piątek, 27 stycznia 2012

Filozofia domowa - PKiN won! czyli czy Warszawiacy mają... cojones?

Przy okazji pracy nad wpisem o powstańcach styczniowych, i podczas dłubania w internetowych archiwach starodruków, w 18-tym numerze przedwojennego Tygodnika Illustrowanego z 1920 roku, natknąłem się  na bardzo ciekawą dyskusję, jaka się wówczas toczyła, w naszej młodej, bo zaledwie dwuletniej ojczyźnie, o losie "Świątyni na Placu Saskim". A skoro architektura to też sztuka, postanowiłem zatem przytoczyć na naszym blogu obszerne fragmenty tego artykułu, albowiem jeszcze nie tak dawno, podobna dyskusja rozgrzewała współczesnych nam Warszawiaków. Czy wyburzyć "Pałac Kultury i Nauki", czyli tzw. "Zemstę Stalina" i wybudować na jego miejscu coś nowego, okazałego, symbolizującego nową, odrodzoną w 1989 roku Polskę, czy też go zostawić, i potraktować jako zabytek? No cóż. Każdy ma prawo do swojego zdania, również i na ten temat. Opinie, jak pamiętam, były jak zwykle wśród obywateli naszego pięknego kraju różne a zdania podzielone. I ja, bynamniej nie odbiegam od tej reguły. Również mam swoje wyrobione zdanie ale przedstawię je dopiero na koniec.
Na początek zaprezentuję jak poradzili sobie z tym problemem nasi przodkowie? Zacytuję więc najistotniejszy fragment artykułu z w/w Tygodnika Ilustrowanego.
"Nie było u nas sprawy, która by tak obszerną wywołała dyskusyę, jak sprawa b. soboru na Placu Saskim.
Burzyć go, czy pozostawić?
Nie pomagały głosy realistów, przypominające, iż odrodzona Rzeczpospolita ma napewno tysiąc ważniejszych zagadnień od tego szczegółu życia publicznego. Dyskusya trwała dalej i trwa w dalszym ciągu, coraz to nowych powołując zwolenników i przeciwników burzenia. Żarliwość tej dyskusyi jest zupełnie zrozumiała. Sobór na Placu Saskim, w stolicy naszej przez Rosye wystawiony, godzi wprost w uczucie polskie. Rząd zaborczy stawiał te świątynię nie dla rzeczywistych potrzeb religijnych, lecz dla dokuczenia ambicyi narodowej Polaków. Stawiał ją dla uzewnętrznienia potęgi swojej państwowej, dla nadania Warszawie piętna oryentalnego. Stawiał ją rozmyślnie tak wysoką i w centrum miasta położoną, by wielkość jej i położenie przytłoczyły polsko-europejski wygląd i charakter miasta. Swiątynia ta powstała ze złego uczucia. To złe uczucie, zaklęte w kamień soboru, wywołuje afekt odwetu w masach i jednostkach polskich.
Dotychczasowa dyskusya na temat b. soboru przyjmuje dwa tylko radykalne sposoby załatwienia kwestyi: 1) zostawić sobór w całości takim, jakim jest dzisiaj. lub 2) zburzyć go do cna, ocalając jedynie mozajki zewnętrzne i wewnętrzne, jako dzieła sztuki. Zwolennicy pierwszego punktu widzenia powołują się na względy oszczędności, rozebranie bowiem tego kolosu kosztowałoby kilkadziesiąt podobno milionów marek; zwolennicy drugiego sposobu załatwienia wysuwają argumenty: godność nasza narodowa i estetyka. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że b. sobór, jako dzieło architektoniczne, jest brzydki, zwłaszcza w górnych swoich częściach i nie tylko nie jest ozdobą miasta, ale wręcz oszpeceniem Warszawy.
Bardzo nieśmiało poruszano natomiast sposób kompromisowy wyjścia z trudności. Sposobem tym byłoby przebudowanie gmachu, takie przebudowanie, któreby usunęło wschodni bizantyjski charakter świątyni, a nadało natomiast wygląd, zgodny z tradycyami naszych pojęć o architekturze kościelnej.
