wtorek, 29 listopada 2011

Co na paletach? - Zaoczny punkt widzenia

Pomimo, że nie byłem obecny na ostatnich zajęciach, to jednak jak się okazuje, będę mógł pokazać efekty pracy naszych malarzy i malarek. A wszystko dzięki Wiolecie. Na prośbę naszej liderki Stasi, Wioleta wykonała serię zdjęć z ostatniego, piątkowego spotkania. Komentarz poniższy to w zasadzie tekst Wiolety z minimalnymi moimi modyfikacjami. Pani naczelnik naszego zgromadzenia, koleżanka Stasia, nie malowała, ale gruntowała obraz pod akt, o który ją prosiłem. Więc nie będzie zdjęcia jej kolejnego obrazu. Ma to być kopia prześlicznego aktu Renoira, który osobiście wybrałem. Dodatkowo, okazało się, że doszła do naszej grupy nowa koleżanka malarka. Stenia z Choszczna, która kiedyś podobno, chodziła już na plastykę w UTW. Stenia maluje piękne witraże. Wioleta uważa, że chodziła ona chyba na zajęcia zanim jeszcze do nas sama dołączyła. Ponadto Wiola usprawiedliwia się, że zapomniała zrobić zdjęcie pracy Helenki, bo domalówkę na jej kwiatach robił Tadeusz. No i podobno było ciszej niż zwykle, bo nie było mnie i nie miał kto "nadawać". Akurat! Żeby to była prawda... Przygadał kociołek garnkowi. Przecież ja z natury jestem smutas i milczek. A w gadulstwie prym wiodą panie M... Stenia ćwiczyła rysunek. "Postać kobiety" do połowy, bo stwierdziła, że musi się rozrysować przed malowaniem. Ciekawe, której. Górnej czy dolnej... Ale coś nie widzę zdjęcia z jej pracy na spotkaniu. Sclerosis Wioletis...
Za to niezawodna Krysia Krawczyk przyniosła swoje prace, które maluje do Świnoujścia. Nastrojowa jesień. Gotowe ilustracje do książek...



Z kolei Marysia de Weyher namalowała dwie prace. Ale pokażemy tylko jedną. Bo druga pewnie tajna.
Dla odmiany, po martwych naturach i akcie, niesamowita Danusia Krzyśków machnęła ciekawy widoczek. Pejzaż, że palce lizać. Zupełnie szyszkinowskie klimaty...
Rzeczywiście nie widzę zdjęcia pracy Jasi Wołoszańskiej. Pewnie Wioletka zajęta była  ... rozmowami i zapomniała o roli fotoreporterki. Ale przyrzekła poprawę. Nasz niedawny lider, Józef Wollek ukończył piękny portret swojego ukochanego psa.
No i na koniec współautorka wpisu. Wioleta Nieroda. Popełniła dwie prace. Ta pierwsza niemalże w stylu Stasi. Natomiast pejzaż włoski uroczy. Tylko w ramę i na ścianę.

Czyli całkiem udany dzień. Sporo nowych prac. No to do piątku. Pozdrawiam. Wiola i Ja.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Inspiracje - Mini-Max Wołodi Szorochowa

Minimum środków, maximum treści. Tak można określić grafiki Vladomira Shorohova (Владимирa Шороховa). Piękne kobiety w ... prześwitującej oprawie. Nic tylko wypełniać je akwarelą... 
Ponad dwa tygodnie nie byłem obecny na naszym blogu. Dwukrotnie opuściłem zajęcia. Czuję się z tego powodu okropnie. Ale sami wiecie... Te sprawy, wagi państwowej... Obiecuję poprawę. Sam jestem ciekawy co zmalowały nasze kochane malarki. A tymczasem podrzucam ciekawe inspiracje malarskie, rosyjskiego grafika, Wołodi Szorochowa (rocznik 1964).







Zwłaszcza te z motylkami są niesamowite. Niesamowita wyobraźnia i zdolność obserwacji u autora.
Do piątku!

niedziela, 13 listopada 2011

Filozofia domowa - Kac po 11 listopada...

