piątek, 28 maja 2010

Stanisława Gugałka

Stasia, nasza kochana Stasia. Siła spokoju połączona z przeogromną miłością do ukochanego wnuczka. To dopiero wspaniała babcia, której wnusio namalował serduszko maleńkim paluszkiem. Takie i wiele innych historii słyszeliśmy od naszej koleżanki Stasi i bynajmniej nikomu się jeszcze nie znudziły a wręcz wzbudzają nasz podziw. A emocje jakie temu towarzyszą zawsze nas rozweselają. Stasia to zodiakalny Byk. A jak wiadomo, kobiety spod znaku Byka są uzdolnione manualnie, zarówno artystyczne jak i kulinarne. Mają dobry gust i uwielbiają luksus i w nim starają się żyć, nie jest dla nich istotne jak do niego dotrą, własną pracą, czy zapewni im to ... bogaty mąż. Zależy im na ustabilizowanym trybie życia, poświęcają się rodzinie. Chyba nic dodać, nic ująć. Z wykształcenia politechniczny ekonomista od transportu samochodowego a z zawodu właśnie ekonomista. Za to zainteresowania wręcz jak u człowieka z okresu odrodzenia. A to studia nad historią starożytną, kulturami Egiptu, Sumerów czy trochę bardziej współcześnie, kulturą Celtów. A to dłubanie w religioznawstwie. Nawet architektura wchodzi w wachlarz jej zainteresowań. Teraz wiem skąd u niej te ciągoty do malowania domów czy uliczek. Kiedyś, zdradziła mi, że zawsze marzyła o studiach architektonicznych. No ale wyszły ekonomiczne. I też dobrze. Maluje już od ośmiu lat. To jest od momentu kiedy poszła na emeryturę. Na początek jak mówiła były próby z akwarelą, niestety nieudane. Ale potem zajęła się malarstwem olejnym i już poszło. Popełniła już coś około 30-40 prac olejnych. Uwielbia malarstwo impresjonistów a szczególnie Moneta i Maneta. Chociaż przyznała się także do podziwiania obrazów samego Salvatore Dali. No, no. Czyżby szykowała się do prób z surrealizmem. Zdradzę w tym miejscu jeszcze jedną jej pasję. A mianowicie, Stasia wykonuje przepiękne karty świąteczne i okolicznościowe. Na jednym z pierwszych wpisów na naszym blogu jest nawet zdjęcie jej kart. A teraz zaprezentuję próbkę jej obrazów. Z oczywistych względów, wynikających z ograniczonej pojemności bloga przedstawię jedynie niewielką ich liczbę, ale i one powinny dać nam wyobrażenie o stylu malarskim naszej koleżanki.

Jak łatwo zauważyć, pierwszy obraz nawiązuje do jej uwielbianych impresjonistów. Podobny widziałem chyba w muzeum d'Orsay. Kolejne, to próby poszukiwania nastroju w obrazach. I chyba udane.
Przedstawię również jej próby z martwą naturą. Kwiaty były na wystawie. To chodliwy towar na prezenty. Ciekawe, czy zostało jej coś z tego, w domu. No i świetny Chopin, na podstawie obrazu Delacroix'a o którym rozpisywałem się już wcześniej. Ostatnim obrazem, jaki namalowała jest jej piękna uliczka, wspomniana przeze mnie w poprzednim wpisie na blogu. Ale dzisiaj premiera całkowicie ukończonego obrazu.
Ostatnio, nasza koleżanka przymierza się do namalowania portretu ukochanego wnuczka. Życzymy jej więc powodzenia i trzymamy kciuki za nowe wyzwanie w portrecie. Czekam na zaprezentowanie pracy na naszym blogu !

Co na paletach ?