Czy to byłoby możliwe? Rzecznikiem takiego kompromisowego rozwiązania kwestyi jest zaszczytnie znany architekt, p. Stefan Szyller. Czytelnik nasz ma sposobność ujrzeć ponad niniejszymi wierszami dwa rysunki: jeden z nich przedstawia wygląd obecny Placu Saskiego z soborem o dotychczasowych kształtach i z horrendalną dzwonnicą, rysunek drugi pokazuje, jak mogłaby wyglądać ta sama świątynia po odrzuceniu gargantuowych cebul nad sklepieniem kościoła i po odpowiedniem zmodyfikowaniu linii bizantyjskich./.../
/.../ P. Szyller przyznaje, że pod względem artystycznym ten gmach jest niezaprzeczenie w stylu zupełnie obcym naszej architekturze, niezgodnym z tradycyami architektury warszawskiej i polskiej w ogóle; razi on nas swojemi formami, drażni nasze poczucie narodowe. Ale w każdym razie jest to gmach monumentalny, w którym są najrozmaitsze dzieła sztuki o wysokiej wartości artystycznej. Olbrzymie mozajki, zewnętrzne i wewnętrzne, marmury rzeźbione, kolumny, malowidła ścienne są tak ściśle związane z tym gmachem, że jeśliby go rozbierano, to z tego wszystkiego otrzymanoby tylko gruzy bezwartościowe i bezużyteczne, jedynie tylko granitowe bloki i schody nadałyby się do jakiego innego użytku. Mówi się, że sobór tak łatwo zburzyć. Otóż to nie tak łatwo zburzyć taki gmach ogromny i tak monumentalnie zbudowany, który Moskale budowali z największą starannością, używając najdroższych, najlepszych materyałów, łącząc na wyborowy cement i żelazo. Przecież ten gmach jest obecnie jak skała jednolity. Rozbiórka tego gmachu to trudne zadanie. Ażeby jej dokonać, trzeba byłoby zrobić najpierw techniczny projekt samej rozbiórki, skonstruować kolosalne podług niego rusztowania, a rozbiórka trwałaby lata. Zburzenie soboru, według obliczeń zeszłorocznych, kosztowałoby 15 milionów marek, a wartość soboru wynosiła mniej więcej 80 milionów marek, razem więc do 95 milionów. Obecnie te cyfry należałoby podwoić. Przypuszczając, że wartość granitów i płyt marmurowych, otrzymanych z rozbiórki i zdatnych do użytku dalszego, pokrywa część tych 95 milionów, otrzymamy, że 25 tysięcy metrów kubicznych bezużytecznego gruzu kosztować nas miało przed rokiem jakie 50 do 60 milionów, a dziś prawdopodobnie dwa razy tyle./.../"
A jaki w końcu był efekt tej dyskusji. A no taki jak poniżej. Sześć lat później, w kwietniu 1926 roku, Plac Saski, a obecnie Plac Piłsudskiego, wyglądał tak jak na fotografii zamieszczonej w "Światowidzie". Nawet biorąc pod uwagę poprawność ekumeniczną czy posądzenie katolików o prozelityzm, nikt z specjalnie nie protestował. Symbol zniewolenia przez Rosję usunięto i już!
A teraz? W środku stolicy stoi sobie bolszewicki koszmarek, jakich jeszcze pełno w stolicy Federacji Rosyjskiej, w Moskwie. W stylu monumentalno-socrealistycznym. "Dar radziecki", "Dar Stalina", "Zemsta Stalina" a tak naprawdę to symbol dominacji obcego mocarstwa, spełniający identyczną jak opisywany wcześniej sobór rolę! Miał dominować nad miastem i przypominać z każdego miejsca kto tu rządzi!!!
Niedawno, bo w lipcu 2011 roku, jakiś kretyn zaproponował nawet, żeby nadać mu imię Roberta Schumana. To dopiero by było. Chyba biedak, przewróciłby się w grobie. Twórcę Unii Europejskiej zrobić patronem symbolu zniewolenia. Chyba, że przez autora tego pomysłu przemawiał sarkazm.
No cóż. Każdy ma prawo wyrazić swoją opinię lub sprzeciw. Takie są reguły demokracji. Tylko dlaczego zwolennicy pozostawienia tego betonowego koszmaru tak bardzo boją się np. referendum w tej kwestii? Jeśli naród zechce, to to pozostawi, ale dlaczego pozbawia się Nas możliwości podjęcia decyzji - PKiN won! Czy Warszawiacy mają cojones? A czy są jeszcze prawdziwi Warszawiacy? 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Inspiracje - akwarele Carla Purcella