"Na nieszczęścia mogą nas skazać okoliczności, na miłość skazujemy się sami".
Lope de Vega
"Nie ma większego nieszczęścia nad uleganie pożądaniom i większego przewinienia nad nienasycenie".
Laozi (ok. VI w. p.n.e.) – chiński filozof, twórca taoizmu.
"Skarżysz się, że znosisz krzywdy i niesprawiedliwość... 
Pamiętaj, że największym nieszczęściem jest je wyrządzać".
Pitagoras


Alkoholik (bibosz, menel, moczygęba, moczymorda, ochlajtus, opój, pijaczek, pijaczyna, pijak, żul, lump, ochlapus, itp.) – osobnik płci najczęściej męskiej. Cechą charakterystyczną jest niewielka stabilność pionowa. Dostrzega się zmiany konformacyjne w konfiguracji przestrzennej pijaka, najczęściej przejście ze stanu wertykalnego w stan horyzontalny. Pozycja horyzontalna charakteryzuje się niskim stanem energetycznym (dzięki czemu jest stabilniejsza) oraz zmaksymalizowaniem powierzchni oddziaływania pijaka z gruntem. Czuje pragnienie chlania (jest porządnym człowiekiem, ale ma problem) i szuka sobie różnych wymówek typu idę po chleb i bułki, a przychodzi schlany (po to, by wyzywać na innych domowników). Zdarza się też tak, że wzbudza awanturę po to, by udawać stronę poszkodowaną i wielce obrażoną. Często krzyczy aaaaa! lub o Jezuuuuu!, gdy rąbnie głową w ścianę. Rzyga tu i tam.


A teraz trochę powiedzeń pijackich:
Daj na chleb bo pić mi się chce.
Alkoholizm to cierpienie, a cierpienie uszlachetnia.
Poszedł po ziemniaki, wrócił z procentami.
Pijmy szybciej, bo się ściemnia!
Alkohol Twój wróg - lej go w mordę.
Daj pan 5 złotych na kieliszek chleba.
Daj piątaka dla biedaka.
Szefie, pożycz 2 złote, oddam przelewem.
Pani, daj pani na bułkę, bo jestem głodny jak pies dingo.

Kiedyś, nasz poeta Adam Asnyk napisał nawet o pijaku tak (fragment):
Na trzeźwo nie mogę żyć! 
Więc się upijam od rana 
I zawsze z pełnego dzbana 
Do nocy wciąż muszę pić; 
Za każdym kielichem wina 
Piękniejszym staje się świat, 
I urok młodzieńczych lat 
Wstępować w serce zaczyna. 
   Zaledwie wypróżnię dzban, 
   Piosenkę znajduję na dnie, 
   A ona dźwięczy tak ładnie 
   Wśród moich samotnych ścian! 
   Rozjaśnia duszę pogodą 
   I z serca zdejmuje pleśń, 
   Wesoła, swobodna pieśń 
   Fantazję wskrzesza mi młodą;
(...) 

Dla zilustrowania tego wątku zaprezentuję kapitalny obraz wielkiego szwedzkiego mistrza Andersa Zorna z 1894 roku, zatytułowany "Mora Marknad", a w naszym narzeczu to powinno jakoś brzmieć "Na rynku w Mora". Przedstawia on zapitego do nieprzytomności "gospodarza" i jego biedną, cierpliwą, żoneczkę. A wstyd jej na całą wieś! Bo jemu ... nawet całkiem przyjemnie.
Hmm. W piątek, 11-go, miałem wrażenie, że również nieprzytomni, ale z nienawiści, Polscy faszyści z ONR i tzw. kibole, czyli koledzy pewnej pani posłanki z partii na Pi... robili sobie przyjemnie. Ci Polscy bandyci w kominiarkach, zepsuli niestety nasze najważniejsze Święto! I to jest smutne... 
Inspiracja: nonsensopedia.wikia.com 