I znowu kolejny ... jesienny dzień. A kto mówił że mamy wiosnę. A niech to diabli... zimno, deszczowo, wietrznie. Całe szczęście, że nie zdecydowaliśmy się na plener pod koniec maja. To dopiero byłby pech. Mam nadzieję, że od 14 czerwca zacznie się wreszcie prawdziwa wiosna. Dzisiaj, właśnie temat pleneru zdominował nasze spotkanie. Powinno być fajnie. Forma rośnie. Zawodnicy ciągle trenują. Myślę, że naszych przyjaciół z bratniego koła "Malachit" pokonamy. "Pożiwiom, uwidim", jak mawiali starożytni rosjanie. Większość naszej reprezentacji malarskiej, pomimo kiepskiej aury, dzisiaj jednak przybyła. Koleżanka Danusia Krzyśków przyniosła prześliczny pejzaż z makami.
Jaki fantastyczny realizm w odtworzeniu kwiatów zdołała osiągnąć ! A kolory kwiatów, bajeczne. Niestety zdjęcie nie oddaje w całości uroku tego płótna. Jak powiedziała autorka, jeszcze musi popracować nad dalszym planem. Ale już widać, że niewiele zostało do zrobienia. Brawo ! Autor !
Kolejny artysta, który ostrzył pędzle przed plenerowym pojedynkiem, czyli koleżanka Wioleta Nieroda, kontynuowała swój ... portret z kapelusza. Widać jak ją to wciągnęło. 
Malowanie portretów jest nie łatwe, ale często bardzo satysfakcjonujące. Jak nas zapewniła, nie jest to jeszcze jej ostatnie słowo w temacie portretu. Trzymamy kciuki. Na razie jest OK.
Z widoczną satysfakcją przyniosła swój ostatni obraz Janina Wołoszańska. Jak pamiętacie malowała przez ostatnie kilka tygodni, śliczny "panatadeuszowy" obraz z dworkiem szlacheckim nad zarośniętym stawem.
Oj każdy by chciał w czymś takim zamieszkać. Droga Joanno, to niewątpliwie Twój najlepszy obraz. Gratulujemy i prosimy o jeszcze.
Jeszcze przedstawię naszą Marysię de Weyher w akcji. Tutaj dopiero jest forma ! Niech drżą koleżanki i koledzy z "Malachitu". Pół godziny i podkład prawie gotowy...
No i na koniec dzisiejszego, dosyć krótkiego "resume", jeszcze chwila dla ostatecznej wersji uroczej uliczki autorstwa Stasi Gugałki. Sami popatrzcie jaką ma do tego rękę. 
Nie chodzi tutaj o dokładny realizm, idealne proporcje czy ilość szczegółów. W tym gatunku malarskim nie o to chodzi. Ten obraz ma nastrój ! Swoisty klimat. Potrzebuje jeszcze tylko ładnej, ciemno-mahoniowej ramy i można go zawiesić przy kominku, gdzie w stonowanym świetle od kinkietu, będzie ten skumulowany w sobie nastrój wydzielać i działać kojąco na domowników. Autor, Autor, prosimy o więcej.
A na razie tyle. Kolejne spotkanie odbędzie się wyjątkowo w środę 3.06. a nie w piątek 5.06. Pamiętajcie. W piątek nie wpuszczają do szkoły ! 

poniedziałek, 24 maja 2010

Co na paletach ?