"A jednak dobrze jest, wszystko jest dobrze.
 Co? – może nie? Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!
"
Stanisław Ignacy Witkiewicz

A teraz coś dla odreagowania....
Jak informuje ciotka Wikipedia, co prawda, akwarela jest jedną z tańszych technik malarskich, lecz jest ona bardzo trudna, gdyż nie daje prawie żadnej możliwości dokonywania poprawek i retuszy. W szczególności, nie można usunąć namalowanego fragmentu, a jedynie przerobić go, i to też w niewielkim stopniu. Przyczyną tego jest fakt, iż nie można w tej technice stosować krycia farbą. Stąd też właściwie nie używa się tu białej farby - i tym różni się ona m.in. od gwaszu. Zamalowany obszar można w ostateczności tylko nieco rozjaśnić, malując zamalowane miejsce samą wodą, co jednak powoduje przy okazji rozszerzenie się barwnej plamy. Praktycznie cała akwarela jest transparentna, czyli przeźroczysta. Farby akwarelowe miesza się na paletce, ponieważ nakładanie bezpośrednio pigmentu na papier daje "sztuczny" efekt. Kolor utworzony na paletce (najlepiej plastikowej) nakładamy na papier. To tyle teorii.
A mistrzem w tej technice jest pewien Amerykanin Carl Purcell. Obecnie emerytowany nauczyciel Snow College of Utah. Jego prace cechuje przepiękna atmosfera, delikatna kolorystyka, nastrój spokoju. Chciałbym na łamach naszego bloga pokazać kilka obrazów Purcella. A jest na co popatrzeć.









Namawiam do spróbowania swoich sił w akwareli. Zapewniam, że efekty muszą być zadowalające. Chociaż uważam również, że mogą one być również doskonałą inspiracją do obrazów malowanych olejami czy akrylami. Pozdrawiam.