piątek, 11 listopada 2011

11 listopada - urodziny Polski

Mamy Święto! Kolejną rocznicę Dnia Niepodległości! Wielki i radosny dzień dla naszej ukochanej ojczyzny. Co prawda, los sprawił, że obchodzimy ją w trakcie raczej zimnej jesieni ale bynajmniej nie ma co się smucić z tego powodu, bo jest to jednak wspaniała okazja do manifestowania swojej radości i dumy z odzyskanej wolności. Fakt, Francuzi czy Amerykanie obchodzą swoje święto niepodległości w lipcu, tak jak i my jeszcze niadawno, ale czy wtedy było lepiej? Cóż z tego że, wszystko, włącznie z dziewczynami smakowało mi wtedy trochę inaczej, lepiej niż dzisiaj. Moje oczka dalej widziały, uszka lepiej słyszały, lecz jednak lepszy "w wolności taki stan byle jaki, niźli w niewoli przysmaki", jak mówi bajka czy jakoś tak. W końcu mam prawo do gorszej pamięci... prawda? 
Więc niech będzie nam w tym dniu i wesoło i uroczyście, bo jest to powód do świętowania. A więc, jak mówił dzisiaj Pan Prezydent, dosyć powagi i pompatyczności, bo tej aż za wiele. Ja także, nie raz odnoszę wrażenie, że my Polacy za często jesteśmy tacy jacyś ...  bogoojczyźniani, dziwnie poważni a zbyt mało spontaniczni i radośni. A co mają dopiero powiedzieć nasi sąsiedzi z północy. Tam lata prawie nie mają... ale są o wiele radośniejsi od nas. Tacy Finowie na przykład ogłosili swoją niepodległość dopiero 6 grudnia, którą świat uznał im dopiero w styczniu. Że aż na defiladach, jeśli takie w ogóle robią, pewnie im olej zamarza w dieslach! i chyba dlatego męczą z tego powodu biedne renifery. 
Postanowiłem więc, że na naszym blogu zagoszczą nam dzisiaj dowcipy i anegdoty. A, że bohaterami i twórcami tego radosnego dnia są wielcy Polacy, ojcowie założyciele II Rzeczypospolitej, niech więc o nich będzie na wesoło! Bohaterami będą Wielki Marszałek Józef Piłsudski czyli "Ziuk", jego ukochany adiutant Wieniawa-Długoszowski, grający premier Paderewski, dowcipny generał Konarzewski czy niezwykły ... "prawdziwyj gienierał" Olgierd Pożerski.

Tytułem wstępu coś co jest aktualne chyba do dzisiaj:

Jakie są dwa sposoby dzięki, którym Polacy mogą liczyć na sukces?
Sposób naturalny - Pan Bóg się nad nami zlituje.
Sposób cudowny - Polacy sami coś zrobią.

A na początek trochę historyjek z Marszałkiem Piłsudskim w roli głównej.

Choć nieraz mówię o durnej Polsce, wymyślam na Polskę i Polaków, to przecież tylko Polsce służę. — (Józef Piłsudski)
"Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić." - powiedział Piłsudski do współpracowników po przyjeździe z Magdeburga do Warszawy, 11 listopada 1918, o socjalistycznym rządzie powołanym kilka dni wcześniej.

Ja tego, proszę pana, nie nazywam Konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty. Pierdel, serdel, burdel. - Tak opisywał konstytucję jak i całą sytuację polityczną okresu "sejmokracji". Tak na marginesie, to bardzo podobnie było niedawno, 8-go listopada i w naszym najnowszym Sejmie.

W szkole powszechnej nauczyciel pyta dziewczynkę: 
-Kto był pierwszym człowiekiem? 
-Józef Piłsudski. 
-Pięknie, dziecko, ale czyś nigdy nie słyszała o Adamie i Ewie? 
-Ależ naturalnie, nie wiedziałam tylko, czy wolno wymieniać też obcokrajowców.