W dzisiejszym, trochę opóźnionym wpisie, będzie o wydarzeniach z piątku 21 maja. Proszę o wybaczenie za powstałą zwłokę, ale bynajmniej sam nie próżnowałem ... ponieważ intensywnie operowałem paletą i pędzlem z farbami nad moimi ostatnimi pracami. Kończę wreszcie "Marszałka" oraz "Akt". Chyba sam wpadłem w pułapkę niemożności ukończenia pracy malarskiej, bo co chwila przerabiam jakąś partię obrazu. 
A co było w piątek ? Frekwencja jakby trochę mniejsza. Na początek odbył się benefis jednego autora, czyli Wioleta Nieroda w akcji... Przyniosła właśnie swoje trzy nowe prace. Sami popatrzcie jakie. Wioleta przechodzi chyba etap malarstwa brązowego. Na większości jej ostatnich prac, właśnie ten kolor dominuje. Spokojny, pastelowy, brąz.
Chyba, że ma duże zapasy brązowej farby, jeszcze spod choinki i musi je wymalować, bo kończy się okres przydatności. Ostatnio widać u niej jednak bardzo dużą determinację w nauce malowania portretów. Trzymamy kciuki bo to nie łatwa dziedzina, ale dająca za to dużo satysfakcji. Jej ostatnia próba to portret dziewczyny ... z kapelusza. Idzie całkiem, całkiem... Podobno może z tego nawet wyjść retroautoportret !
Natomiast Stasieńka Gugałka w swoim żywiole. Tajemnicze uliczki, podniszczone elewacje starych domów, romantyczny nastrój, samotni ludzie, to tematy jakie uwielbia malować najbardziej.
Chciałbym zapowiedzieć, że już wkrótce będzie poświęcony jej całkowicie oddzielny wpis. A ma czym się pochwalić. Sami zobaczycie.
Z kolei Danusia Krzyśków nie byłaby sobą, gdyby nie zaskoczyła nas nowym przepięknie malowniczym pejzażem. Zdradzę sekret, że widoczna na jej nowym płótnie para wędkarzy, to nie jakieś przypadkowe osoby ale bardzo drodzy jej chłopaki. 
Jestem pewien, że przy tak wielkim ładunku emocjonalnym, jaki niesie ten obraz, stworzy coś naprawdę uroczego. Będzie w sam raz na ścianę do salonu.
Muszę się przyznać, że nasze ostatnie spotkanie było strasznie przegadane. Przez co zrobiłem wyjątkowo mało zdjęć. Informuję jednak, że kolega Czesław Szyszka kontynuował rozpoczęty przed tygodniem,  pejzaż morski. A z reporterskiego obowiązku nie omieszkam pokazać jeszcze ostatniej fotografii, słynnych już piesków naszego leadera Józefa Wollek
W końcu trzeba dobrze żyć z władzą ... A tak na poważnie, to omawialiśmy m.in. szczegóły dotyczące Pleneru Malarskiego, jaki organizuje nasza koleżanka Krzysia Krawczyk. W połowie czerwca, znaczna część naszej grupy wybiera się na wspólny, kilkudniowy plener. Oj będzie malowanie...
Do zobaczenia za tydzień.

