlet Łopachina w Wiśniowym sadzie, Don Juan). Wystąpił też w wielu filmach. Niesłychaną wręcz sławę zdobył jednak  dzięki swoim pieśniom, śpiewanym przy akompaniamencie gitary. Pieśni tych napisał ponad siedemset. Zainspirowany twórczością Bułata Okudżawy, poszedł jednak inną drogą niż jego nauczyciel. Swoim chrapliwym, pozornie nie nadającym się do śpiewania głosem, tematyką pieśni, temperamentem, pasją wykonania rozsadził ramy tradycyjnego rosyjskiego nurtu pieśni autorskiej. Nie mieszcząc się w żadnej konwencji muzycznej, wywoływał entuzjazm słuchaczy, oburzenie krytyków, gniew decydentów - i "na wszelki wypadek" był starannie pomijany milczeniem przez radio, TV i wytwórnie płytowe. Jego piosenki rozchodziły się po kraju w formie amatorskich i przypadkowych nagrań magnetofonowych. Dopiero po śmierci barda - znanego już szeroko poza granicami ZSRR - ukazał się drukiem tomik jego poezji pt. "Nerw". Z niego pochodzi ten tekst.

niedziela, 1 kwietnia 2012

No to koniec..

Patrzę i tak patrzę na naszego bloga i widzę, że praktycznie piszę go tylko dla siebie. Nikt go już nie czyta, albo robią to bardzo nieliczni. Praktycznie nikt z UTW nie daje znaku, że go on interesuje, a jest to blog pod szyldem UTW w Stargardzie i dla studentów UTW w Stargardzie. Nikt z opisywanych na łamach naszego bloga artystów i członków UTW, nie zamieszcza żadnych, ale to kompletnie żadnych komentarzy, nie dostarcza mi jakichkolwiek pomysłów czy inspiracji do kolejnych wpisów. Każdy ma ten przywilej w przysłowiowym, głębokim poważaniu, bo pewnie myśli raczej tylko o swojej wygodzie i prywatnych czterech literach. A trzeba wiedzieć, że prowadzenie bloga wymaga jednak trochę zachodu. Ja też mam poważne obowiązki domowe, dzieci i takie tam inne duperele. No cóż. Mnie już się przestało chcieć. Ja naprawdę nic nie muszę. Wymyślanie tematów i pisanie na blogu zajmuje mi zbyt dużo czasu, a jak wiecie w tej chwili naprawdę mam co robić. Przecież kończę budować dom. Czy ktoś z Was, w tej chwili, buduje dom? Postanowiłem to już zakończyć. Już mi się nie chce. Chyba przeniosę tematy filozoficzno-malarskie na inny, nowy, prywatny blog. No i od teraz, w ramach nielicznych jeszcze chwil, mojego wolnego czasu, będę się zajmował, tak jak i Wy, moi drodzy przyjaciele, czystą konsumpcją, w tym malowaniem i dłubaniem jakichś swoich obrazków, do nowego domu oczywiście. Dla przykładu w sposób, taki jak na tym świetnym obrazie, brytyjskiego artysty malarza, o niemiecko-żydowskich korzeniach, Roberta Lenkiewicza. Kurczę, to naprawdę zdolny gość. Taki drugi Wiktor Lyapkało, o którym już kiedyś pisałem. Mam sporo zdjęć jego innych obrazów. Są rewelacyjne. Szkoda tylko, że zbyt mało u nas znane. Ale co z tego. W naszym zabobonnym kraiku, już lepiej pokazać jak góral najpierw się pomodli a potem zleje żonę w kuchni, aniżeli prawdziwą, dojrzałą i odważną sztukę.
Robert Lenkiewicz - "Malarz i Patti"
Ale mam już nawet ciekawe pomysły na malowanie, bo jak niektórzy wiedzą, od pewnego czasu zaszyłem się gdzieś w mazurskich odstępach i tematów mi tutaj naprawdę nie będzie brakowało. Czekam więc na wakacje. I kiedy już niedługo, przyjdzie letni wieczór w Grądach, to będę nareszcie mógł namalować, od dawna już zaplanowany, akt mojej prześlicznej żony. To jest wyjątkowa kobieta i zasługuje, żeby oddać jej w ten sposób hołd. Z uznania dla jej cudownej kobiecości i urody. O jakże dziękuję losowi, że mi ją dał. A nikt nam przecież nie będzie w tym przeszkadzał, w tej Grądeckiej głuszy. Będę to robił tak, jak ten malarz, na tym uroczym obrazie pędzla Sławy Posudewskiego.
Sława Posudewski - "Autoportret z muzą"
A potem. No cóż. Hmm. Mniam, mniam.. Będę robił to co tygrysy lubią najbardziej...
Tak więc już żegnam Was. Było naprawdę miło. Dla chętnego w pisaniu dalej tego bloga, służę uprzejmie loginem i hasłem do konta na bloggerze.
Cześć.
PS. Ewo i Em-Ko, do zobaczenia już tylko na Waszych ślicznych blogach...

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.