Przed wyjazdem z Japonii, Józef Piłsudski wydał przyjęcie. Główną atrakcją była specjalnie przyrządzona ryba, leżąca na własnej, podwiniętej złotej skórce. Kiedy Piłsudski pałeczkami podniósł kawałek do ust, ze zdumieniem ujrzał, że ryba łypie na niego strasznym okiem, rusza pyszczkiem i tłucze ogonem w talerz. Wypluć nie można, bo afront (a twarze japońskich dyplomatów wyrażają niebiański zachwyt), połknąć też się nie daje. Przynajmniej na trzeźwo. "Pierwszy i jedyny raz" - wspominał potem Filipowicz - widziałem, że Ziuk potrafił wypić jednym duszkiem pół szklanki koniaku. Z koniakiem popłynęła jakoś i ta ryba. Jak się później okazało, była jedynie ogłuszona, sztuka zaś polegała na tym, by zjeść ją - zanim się obudzi".

Po 1926 r. "głównym kadrowym" w wojsku został płk Aleksander Prystor (obok po prawej), zaufany człowiek Marszałka, obok Sławka najważniejszy z grupy pułkowników. Prystor sumiennie wziął się za czyszczenie wojska z byłych starszych generałów armii zaborczych oraz oficerów niekoniecznie przychylnych Piłsudskiemu. O jego gorliwości w tym "czyszczeniu" krążyła anegdota:
Do Marszałka Piłsudskiego przychodzi pewien oficer i melduje:
- Panie Marszałku, muszę panu o czymś zameldować. Nie jestem piłsudczykiem.
Na to Piłsudski:
- Panie, cicho, ja też! Ale jak Prystor usłyszy obu nas wyrzuci... 

W czasie swej wizyty w Rumunii w 1922 r., został zaproszony na manewry, w czasie których Rumuni oddali pod jego dowództwo 16 p.p., wszystko pięknie tylko powiedzieć, że dzielni wojacy byli kiepsko wyposażeni to mało, jak sie okazało nie mieli nie tylko porządnej broni ale nawet butów, tak więc chcąc nie chcąc, Marszałek sprezentował całemu pułkowi buty. Wypada dodać, że czynem tym Piłsudski zaskarbił sobie wielką sympatię Rumunów z królem Karolem II na czele.

A teraz o najwierniejszym z wiernych. Adiutancie Pana Marszałka, czyli Wieniawie-Długoszowskim.

Kiedy minister spraw zagranicznych Włoch, hrabia Galeazzo Ciano razem z Wieniawą przyjechał do Polski na bal, po ich wyjeździe żartowano, że Wieniawa pojechał po to, aby wyjednać u papieża beatyfikację Marszałka Piłsudskiego. Na to usłyszał, że kandydat musiał sprawić co najmniej trzy cuda. Na to Wieniawa odparł: "Nic prostszego. Jeden to cud nad Wisłą, wtóry - cudowne zniknięcie generała Zagórskiego, trzeci zaś to fantastyczne rozmnożenie legionistów po przewrocie majowym". Była jeszcze jedna wersja tej anegdoty, która mówiła o cudzie większym niż cud Chrystusa, "bo gdy Chrystus obdzielił rzesze pięciu rybami i dwoma chlebami, Piłsudski obdzielił naród jednym rydzem tak, że każdy ma go dosyć."
Za: Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie, Mariusz Urbanek 

Podobno bywało też tak, że z uwagi na specyficzne poczucie humoru Wieniawę brano za pijanego także wtedy, gdy był trzeźwy. Pewnego razu suczka państwa Długoszowskich odczuła potrzebę bliższego spotkania z odpowiadającym jej urodzeniu pieskiem. Generał znalazł odpowiedniego psa, włożył galowy mundur, zarzucił pelerynę, wziął suczkę pod pachę i pojechał pod ustalony adres. Drzwi otworzyła dystyngowana pani. Stwierdziła, że taka usługa kosztuje dwieście złotych. "Dwieście złotych?" - zapytał zdziwiony Wieniawa. "Tak, mój piesek jest w doskonałej formie, ponadto jest olimpijczykiem, ma dużo odznaczeń, medali i orderów" - wyjaśniła kobieta. Wieniawa uniósł prawą brew, wyprężył się, odsłonił pelerynę, z lewej strony pokazując swoje ordery. Przejechał po nich otwartą dłonią, demonstrując je od Virtuti po Legię Honorową, i stwierdził: "Proszę Pani, grosza bym od Pani nie wziął!".