wtorek, 18 maja 2010

Inspiracje - Anders Zorn

W tym roku mija 150 rocznica urodzin szwedzkiego geniusza malarskiego Andersa Zorna. Więc byłoby nieprzyzwoitością, nie wspomnieć tego wielkiego malarza, którego twórczość jest natchnieniem oraz inspiracją dla wielu współczesnych nam artystów, o których wspominałem już na naszym blogu.
Anders Zorn (1860-1920) jest najbardziej znanym szwedzkim malarzem. Światową sławę zdobył jako portrecista ale znany jest także z cudownych aktów zwłaszcza malowanych na otwartej przestrzeni. Bohaterami jego obrazów byli ludzie sławni ale też i zwykli ludzie z Dalarny, tj. tej części Szwecji, gdzie się urodził. Natomiast ciekawostką jest fakt, że jako swoich modeli miał aż trzech różnych amerykańskich prezydentów, w tym m.in. Grovera Clevelanda, jedynego prezydenta, któremu udało się, po przerwie, wrócić do Białego Domu. Ale o tym interesującym człowieku będzie później w oddzielnym wpisie.
Anders Zorn urodził się w Mora, 18 lutego 1860. Jego ojciec był niemieckim producentem piwa o nazwie "Leonard Zorn" w browarze w Uppsali. Zorn dorastał tylko z matką i dziadkami w miejscowości Mora Utmeland. Co prawda Leonard Zorn uznał ojcostwo, ale nigdy nie spotkał się ze swoim synem. Mając 15 lat dostał się do Akademii Sztuki w Sztokholmie. Pierwotnie był uważany za rzeźbiarza, ale wkrótce poświęcił się akwareli i w 1880 roku, swoją akwarelą "W żałobie" (w Muzeum Narodowym w Sztokholmie) już jako student zwrócił na siebie uwagę. Poniżej próbki niektórych jego akwareli. Ta z lewej to słynna "W żałobie".
Po tym fakcie co niektórzy z zamożnych mieszkańców stolicy, którzy również zwrócili uwagę na talent Zorna, zaczęli zlecać mu portrety. Tak właśnie w 1881 roku poznał swoją przyszłą żonę, Emmę Lamb, która pochodziła z zamożnej kupieckiej rodziny żydowskiej, o silnych zainteresowaniach kulturalnych. Po następnych czterech latach spędzonych za granicą, zwłaszcza w Anglii i Hiszpanii, miał pierwszą wystawę za granicą, po której zdobył międzynarodową sławę jako portrecista. Jesienią 1885 roku ożenił się z Emmą Lamb. Pierwsze lata małżeństwa były bardzo stymulujące dla Zorna jako artysty. Jego akwarele teraz osiągnęły swój szczyt. Podczas pobytu w St Ives, w Anglii zimą 1887/88 przekonał się także do obrazów olejnych i to z natychmiastowym sukcesem. Jednym z jego najwcześniejszych obrazów olejnych, rybak w St. Ives (poniżej, pierwszy od lewej), został wystawiony na Salonie w Paryżu w 1888 roku i został zakupiony przez państwo francuskie. Na Światowej Wystawie w Paryżu w 1889 roku, Zorn został odznaczony także francuską Legią Honorową. Reputacja Zorna opierała się przede wszystkim na portrecie. W ciągu siedmiu lat podróży po USA, popularność Szweda osiągnęła niemal niewyobrażalne rozmiary. Bankierzy, przemysłowcy i politycy byli w stanie zapłacić astronomiczne kwoty, aby dostać się do grona jego klientów. Wśród tych znakomitych klientów byli nawet prezydenci USA, Grover Cleveland (poniżej, drugi od lewej), William Taft i Theodore Roosevelt. Namalował także portret samego Króla Szwecji Gustawa V (drugi rząd od lewej).
  
Pod koniec 1880 roku, Zorn rozpoczął pracę w gatunku, który w coraz większym stopniu staje się jego symbolem - tj. aktów malowanych na otwartej przestrzeni. Interesowały go zwłaszcza efekty ruchu wody i odbicia światła na wodzie, złożone motywy umieszczenia modelu na lub w wodzie gdzie starał się przedstawić syntezę między naturą i ludźmi. 
  
W 1896 Zorn wrócił do Szwecji do swojego nowego domu w Mora. Znalazło to również odzwierciedlenie w jego malarstwie. Wśród jego najbardziej znanych obrazów z tego okresu są m.in. Vall Kulla (poniżej, od lewej), 1908, Dance w Gopsmorstugan, 1913 i Julotta. Kilka lat później namalował swój słynny autoportret w kolorze czerwonym, 1915r., jak pokazano na zdjęciu poniżej (dół, prawa strona).
  
Zorn działał także jako patron i filantrop. Jednym z efektów jego wsparcia finansowego była szkoła w rodzinnym mieście: "Mora Folk High School". Niestety, w ostatnich latach życia stan zdrowia Zorna stale się pogarszał. Zmarł w Mora 22 sierpnia 1920 i został pochowany na miejscowym cmentarzu.

poniedziałek, 17 maja 2010

TEST na tzw. dominujące oko

Jest to test zaprezentowany przez znaną już nam malarkę Cindy Procious, tj. tę, która tak wspaniale pokazywała jak malować martwą naturę z jabłkami w wiklinowym koszyku. Mam nadzieję, że nie pokręciłem w tłumaczeniu artykułu, ale na wszelki wypadek podaję adres źródłowy strony z której zaczerpnąłem ten materiał: http://artstudiosecrets.com/2009/05/15/tip-explore-your-dominant-side/

Ale do rzeczy.
Uważa się, że 96% ludności świata ma tzw. dominujące oko. Oto jak je znaleźć samemu. Utwórz z dłoni trójkąt w taki sposób aby twoje kciuki stykały się, natomiast górne części palców jednej dłoni przykryły palce drugiej, tworząc szczelinę w kształcie trójkąta. Mniej więcej tak jak na poniższym schemacie.