niedziela, 22 stycznia 2012

Rozważania na temat malarstwa - pamięci powstańcom bohaterom

Mija styczeń a my nie pamiętamy o naszej ciekawej historii. I dlaczego nasze, tzw. patriotyczno-kościelne media milczą? Przecież półtora wieku temu, w te chłodne dni miało miejsce niezwykłe wydarzenie. W styczniu 1863 roku wybuchło powstanie i nikt wtedy nie spodziewał się, że będzie to najdłużej trwająca kampania mająca na celu wyzwolenie Polski znajdującej się w tamtym czasie pod zaborami. Powstanie to oprócz długości trwania wyróżniło się także swym zasięgiem - objęło ono Królestwo Polskie, Litwę, Białoruś i część Ukrainy. Przed jego rozpoczęciem przez Królestwo Polskie przetoczyła się fala protestów i demonstracji. Niewątpliwie miało to duże znaczenie dla zrodzenia się późniejszej legendy powstania. Wiece, publiczne wyznania patriotyczne, pieśni i gesty - to wszystko kształtowało przedpowstaniową rzeczywistość i przyczyniło się do podniesienia morale walczących w późniejszym okresie żołnierzy.
Z bólem serca, ale jednak trzeba sobie uświadomić, ze powstanie to nie miało praktycznie żadnych szans na zakończenie się sukcesem. Jego wybuch przypadł w najgorszych ku temu warunkach, w stosunku do każdego poprzedniego powstania. Nie było już regularnego wojska polskiego, przeciwko rosyjskiej broni palnej wystawiono kosy i ewentualnie broń myśliwską. Tylko niewielki odsetek ludzi walczących w powstaniu to byli ludzie dobrze uzbrojeni i przeszkoleni. Pomimo skazania na niepowodzenie w styczniu tamtego roku nie zabrakło siły i wiary w to, że uda się odzyskać niepodległość. Trzeba też zauważyć, że po klęsce powstania wytworzyła się niesamowita sytuacja, która miała ogromny wpływ na ukształtowanie się poglądów całego następnego pokolenia. Żyło ono bowiem napiętnowane klęską, zewsząd otaczała ich nieprzychylna dla Polaków rzeczywistość, ludzie byli prześladowani i deportowani. Niektórych wysłano na przymusową emigrację, a jeszcze inni sami się na nią zdecydowali z obawy przed represjami. Za to pokonanych traktowano z honorami, niczym wielkich bohaterów, a ofiara z ich życia miała szczególny martyrologiczny wydźwięk. Znalazło to m.in. odbicie w literaturze i nawet sztuce. W wielu utworach literackich czy dziełach malarskich, kreowany był obraz bohaterskiego żołnierza - Polaka, który poświęcał swoje istnienie oraz wszystko co miał aby bronić ukochanej ojczyzny.
Artur Groettger - Pożegnanie Powstańca, 1864r.
Do tego motywu ofiary i wyrzeczenia się wszystkiego dla ojczyzny nawiązał np. w swoim obrazie Artur Grottger. W jego znanym obrazie pod tytułem "Pożegnanie powstańca" widzimy kobietę stojącą na progu własnego domu, a przed nią klęczy wyruszający w drogę powstaniec. Kobieta ubrana jest w czerń co jest symbolem żałoby. Ze stoickim spokojem przymocowuje do ubrania powstańca biało-czerwoną rozetę. Pomimo, ze mężczyzna zaraz opuści dom, to cały obraz emanuje spokojem i jakąś nieokreśloną pewnością. Symbolika kolorów nie jest bez znaczenia. Jasne niebo to symbol nadziei na pomyślność sprawy, a czarne ubranie kobiety to symbol strachu o ukochanego mężczyznę.

Nastroje Polaków po klęsce powstania równie dobrze wyraził na swoim obrazie Jan Matejko. W 1864 roku namalował obraz zatytułowany "Polonia - Rok 1863". Kobieta znajdująca się w jego centralnym punkcie to symbol Polski. Było to charakterystyczne dla malarstwa tamtych czasów - przedstawić nasza ojczyznę poprzez symbol kobiety w kajdanach. Z obrazu Matejki jasno wynika, ze Polska ponownie straciła niepodległość po krótkim "oddechu wolności" jakim było powstanie styczniowe. Po jego upadku i zakończeniu pozostały tylko uczucia: rozgoryczenia, zawodu i bezsilności, które Matejko znakomicie namalował na ludzkich twarzach. Głębia czerni kobiety to symbol żałoby odczuwanej przez tych co wrócili do domów pokonani. Tuż za nią, w bieli - symboliczna Litwa, także zakuwana w kajdany. Aktu zakucia ma dokonać trzymający młotek w prawej dłoni młody kowal, pochylający głowę z rezygnacją. Jego pracy przyglądają się dwaj oficerowie: jeden w mundurze rosyjskim, a drugi w pruskim. O fakcie, iż wszystko to dzieje się bezpośrednio po upadku powstania styczniowego, informuje powieszony w głębi pomieszczenia Manifest Rządu Narodowego z wyraźną datą 1863. Trzeba przyznać, ze Matejko bardzo plastycznie oddał uczucia ludzi z tamtego okresu.
Jan Matejko - "Polonia - Rok 1863" lub "Zakuwana Polska", 1864r.
Co ciekawe, obraz został namalowany przez artystę, pod wpływem swoich świeżych przeżyć i wspomnień z czasów powstania styczniowego. Matejko nie widział żadnych szans na wystawienie obrazu i jego publiczną prezentację. Obawiając się o bezpieczeństwo własne i swojej rodziny oraz ewentualnych represji postanowił schować płótno za piecem w domu, gdzie przeleżało kilkanaście lat. Po latach obraz trafił w ręce rodziny Czartoryskich i jest dzisiaj wystawiany w Muzeum Czartoryskich w Krakowie.
No dobrze. Kończę. Nie mam zamiaru już dalej smucić, ale ze względu na amnezję mediów, postanowiłem jednak przypomnieć ten tragiczny epizod z naszej historii i oddać honor dawnym bohaterom. Mam już powyżej uszu Smoleńska, kryzysu w Unii, Tuska, Kaczora czy innych nieudaczników zasiedlających ekrany naszych telewizorów. A do niniejszego wpisu, zachęciła mnie pewna stara fotografia z 1938 roku, jaką odnalazłem w przedwojennych archiwach fotograficznych i prasowych, które można spotkać w Internecie. Popatrzmy na nią. Jest wzruszająca.
Chyba dziewięćdziesiąt-latkowie albo i więcej. Wspaniali ludzie. Prawda?
I niech tak już zostanie. Narazie. Do następnego wpisu.
Źródła: Wikipedia, www.bryk.pl

