sobota, 31 marca 2012

Filozofia domowa - nie stawia się pomników ofiarom Kościoła.

"Pierwsza teza: Słońce stanowi centrum świata i jest całkowicie nieruchome pod względem ruchów lokalnych.
Cenzura: Teza ta została jednogłośnie uznana za bezsensowną i absurdalną z punktu widzenia filozoficznego i formalnie heretycką (...).
Druga teza: Ziemia nie stanowi centrum świata, ani nie jest nieruchoma, lecz obraca się zarówno wokół samej siebie, jak i ruchem dobowym.
Cenzura: Jednogłośnie stwierdzono, że teza ta podlega tej samej cenzurze filozoficznej, z punktu zaś widzenia teologii, jest co najmniej błędem w wierze."
— Sprawa Galileusza. 

Ponad trzy wieki temu, bo aż 323 lata wstecz, został stracony Kazimierz Łyszczyński, polski szlachcic herbu własnego i filozof, urodzony 4 marca 1634 w Łyszowicach. To właśnie w dniu 30 marca 1689 w Warszawie, ten wykształcony człowiek, który był nawet podsędkiem brzesko-litewskim (występował przeciwko jezuitom w sprawach majątkowych), został umyślnie i złośliwie skazany na karę śmierci za ateizm. Wyrok na nim wykonano przed południem na Rynku Starego Miasta w Warszawie, gdzie kat ściął mu głowę, a po egzekucji jego zwłoki zbezczeszczono, bo wywieziono poza miasto i spalono.
Podsędzia Kazimierz Łyszczyński, został zadenuncjowany przez swojego sąsiada, Jana Kazimierza Brzoskę (stolnika bracławskiego), który nie chcąc zwrócić pożyczonej mu przez Łyszczyńskiego dużej sumy pieniędzy, wykradł i przekazał sądowi (biskupiemu!) rękopis traktatu "De non existentia Dei" (był to pierwszy polski traktat filozoficzny prezentujący rzeczywistość z perspektywy ateizmu, nad którym Łyszczyński rozpoczął pracę w roku 1674). 
Jak napisał w swojej powieści "Nietota. Księga tajemna Tatr" Tadeusz Miciński, opisując postać Łyszczyńskiego, jego proces i śmierć:
"... Oto wstał przed nim straszny cień spalonego za Króla Jana III ateusza Kazimierza Łyszczyńskiego. Ten wiódł życie nieposzlakowane, lecz zadumany nad istotą wiary i zwątpiwszy o istnieniu Boga, na 15 arkuszach wypisał zdania starożytnych i nowych autorów, dowodzących, że Boga nie ma. Sąsiad jego, łajdak, który był mu winien pieniądze, chcąc skrewić dług, doniósł Biskupowi. (...) I tacy obrońcy Boga, jak prymas Radziejowski, wnieśli karę śmierci w mękach i płomieniach. Skazaniec, zrazu przeświadczony o swej niewinności, mówił w końcu słowa, rozpaczą i obłąkaniem tchnące: "jeżeli przeciw mnie zapadnie ciężki wyrok, wątpię, czy tłoczącym mnie pokusom potrafię się oprzeć..."
Wprowadzono go na miejsce stracenia. Pastwiono się naprzód na języku i ustach, którymi "srogo skrzywdził Boga". Potem spalono rękę, to narzędzie najszkaradniejszego płodu, dalej papiery bluźniercze; na koniec on sam "potwór tego wieku, Bogobójca i Prawołomca - Legirupa, impudens, impurus, inverecundissimus - został ścięty i pożarty błagalnymi płomieniami, jeżeli tylko można przebłagać nimi Boga" - zastrzegł biskup.
W bibliotece kórnickiej zachowała się nawet mowa instygatora Wielkiego Księstwa Litewskiego, którym był Szymon Kurowicz Zabistowski, w której cytował on fragmenty potępionej pracy, liczącej sobie 265 kart a której wszystkie egzemplarze niestety, skrupulatnie zniszczono:
"I – zaklinamy was, o teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, czy nie ściągacie z nieba Boga waszego, gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwych, atrybuty i określenia przeczące sobie.
II – Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. Tak więc to ludzie są twórcami i stwórcami Boga, a Bóg nie jest bytem rzeczywistym, lecz bytem istniejącym tylko w umyśle, a przy tym bytem chimerycznym, bo Bóg i chimera są tym samym.
III – Religia została ustanowiona przez ludzi bez religii, aby ich czczono, chociaż Boga nie ma. Pobożność została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest rozpowszechniany przez nie lękających się, w tym celu, żeby się ich lękano. Wiara zwana boską jest wymysłem ludzkim. Doktryna, bądź to logiczna bądź filozoficzna, która się pyszni tym, że uczy prawdy o Bogu, jest fałszywa, a przeciwnie, ta, którą potępiono jako fałszywą, jest najprawdziwsza.
IV - Prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje uciemiężenie; tego swego uciemiężenia broni jednak lud w taki sposób, że gdyby mędrcy chcieli prawdą wyzwolić lud z tego uciemiężenia, zostaliby zdławieni przez sam lud.
V - Jednakże nie doświadczamy ani w nas, ani w nikim innym takiego nakazu rozumu, który by nas upewniał o prawdzie objawienia bożego. Jeżeli bowiem znajdowałby się w nas, to wszyscy musieliby je uznać i nie mieliby wątpliwości i nie sprzeciwialiby się Pismu Mojżesza ani Ewangelii — co jest fałszem — i nie byłoby różnych sekt ani ich zwolenników w rodzaju Mahometa itd. Lecz (nakaz taki) nie jest znany i nie tylko pojawiają się wątpliwości, ale nawet są tacy, co zaprzeczają objawieniu i to nie głupcy, ale ludzie mądrzy, którzy prawidłowym rozumowaniem dowodzą czegoś wręcz przeciwnego, tego właśnie, czego i ja dowodzę. A więc nie ma Boga."(...)
Joseph Nicolas Robert Fleury - "Galileusz przed Trybunałem Świętej Inkwizycji", ok. 1845r. 
Szanuję poglądy ludzi wierzących. Pierwszy postawiłbym opór tym, którzy zabroniliby innym wykonywania ich praktyk religijnych. Ale zwykłe morderstwo w imię Boga? Pogarda dla myślących inaczej, dla rozumu! Dlaczego tolerancja "ludzi wiary", nie działa w drugą stronę? Wysłuchując niektórych posłów z partii na Pi.., czy kaznodziei z Torunia, trudno się oprzeć refleksji i nabrać obawy, że to nas może jednak nawet czekać, kiedy zaczną Oni nami rządzić. Może nie aż w tak ekstremalnym wydaniu, ale nie pogadamy już sobie za wiele tak jak dotychczas. W cywilizowanej, postępowej Europie byli GalileuszGirolamo Savonarola, Giordano Bruno, Domenico Buonvicini, Silvestro Maruffi, a w Polsce - filozof Kazimierz Łyszczyński. To dla ochrony przed zapomnieniem o tym odważnym człowieku i uczczeniem pamięci o Nim jest ten wpis.