Trójkąt powinien być na tyle mały, żeby można było patrzeć tylko  jednym okiem, gdy twoje ręce będą tuż obok twarzy. Wybierz jakiś obiekt, gdzieś około 3 metry przed sobą i skieruj na niego swój trójkąt tak aby cel był widoczny. Następnie, utrzymując oczy otwarte, powoli i świadomie przesuwaj trójkąt w kierunku twarzy, patrząc przez cały czas na obiekt docelowy. Kiedy twoje ręce dotkną twarzy, otwór "trójkąta" powinien pojawić się samoczynnie przed dominującym okiem.
Więc co tu się dzieje ?  Ano, nasze oczy "pokrywają" indywidualnie "swoje" pole widzenia, a nasz mózg odbiera na raz dwa obrazy, które natychmiast łączy, tworząc trzeci obraz. To jest podstawa naszej percepcji głębi lub inaczej nazywa się to "stereopsis". Ale jedno oko najczęściej działa mocniej niż inne.
Naukowcy stwierdzili, że nasze mózgi są funkcjonalnie asymetryczne. Nasza lewa półkula odpowiada głównie za abstrakcyjne i logiczne myślenie oraz mowę natomiast nasza prawa półkula ma związek z wrażliwością na obraz. Nie wiadomo, czy istnieje związek między dominacją oka i dominacją półkuli mózgu, ale wiemy na pewno, że nasze dominujące oko jest tzw. naszym "okiem pracy ". To oko przetwarza informacje od 14 do 21 milisekund szybciej niż drugie oko. Wykorzystywanie tej właściwości dominującego oka, ułatwia nam szczegółową obserwację otoczenia. Więc dlaczego zależy nam na ustaleniu, które z naszych oczu jest dominujące ? Odpowiedź jest prosta - aby wiedzieć, gdzie umieścić sztalugi !!!
Dante Gabriel Rosetti: Elizabeth Siddal siedząc przy sztalugach

Więc, jeśli Twoje lewe oko jest dominujące - to sztalugi należy zawsze ustawić po prawej stronie tego co malujesz i vice versa. W ten sposób dominujące oko będzie najłatwiej odnajdywało cel do malowania. Trudne ? chyba nie… już nawet Twoja podświadomość powinna wiedzieć, które oko jest dominujące. Nie wierzysz ? To podnieś aparat i udawaj że masz zamiar zrobić zdjęcie. Którego oka używasz, aby spojrzeć w wizjer ? Prawego ? A więc to jest Twoje dominujące oko ! A spróbuj użyć drugiego oka - i co zauważasz ? ... dziwne, prawda ? 

piątek, 14 maja 2010

Co na paletach ?