ERRATUM:
Znalazłem jeszcze jedno fajne zdjęcie naszych bohaterskich powstańców z 1863 roku. Jest to fotografia zamieszczona w przedwojennym tygodniku ilustrowanym "Światowid", numer z 23-01-1932 roku.
Są to weterani z 1863r. mieszkający w 1932 roku, w schronisku w Krakowie. Siedzą od lewej: Nożyczkowski Jan (lat 94),  Gierzyński Artur (lat 85), Nowak Józef (lat 89), Pawłowski Tomasz (lat 92), Morawiecki J. (lat 87), Humowiecki Karol (lat 94). Stoi - Bętkowski Walenty (lat 88 - "radjoamator"). Warto również wiedzieć, że schronisko dla weteranów mieściło się w prywatnym domu, zakupionym w 1902 roku, na potrzeby Organizacji Weteranów, które zarządzane było przez płk. Lubicza. Ponadto, każdy weteran dostawał od Rządu polskiego pensję 125zł. miesięcznie, z czego 100zł wpłacał Organizacji, otrzymując za to mieszkanie i pełne utrzymanie wraz z umundurowaniem. Zaś, 25zł zachowywał dla siebie na swoje drobne wydatki osobiste. No cóż. Wtedy Rzeczpospolita potrafiła zadbać o swoich bohaterów.

I jeszcze jedno. Kiedy patrzę na te zdjęcia, to ogarnia mnie fascynacja i zdumienie, że zmaterializował się fragment naszej, bardzo dawnej historii. Że, tych heroicznych czynów dokonywały, nie bezpostaciowe nazwiska z podręczników historii, lecz prawdziwi ludzie. Z krwi i kości! I widzę, jak oni w rzeczywistości wyglądali. Nie są to żadne ryciny, ani drzeworyty, lecz fotografie, żywych wtedy ludzi. I poszedłem więc trochę dalej. Zacząłem szukać innych śladów tamtych czasów. Szukałem atmosfery tamtych dni. Pogrzebałem więc w Internecie i znalazłem autentyczne ślady, a w zasadzie próbki zakonserwowanego czasu z tamtej, minionej 150 lat temu, epoki. Natknąłem się na fantastyczne zbiory "e-biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego", wśród których, znalazłem zeskanowane strony, wydawanej w 1863 roku, w Warszawie, gazety codziennej - Kuriera Warszawskiego! To było dla mnie niesamowite odkrycie. Kiedy czytałem znajdujące się tam wiadomości, to poczułem się, jakbym się cofnął w czasie! Przeniosłem się, przy pomocy internetowego wehikułu czasu, do autentycznych czasów zaboru rosyjskiego, do czasów cenzury carskiej. Przeżyłem niemalże "deja vu" z czasów nieboszczki komuny. Taka sama zakłamana propaganda! bandyccy powstańcy, bohaterscy rosyjscy żołnierze... Sami popatrzcie na próbki tych gazet, jakie zamieściłem poniżej.
I carskie rozporządzenia policyjne, jak w stanie wojennym, w 1981 roku!
Tak, tak. To w takich okrutnych czasach żyli i walczyli o naszą ojczyznę Ci wspaniali ludzie. Zainteresowanych tym tekstem zachęcam do lektury skanów oryginalnych stron gazety. W takich chwilach czuję dumę, że jestem Polakiem! A Car Wszech Rosji ciągle nie żyje...