Do grona oficerów na jakimś balu podeszła pewna zalotna pani i przekomarzając się wymieniła cechy, jakie musi spełniać jej kochanek. Oczywiście w miarę młody, dojrzały emocjonalnie, przystojny, wysportowany, niezależny, dobrze sytuowany, znany i lubiany, męski ... no i musi mieć 30 cm... Na to Wieniawa odpowiada:
- Madame, na wszystko się zgadzam. Ale obciąć sobie 10 cm nie pozwolę!

Po jednej z burd alkoholowych prezydent Ignacy Mościcki zatelefonował do marszałka Rydza-Śmigłego:
-Ten wasz Wieniawa znowu urządził bijatykę w Oazie, spoliczkowali go tam i wyrzucili za drzwi. Co z nim zrobimy? - pytał prezydent
- Ja sam już nie wiem, co z nim zrobić. Wsadzę go chyba do kryminału! - odpowiedział marszałek. - Do Kwirynału - podchwycił przygłuchy Mościcki. - Świetna myśl, szczęśliwa myśl, panie marszałku, natychmiast wysyłam go do Kwirynału.
I tak Wieniawa został w 1938 roku polskim ambasadorem w Rzymie.

W Mroczkowie koło Opoczna, we dworze u zaprzyjaźnionych z Długoszowskimi Państwa Libiszowskich, także herbu Wieniawa, odbywał się latem wieczorowy raut na świeżym powietrzu, nad stawem. Wszyscy ubrani byli wieczorowo. Ponieważ dzieci wiedziały, że pan generał lubi się bawić z nimi, więc starszy syn Państwa Libiszowskich, ok. 10-letni wtedy, zapytał Wieniawę:
- Czy to prawda, że wujek spełnia prośby dzieci?
- Tak, oczywiście, spełniam prośby dzieci - odparł wujek Długoszowski.
- I gdybym miał jakieś życzenie, to wujek je by spełnił?
- Tak, powiedziałem przecież, że nie odmawiam dzieciom.
- To niech wujek wejdzie dla nas do stawu! - padło życzenie.
Wieniawa wszedł bez namysłu do stawu ku uciesze dzieci i zdziwieniu dorosłych. Zapytał chłopca po chwili, czy już może wyjść, bo garnitur robi mu się coraz cięższy. Chłopiec zezwolił i Wieniawa ociekający wodą wyszedł ze stawu.
Wtedy przerażony chłopiec zapytał:
- Dlaczego wujek to zrobił, ja przecież żartowałem.
A wujek odparł mu:
- Dałem ci słowo, że spełnię twoje życzenie. Nie mogłem postąpić inaczej. Zapamiętaj na całe życie, jeżeli dasz komuś słowo, że coś zrobisz, zrób to honorowo, choćby bardzo bolało.

Na zadane mu przez kolegę ułana pytanie w „Ziemiańskiej” – jak tak możesz, żeby cała Warszawa mówiła o twoich wybrykach. Ty jesteś tak blisko Komendanta... itd., itd., Wieniawa odpowiedział:
- Słuchaj, ty ułanie z prowincjonalnego pułku. Był kiedyś taki kawalerzysta, który zrobił dwie rzeczy. Raz o zakład po pijanemu przejechał nago czwórką koni z Zamku do Mokotowa i z powrotem. A drugi raz w mundurze marszałka Francji skoczył do Elstery i utonął. A że mu pomnik na Saskim Placu postawili w koszuli, to nie wiadomo, czy za pierwsze, czy za drugie.
Cyt. za Wojciech Grochowalski "Ku chwale Wieniawy"

No i jeszcze jedna anegdotka o "Pierwszym ułanie Rzeczypospolitej" i Marszałku.
Warszawa lata 20-te. Rozmawiają dwie pensjonarki:
-Może wiesz kim jest ten starszy pan, który wszędzie jeździ z Wieniawą? 

A na koniec trochę o innych słynnych w II RP.