Dzisiaj był wyjątkowo udany dzień. W porywach było nas aż dwanaścioro !. Co prawda na dłuższą chwilę, ale pojawiła się nawet Iwonka Becela. Ale zaskoczenie było kompletne, kiedy na spotkanie przyszła nasza dawno już nie widziana na spotkaniach koleżanka Teresa Daszkiewicz. To było bardzo miłe. Na początku odbyło się oczywiście lekkie prężenie muskułów i pokazy co namalowano w domu. Pierwszą była Wioleta Nieroda ze swoim szkockim pejzażem. Pomimo, że jeszcze nie ukończony, to chyba będzie najlepszy jej obraz. Sami popatrzcie !
Moim zdaniem, rewelacyjnie nastrojowy, ze świetnie uchwyconą perspektywą. Moje gratulacje. Ale chyba koleżanka wysiadła kondycyjnie, bo zabrała się dzisiaj za free-art. Całkowicie z kapelusza zaczęła malować portret. Z wyobraźni. Hmmm, sam nie wiem co o tym sądzić...
Także Danusia Krzyśków pochwaliła się nową pracą. Po wodospadzie, znowu temat z wodą. Uroczy widok na brzeg morski z perspektywy jaru/wąwozu. 
Żywe kolory, delikatna faktura pędzla składają się na miłą dla oka całość. Dzisiaj Danusia podjęła się wypracowania cieni pod drzewami. Ale już teraz widać, że będzie z tego fajny obraz. Z kolei Janina Wołoszańska miała już tylko dodać swoją sygnaturę na obrazie ale zajęło to jej prawie dwie godziny. Nawet nie będę umieszczał zdjęcia jej ostatniego obrazu z zachodem słońca. Tak jak wspominałem tydzień temu, zakończyć obraz jest naprawdę trudno. O mały włos ... a przemalowałaby centrum obrazu bo koniecznie uparła się posadzić trawę morską, ale wspólna akcja protestacyjna grupy zakończyła jej mękę. Złożyła nareszcie podpis. Więc czekamy na nowe prace. A teraz o naszej zeszłotygodniowej solenizantce Stasi Gugałce. Poniżej jej świetny portret Chopina, o którym pisałem już wcześniej.
Dzisiaj zabrała się jednak za swój ulubiony temat, tj. pejzaż z architekturą. Ale myślę sobie, albo może mam nadzieję, że jednak chyba  powróci do portretów. Tak jej dobrze szło...
Ale za to przyniosła ciacho więc my odwzajemniliśmy się jej bukietem kwiatów. I było super. Sto lat koleżanko ! 
Nasza świetna malarka, koleżanka Krysia Krawczyk żyje już samymi emocjami albowiem szykuje swój kolejny wernisaż. Dlatego zarekomenduję wszystkim zainteresowanym termin wystawy w dniu 20.05.br o godzinie 12.00 w pomieszczeniach Biblioteki na Osiedlu Letnim. Dzisiaj Krysia na zupełnym luzie próbowała naśladować słynnego Vincenta G. i zdążyła namalować but... Kot musi jeszcze poczekać. Ale wyjdzie z tego na pewno coś ładnego.
Nasza długo nie obecna koleżanka Teresa Daszkiewicz przyniosła namalowany przez siebie obraz, portret zamyślonej dziewczynki. Fajnie, że wreszcie jest okazja zaprezentować próbkę jej pracy. Sami popatrzcie jaki nastrojowy.
O reszcie artystów nie będę się rozpisywał bo robili tylko dużo szumu a mało malowali. Ale dla porządku podam, że na spotkaniu byli jeszcze nasz mistrz Tadeusz, szef Józef, zaaferowana wizytą domową gości Marysia Donart, Ja - nadworny gryzipiórek  i urocza, aczkolwiek tajemnicza Marysia de Weyher, która przyniosła piękne dwa obrazki ale skubana nie chce się nimi pochwalić a ja nie mam na nią sposobu, żeby w końcu uległa i je pokazała. Ale, żeby nie było smutno, to pokażę jeszcze widok na pracownię z twórcami.
Przepraszam za "nieostrość" ale zrobiłem je operacyjnie z ukrycia za wieszakiem. Do przyszłego tygodnia. Pa