wtorek, 17 stycznia 2012

Co na paletach? - nareszcie sami...

I teraz tak już będzie do końca. Moi przyjaciele z sekcji malarskiej są już sami. Bez mojej męczącej osoby. I okazuje się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Wszystko działa dalej jak w zegarku. Życie artystyczne aż kipi. Jestem szczęśliwy, że tak to wyszło. Trzymam za Was mocno kciuki. Tylko tak dalej. Dziękuję Stasi Gugałce, że nadesłała zdjęcia z ostatniego urobku prac malarskich. A i przy okazji chciałbym bardzo gorąco podziękować za pozdrowienia, jakie otrzymaliśmy od naszej koleżanki malarki Steni Kasztelan z UTW w Gorzowie. No i teraz prezentacja nadesłanych prac, jakie zostały ostatnio wykonane przez naszych malarzy amatorów z sekcji plastycznej UTW. 
Na początek trzy płótna, jak zwykle, niezwykle pracowitej Marysi de Weyher. Tajemniczy nastrój, chłodna paleta, łatwo rozpoznawalny styl obrazów Marii. I ciągle te drzewa. Czekamy na ... portret? Marysiu, proszę! Może jednak byś spróbowała?  


Z kolei, druga pracusia, Krysia Krawczyk, przyniosła prześliczny pejzaż jesienny z młynem. Urocze. Tylko na ścianę. Ponadto, ciekawy jestem, ile worków tych liści kasztanowca jeszcze u Ciebie zostało, bo obrazki na liściach, robisz seriami, jak mała fabryczka...


Nasza artystka-fotografik-malarz, Wioleta Nieroda popisała się uroczym pejzażem. Dla mnie bomba. Tylko trzeba dobrać odpowiednią ramę i będzie piękny obraz na ścianę w salonie. Gratuluję.
Nareszcie, trochę większa forma malarska autorstwa Steni Gibaszek. Pastela. Portret. To jest to. Bardzo nastrojowe. Czekamy na formę czysto malarską.
No i wreszcie powróciła Tereska Daszkiewicz. Ależ ona ma formę. Kapitalne obrazy. Moje gratulacje i wielkie uznanie. Jeśli to co mi nadesłano na konto MMS-a jest też Twoje, to padam do nóg, mistrzyni! Pokażę to w następnym wpisie. Muszę się tylko upewnić autorstwa tych prac. Nareszcie portrety! Ja wiem, że to nie jest łatwe. Ale za to jakie efektowne. Namawiam do malarstwa portretowego! Zacznijcie może od autoportretów...

No i narazie tylko tyle i aż tyle. Tym razem, chyba  nam obrodziło! Powstało dużo fajnych prac. Wkrótce uzupełnienie. Co prawda rozpoczęły się ferie zimowe i sekcja musi pauzować, ale w domowym zaciszu pewnie dalej będą powstawać nowe obrazy. Bardzo serdecznie pozdrawiam.  