Jedna z najsłynniejszych anegdot, której bohaterem jest Ignacy Jan Paderewski:
Pewnej nocy, po recitalu w Berlinie, pianista postanowił jechać do hotelu powozem. Dorożkarz zapytał go, dokąd mają się udać. Paderewski nie zdążył udzielić odpowiedzi. Ubiegł go bowiem ktoś z tłumu, krzycząc: Do fryzjera! 

Ignacy Jan Paderewski jako polski premier uczestniczył w konferencji pokojowej w Wersalu. W holu pałacu natknął się na prezydenta Francji Georgesa Clemenceau, który go zagadnął:
Bardzo mi miło osobiście poznać wielkiego mistrza fortepianu”. „ Mój panie, obecnie jestem premierem” – odparł nieco skonfundowany Polak. „Mistrz fortepianu prezydentem ministrów! Mój Boże, co za upadek!” – odrzekł złośliwie Francuz. 




Generał Daniel Konarzewski był bardzo ciekawą postacią. Absolwent carskiej Akademii Sztabu Generalnego, w czasie pierwszej wojny światowej formował polskie jednostki w Rosji. Jako szef administracji Wojska Polskiego w 1926 roku podjął decyzję o budowie stadionu Legii w Warszawie. Generał mówił dziwną mieszaniną polskiego i rosyjskiego, co był przyczyną wielu gaf i pomyłek. Jedna z najsławniejszych miała miejsce w 1919 roku, podczas defilady na placu Saskim. Konarzewski wygłosił wówczas patetyczne przemówienie, odwołując się do historii Polski: i poćwiartowali naszu nieszczęsnu ajczyznu na trzy nierowne pałowy: jednu wzieli Giermańce, drugu Awstryjaki, a trzeciu my..., znaczy się Rasyjanie... Przemówienie tak podnieciło mówcę, że z zapałem bił „swoich”, czyli Rosjan, podczas bitwy warszawskiej, dowodząc grupą operacyjną. 

A na koniec jeszcze jedna anegdota z Marszałkiem Piłsudskim, a w zasadzie zabawnym generałem Pana Marszałka w roli głównej. 
"Jedynyj prawdziwyj gienierał" - tak mawiano w okresie II Rzeczypospolitej na generała Olgierda Pożerskiego. Uchodził on za znakomitego artylerzystę, przynajmniej w armii carskiej. Oto jak wyglądała rozmowa marszałka Piłsudskiego z generałem Pożerskim na temat przydatności artylerii przeciwlotniczej:


"POŻERSKI: Nu, ja tyż był na wojnie, tyż widział lotników...
PIŁSUDSKI: No i co, strzelał pan?
POŻERSKI: Nieraz bywało idę z baterią, a tu lotnik, to ja komendę: "W kanawu jejo!"; ot stanęła armata rakiem, a wtedy: "Po aeropłanu - pierwoje!" i walić!
PIŁSUDSKI: I zestrzelił pan?
POŻERSKI: Zestrzelić, nie zestrzelił, ale zdrowo nastraszył... zaraz odleciał...



Miło o nich poczytać. To byli wielcy ludzie. Niech na zawsze pozostaną w naszej pamięci.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Dzisiaj jest rocznica urodzin Marii Skłodowskiej-Curie