czwartek, 13 maja 2010

Rozważania na temat malarstwa - Elżbieta z Pilczy

Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, chciałem napisać coś o innej polskiej królowej, Elżbiecie z Pilczy (Pilicy) Granowskiej, herbu Topór (ur. ok. 1372r., zm. 12 maja 1420r. w Krakowie) – trzeciej żonie Władysława Jagiełły, wojewodziance sandomierskiej, starościance ruskiej i sandomierskiej, generałównie-starościance wielkopolskiej. Była jedynym dzieckiem wojewody sandomierskiego Ottona z Pilczy i Jadwigi Melsztyńskiej (matki chrzestnej Jagiełły). Po śmierci ojca, stała się spadkobierczynią olbrzymiego majątku: odziedziczyła dobra łańcuckie oraz Pilicę. W okresie niepełnoletności Elżbiety, kuratelę nad nią sprawowała wdowa po Ottonie, a jej matka - Jadwiga. Miała bardzo burzliwe życie. Jako nastolatka została porwana i zaślubiona przez śląskiego rycerza i tenutariusza kruszwickiego Wisła Czambora. Król Władysław II Jagiełło wysłał jej na ratunek Jana z Jičina, pana z Kravař, który uwolnił Elżbietę i wkrótce po uwolnieniu, otrzymawszy błogosławieństwo od króla poślubił ją. Kiedy pierwszy mąż Elżbiety, Wiseł Czambor, po uwolnieniu go latem 1392 z Przedecza, gdzie był więziony przez Bartosza z Odolanowa, zaczął upominać się o swą w końcu prawowitą małżonkę, to jego "zastępca-następca" Jičiński mając zapewne zgodę króla, zasadził się na Wisła w Krakowie. A gdy Czambor wychodził z łaźni, 12 kuszników Jičinskiego zastrzeliło go. W 1395 zmarł także i Jičiński a Elżbieta ponownie została wdową. Po owdowieniu Elżbieta zamieszkała u swego wuja, wojewody krakowskiego Spytka z Melsztyna, który przed 2 października 1397 wydał ją za mąż za kasztelana nakielskiego Wincentego Granowskiego. Trzeci mąż Elżbiety należał do otoczenia królewskiego i wkrótce został starostą generalnym Wielkopolski. Z małżeństwa tego narodziło się aż pięcioro dzieci. Latem 1410 Wincenty Granowski, zarządzając Toruniem został prawdopodobnie otruty z inpiracji Krzyżaków. W 1416 Jagielle zmarła małżonka Anna Cylejska, więc zaczęto obmyślać plany jego kolejnego małżeństwa. Władysławowi bardzo do gustu przypadła wdowa po Granowskim, Elżbieta. 2 maja 1417 w Sanoku miał miejsce ich ślub. Tego samego roku 19 listopada została koronowana na Wawelu. Wiele osób miało za złe Jagielle to małżeństwo, ponieważ 45-letnia Granowska nie mogła urodzić jemu dziecka. Niestety, poślubiając króla była chora na gruźlicę. Małżeństwo Jagiełły z Elżbietą było bardzo niemile widziane i miało wielu wrogów (chociażby kronikarza Jana Długosza - ponieważ, jako członek stronnictwa Oleśnickiego, nie darzył on sympatią rodziny Jagiellonów - więc na to co pisał Długosz na temat Jagiellonów należy jednak patrzeć z dużą dozą ostrożności a samej Elżbiecie dość mocno nadwyrężył opinię). Być może też dlatego, że Elżbieta była żoną niepolityczną, a samo małżeństwo było raczej z miłości, a nie rozsądku. Za grzech uważano także fakt skoligacenia rodzin poprzez to, że matka Elżbiety była chrzestną matką Jagiełły. Jako ciekawostkę podam jeszcze, że Biskup poznański Stanisław Ciołek był tak nastawiony negatywnie na Elżbietę że pisał o niej: "ta świnia wyczerpana wielką ilością połogów zdobyła króla rzekomymi skarbami, które ryjem swoim spod ziemi wykopała". No, no. Jakie to aktualne zachowanie dla niektórych nawet dzisiaj ! Ale, jednak w literaturze pojawiają się i opinie, że Elżbieta była tą z 4 żon króla, którą ten najbardziej kochał. Elżbieta była rzeczywiście jedną z najbogatszych kobiet w ówczesnej Polsce oraz podobno słynęła oprócz tego ze swej urody. Co do określenia ją przez Ciołka takimi epitetami, to nalezy podkreślić, ze napisał on ten obrzydliwy paszkwil o Elżbiecie juz po jej śmierci i miał przez to olbrzymie problemy (i szłusznie). Gdy Elżbieta umarła 12 maja 1420 roku jak podaje kronikarz, wszyscy cieszyli sie z jej śmierci. Nawet sam pogrzeb zakłócił pewien incydent. "Grupa magnatów przybrała się bowiem zamiast w szaty żałobne to w odświętne i głośno śmiała się podczas pogrzebu w katedrze wawelskiej!".  Biedna Elżbieta nie zaznała nawet spokoju po śmierci... Myślę, że to bardzo niesłusznie wyklęta królowa przez niechętnych jej współczesnych. W wielu opracowaniach historycznych niestety bezmyślnie powiela się taki stereotyp Elżbiety. Uważam, że najwyższa pora na jej rehabilitację w oczach potomnych. 
Jeśli chodzi o portret Elżbiety z Pilczy to w różnych źródłach pojawia się jej portret, który pochodzi dopiero z 1779 roku (nieznanego autorstwa). Jest on ewidentnie wzorowany na portretach Anny Jagiellonki autorstwa Marcina Kobera. Jak wiadomo, w owych czasach, na naszych ziemiach, malarstwo portretowe jeszcze nie istniało. Tak więc raczej nie jest możliwe, aby ów obraz mógł powstać w czasach kiedy jeszcze pamiętano jak królowa wyglądała. I jak wydłubałem na forach historycznych, jest rzeczą najbardziej prawdopodobną, że był to w rzeczywistości portret Marii Józefy z Wesslów Sobieskiej (właścicielki Pilicy w pierwszej połowie XVIII wieku), któremu dorobiono odpowiednią legendę. Tak więc prawdopodobnie w ogóle nie odzwierciedla on wyglądu Elżbiety!  Ale czy to ważne ? Najistotniejsze jest, że mogłem przedstawić Wam, nieznaną ogółowi rodaków, kolejną, piękną, królową Polski.
>>Pisząc ten artykuł oparłem się na informacjach z Wikipedii oraz danych jakie znalazłem na serwisie historycy.org.