środa, 11 stycznia 2012

"Ab ovo usque ad mala"

Pamiętam każdą wspólnie spędzoną chwilę. A w każdej było coś wspaniałego.
Nie potrafię wybrać żadnej z nich i powiedzieć: ta znaczyła więcej niż pozostałe.
— Nicholas Sparks
"Ab ovo usque ad mala"
Od jajek, do jabłek (od początku do końca - na ucztach rzymianie zaczynali od jaj, a kończyli na jabłkach)
Piotr Kolczin - "Koniec sezonu"
Tak, tak. To musiało kiedyś nastąpić. Jak już wiecie, niedługo wyprowadzam się z naszego miasta. Aktualnie realizuję wszelkie, niezbędne dla tej czynności procedury. Niestety na zajęcia naszej sekcji plastycznej już nie przyjdę. Może zaglądnę jeszcze pod koniec lutego, ale tylko żeby się pożegnać. Bardzo mi żal Was opuszczać. Ale jedno mogę Wam solennie obiecać. Blog będzie jeszcze kontynuowany. Z oczywistych względów dział "Co na paletach" będzie musiał współredagować ktoś z grupy plastycznej, i najlepiej żeby robiła to osoba utrwalająca Wasze dokonania przy pomocy zdjęć. Ja będę je potem umieszczał na łamach naszego (bo będzie to ciągle nasz) - bloga. Tak więc przyszedł czas na jabłka. Żegnajcie moi przyjaciele. Jestem bardzo szczęśliwy i zarazem dumny, że miałem zaszczyt spędzić z Wami aż tyle czasu. Dziękuję losowi, że miałem okazję przyglądać się jak tworzycie takie wspaniałe prace, opisywać je i komentować nasze wspólne spotkania. 
Życzę więc Wam wszystkim dużo zdrowia, natchnienia i wytrwałości w tych spotkaniach ze sztuką.
Na zakończenie przytoczę jeszcze, znaleziony przeze mnie niedawno w sieci, krótki wiersz, którego autorką jest pewna młoda niewiasta, podpisująca się nickiem "Młoda", pochodząca z Frankfurtu nad Menem:

Najlepsze życzenia, to marzeń spełnienia.
Bo cóż piękniejszego, niż właśnie marzenia...?
Wiek emerytalny po to jest nam dany,
By realizować niespełnione plany.
    Więc nie ma co patrzeć na swą kartę zdrowia,
    Tylko łykać życie i się delektować.
    Brać wszystko co jeszcze do wzięcia zostało
    Póki posłuszeństwa nie odmówi ciało.
(cieszmy się każdym dniem)

Tak, cieszmy się każdym dniem. Do zobaczenia, już tylko w sieci!

piątek, 6 stycznia 2012

Inspiracje - Klimt inaczej, bo w wersji Ricardo Celmy

No i znowu znalazłem świetnego malarza! Ricardo Celmę z Argentyny. Celma jest bardzo młodym malarzem, urodził się w Buenos Aires w 1975 roku, jednak jego styl jest raczej bliski malarstwu klasycznemu. Niektórzy zaliczają Go do nawet hiperrealistów. Wstawia swoje prace na całym świecie. Jego oleje, rysunki i grafiki są wspaniałe. Sami popatrzcie na kilka jego prac. 
DANAE Klimta???? Rewelacja....
Tego nawet sam wielki Alfons Mucha nie powstydziłby się...


Hmmm. Doskonałe. Więcej tego jest na stronie http://ricardocelma.blogspot.com/. Zapraszam do studiowania.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Filozofia domowa - Prawdziwa sztuka obroni się sama...

"Natchnienie, czymkolwiek ono jest, rodzi się z bezustannego nie wiem".
Autor: Wisława Szymborska


Uff. Wreszcie koniec przesadnego jedzenia, picia i zabawy. Zaczynamy pracę. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!
fot. Aleksander Niesterowski - Kijów (Ukraina)

Kiedyś, dawno temu, na przyjęciu wydanym na dworze księcia Lodovico il Moro spotkali się Leonardo da Vinci i Michał Anioł. Gdy przy stole między artystami wywiązała się zażarta dyskusja, siedzący obok nich florencki kupiec rzekł:
- Może zechcieliby panowie rozmawiać trochę ciszej, bo nie wiem co jem!
Da Vinci odpowiedział:
- A może to pan zechciałby jeść ciszej, bo nie słyszymy co mówimy...

W Nowym 2012 Roku, życzę Wam bardzo częstego natchnienia i wielkiej wytrwałości...

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.