Jeden z moich ulubionych cytatów Marii Skłodowskiej-Curie  to:
"Trzeba mieć wytrwałość i wiarę w siebie. Trzeba wierzyć, że człowiek jest do czegoś zdolny i osiągnąć to za wszelką cenę". 
Dzisiaj mija 144 rocznica urodzin wielkiej uczonej Polski i Francji!
Wielka uczona, Maria Skłodowska-Curie wyprzedziła epokę, w której żyła. Przetarła kobietom wiele szlaków prowadzących do równouprawnienia. Swoim życiem udowodniła, że różnica płci nie ma wpływu na potencjał intelektualny, a kobiety pozbawione mężowskiego wsparcia potrafią zadbać o siebie i rodzinę. Przekroczyła granice dzielące domeny życia społecznego kobiet i mężczyzn w czasach, kiedy dostęp do nauki, kariery i honorów był dla kobiet bardzo ograniczony. Jej odkrycia umożliwiły rozwój nowych gałęzi przemysłu i medycyny. Choć były spektakularne, badaczka pozostała osobą skromną, bez reszty oddaną pracy naukowej.
A na koniec jeszcze mała ciekawostka. Czy wiecie jak powinno się zapisywać nazwisko wielkiej Polki? Czy na przykład Maria Curie-Skłodowska a może Maria Skłodowska-Curie?
Jak można przeczytać w publikacji prof. Andrzeja Markowskiego, językoznawcy z UKSW (Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie), pt. „Język polski. Poradnik prof. Markowskiego” jest tylko jedna poprawna forma: „Nazwiska takie składają się zwykle z: 1) nazwiska rodowego kobiety i 2) nazwiska odmężowskiego. Należy zachować taką właśnie kolejność członów. (...) Poprawna forma nazwiska polskiej uczonej to: Maria Skłodowska-Curie (Maria z domu Skłodowska, z męża - Curie, nie "Maria Curie-Skłodowska".
Co ciekawe, uczona jest patronką znakomitego Uniwersytetu w Lublinie, który stosuje własną nazwę w postaci Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, czyli popularny UMCS. Podobno, powodem, dla którego w nazwie uczelni występuje taka kolejność nazwisk jest fakt, że sama patronka UMCS używała zamiennie obu form pisowni swego nazwiska, czego dowodem jest jej własnoręczny podpis w księdze gości Archikatedry Lubelskiej z roku 1930. Poniżej reprodukcja autografu uczonej.


Jak się okazuje, władze uniwersytetu zdecydowały się na taki zapis nazwiska wybitnej chemiczki, m.in. ze względu na poprawność polityczną i obyczajową. W 1944 roku, kiedy zakładano Uniwersytet, nie podkreślano polskości patronki, z różnych przyczyn. Ma to związek również z tym, że za granicą znana była jako Curie-Skłodowska. Taki zapis nazwiska stosuje się za granicą, szczególnie we Francji, co zapewne spowodowało zamieszanie. Ale dla nas Polaków ona na zawsze będzie naszą ukochaną i wspaniałą Marią Skłodowską-Curie.

piątek, 4 listopada 2011

Co na paletach? - Malujemy sobie, wiecie?

Dzisiejszy urobek z bardzo pracowitego dnia. Mróweczki pilnie malowały.








 Martwa natura z owocami Danusi Krzyśków. Przepyszna...
 Poniżej "Bazylika Sacre-Coeur" Stasi
 Ten ostatni obraz, również jest autorstwa Stasi Gugałki
Kiedy w 1870 roku wybuchła wojna francusko-pruska, dwaj francuscy przemysłowcy przysięgli sobie, że jeżeli po wojnie ujrzą Paryż takim samym, jak przed wojną, to wybudują bazylikę ku czci Serca Jezusowego, czyli nazywaną dzisiaj "Sacre-Coeur". Gdy rok później, po zakończeniu działań zbrojnych okazało się, że Paryż został nietknięty, przemysłowcy postanowili wypełnić swoją obietnicę. Propozycję z zadowoleniem przyjął ówczesny arcybiskup Paryża i już w 1876 roku rozpoczęto budowę. Ukończono ją w 1914 roku, jednak wybuch pierwszej wojny światowej uniemożliwił konsekrację. Odbyła się ona 5 lat później, w roku 1919. Dzisiaj została ona namalowana przez Stasię. Jej Bazylika Sacre-Coeur jest naprawdę fajna. 

środa, 2 listopada 2011

Filozofia domowa - Kretynów nie sieją, sami się rodzą...