środa, 12 maja 2010

Pamiętajmy !!!

"Naród, który nie szanuje swej przeszłości 
nie zasługuje na szacunek teraźniejszości
i nie ma prawa do przyszłości"

"Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo,
 zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska"

"Głową muru nie przebijesz,
ale jeśli zawiodły inne metody należy spróbować i tej"


Dzisiaj obchodzimy 75 rocznicę śmierci wielkiego Polaka, twórcy państwa polskiego, pierwszego marszałka Polski Józefa Piłsudskiego. Na jego cześć, zaprezentuję moją wersję obrazu, jaki aktualnie maluję na podstawie zdjęcia Pana Marszałka.
Pamiętajmy, że Józef Klemens Piłsudski  urodził się 5 grudnia 1867 w Zułowie pod Wilnem, natomiast zmarł 12 maja 1935 w Warszawie. Był polskim działaczem niepodległościowym, współtwórcą Legionów Polskich, znakomitym dowódcą wojskowym, politykiem, naczelnikiem państwa polskiego w latach 1918–1922 a także naczelnym wodzem Armii Polskiej od 11 listopada 1918. Ponadto był pierwszym marszałkiem Polski od 1920; dwukrotnym premierem Polski (1926–1928 i 1930), twórcą tzw. rządów sanacyjnych w II Rzeczpospolitej wprowadzonych w 1926 po zamachu stanu.

Zamiast wykładu historycznego, jeszcze tylko dwa cytaty z Marszałka. Myślę, że bardzo aktualne dzisiaj...

"Powoływać się na Kościuszkę, posługiwać się jego imieniem, zachwycać się nim i solidaryzować się z jego ideałami może każdy bezkarnie, bez konsekwencji i kosztów. Bo Kościuszko nie żyje. Kto solidaryzuje się ze mną, musi płacić wysiłkiem, męką, trudem, ofiarą z wolności, z życia. Kiedyś, gdy mnie już nie będzie, będę miał także miliony równie zapalczywych i podobnie nieryzykujących wielbicieli"
>>> W rozmowie z Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim, grudzień 1915

"I staję do walki, tak jak poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partyj i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści"
>>>W wywiadzie dla «Kuriera Porannego» o zamachu stanu, który miał być dokonany przez marszałka, odczyt z dnia 11 maja 1926

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.