"Ludzie domagają się wolności słowa jako rekompensaty za wolność myślenia, której rzadko używają"
 Soren Aabye Kierkegaard

Wolność - jest to brak przymusu, sytuacja, w której można dokonywać wyborów spośród wszystkich dostępnych opcji [Wikipedia]. Ustrój demokratyczny przynosi wolność, to znaczy uprawnienie do wyboru światopoglądu. Sądzę, że bywa to jednak często deklaratywne. Mianowicie twierdzę, że to jednak wiedza leży u podstaw wolności, czyli wyboru światopoglądu; nie można przecież precyzować własnego stanowiska mając ograniczony widnokrąg. Niezbędni są więc nauczyciele wszechstronnie wykształceni i mądrzy, by przybliżać rozmaite punkty widzenia w sposób wolny od ocen. Interesujące jest również to, że wolność należy do ideałów powszechnie cenionych, niepodważalnych i bezdyskusyjnych, ale jednocześnie jedynie małe kręgi społeczeństwa zdają sobie sprawę z jej wartości. Szukając zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa, rezygnujemy często z wolności. Wolność bowiem zmusza do podejmowania decyzji i uniemożliwia bezpieczne trwanie w kokonie spokoju. Wolność jest pojęciem wieloznacznym. Każdy z nas nadaje jej inną treść. I taka inna treść, objawiła się mi właśnie przed chwilą. Dzisiaj przeczytałem w internecie, na Wirtualnej Polsce, taką oto szokującą wiadomość! 
"Warszawski radny PiS Maciej Maciejowski, wiceprzewodniczący komisji kultury i niedawny kandydat tej partii na posła, wykorzystał szczęśliwie zakończone awaryjne lądowanie "na brzuchu" Boeinga 767, by przypomnieć o katastrofie smoleńskiej i zaatakować rząd. "cywilny boeing jest przygotowany do lądowania na brzuchu a bombowiec TU154 nie wytrzymuje zderzenia z brzozą tak?!!!!!! " - napisał na Twitterze Maciejowski do rzecznika rządu Pawła Grasia. Po chwili dodał: "a teraz te szuje z PO będą piały jaki to wielki sukces ryżego". Ciąg dalszy nastąpił, gdy zapowiedziano konferencję prasową prezydenta Bronisława Komorowskiego, który pogratulował pilotowi kpt. Tadeuszowi Wronie mistrzowskiego lądowania na Okęciu z awarią podwozia. "Miała być konf LOT ale to bydle musi sie podlansować, podziękuj swoim panom z Kremla pajacu" - napisał radny PiS. Po chwili uzupełnił wpis: "Opóźnienie merytorycznej konferencji LOT aby mógł się lansować Komorowski to skandal"."
I co Wy na to. Bo mi ręce i nogi opadają! Czy to jest wolność? Na przykład wolność słowa? Bo jak tak, to ja oficjalnie nazywam tego typa DURNIEM oraz członkiem. Może być też, że na przykład członkiem PiS-u. Jak wszyscy zapewne wiemy, we wtorek szczęśliwie zakończyło się awaryjne lądowanie Boeinga 767 z 220 pasażerami i 11 członkami załogi na pokładzie, któremu nie udało się wysunąć podwozia. Wylądował "na brzuchu", nikomu nic się nie stało. Dzięki bohaterskiej załodze kpt. Tadeusza Wrony nie musieliśmy przeżywać kolejnej tragedii lotniczej. A tu taki MATOŁ wykorzystuje swoją wolność do wyrażania poglądów politycznych. Ciekawe czy On w ogóle miał jakichś nauczycieli? Bo jeśli tak, to może i ich należałoby zbadać. Tworki są chyba niedaleko od Warszawy...
Dla odreagowania tego stresu obyczajowego, pokażę Wam przepiękny obraz słynnego rosyjskiego pieredwiżnika, Ilii Repina, pod tytułem "Jaka wolność!". Przedstawia on piekną, młodą, zakochaną w sobie parę, która spaceruje po oblodzonym brzegu rzeki Newy, nic nie robiąc sobie z ogromnych fal. 
Ale to przecież Rosjanie! Oni reagują dopiero na mróz, kiedy jest minus 25 stopni... ale wewnątrz mieszkania. A obraz. Fantastyczny! Prawda?
Przy wpisie korzystałem z poglądów pani Marii Szyszkowskiej, filozof prawa; profesor m.in. Uniwersytetu Warszawskiego; Senator RP; publicystki (m.in. czasopisma Res Humana), autorki wielu bardzo mądrych książek.

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.