"Przez wiedzę żyć mogę wolny w więzieniu, szczęśliwy w cierpieniach, bogaty w ubóstwie i żywy w samej śmierci".
Giordano Bruno

środa, 28 marca 2012

Co na paletach? - ale jaja...

Jak pisze mi sama szefowa Stasia Gugałka, "...na ostatnich zajęciach (...) było tak: Danuśka (Krzyśków) stwierdziła, że nie będzie malować, tylko niedługo Wielkanoc i trzeba jaja malować. Co też uczyniła skrobiąc z wielką wprawą ugotowane w łupinkach cebuli jajeczka. Prawda, że piękne? Marysieńka de Weyher popełniła wiosenkę i naprawdę uroczo jej to wyszło. Pozostali coś tam poprawiali, tudzież dyskusją zawziętą zajęci byli - no bo Panie ta starość coś mało udana, ciągle choróbska męczą a jak poluzują to coś się zablokowało i już nic się nie chce. Mam nadzieję, że idzie ku wiośnie to i humorki dopiszą i więcej się będzie chciało chcieć. Pozdrawiamy Cię wszyscy - Stasia".
No i fajnie. Dziękuję za pozdrowienia i zdjęcia, które zaraz zamieszczam.



Jajeczka przepiękne, gratulacje. Obraz też. Nareszcie u Marysi czuć na pędzlu wiosnę. I świetnie. Kolory to czuje ona wybornie. Trochę detali krawędzią szpachli, trochę blików światła i wyjdzie super! 
Rzeczywiście, dopiero po tym mailu uświadomiłem sobie, że to już Święta Wielkanocne za pasem. Ale na życzenia przyjdzie jeszcze pora. Na razie dziękuję Stasi i pozdrawiam wszystkich: malarki i malarzy. Narka

poniedziałek, 26 marca 2012

Filozofia domowa - wiosenne oczyszczenie po rosyjsku, w bani

"Uroda przyśpiesza wszystko o 15 dni".
Charles-Maurice de Talleyrand

Aby zgłębić istotę życia Rosjan, trzeba iść do bani (i proszę nie mylić tego pojęcia z naszym rodzimym byciem "na bani"!). Ale chyba każdy coś o niej jednak słyszał. Gdzieś czytałem nawet, że Aleksander Puszkin nazywał ją "drugą matką" mieszkańców Rosji, dającą im odprężenie i ulgę. Pierwszy raz w życiu byłem w bani coś około ...dzieści lat temu, jeszcze za nieboszczki komuny. Byłem wtedy eleganckim młodzieńcem, tuż przed maturą i odwiedzałem z rodzicami dawne włości moich dziadków, na dawnych Polskich Kresach Wschodnich, gdzieś na Wileńszczyźnie. Towarzyszył mi wtedy, jak pamiętam, mieszkający tam na stałe, młodszy ode mnie o dwa lata, ... mój wujek Włodek. Takie to wtedy były pokręcone dzieje mojej genealogii rodzinnej. W sumie, w bani byłem kilka razy. Może z pięć. Za każdym razem, kiedy odwiedzałem dawną rodzinną wieś, gdzieś na obecnym pograniczu litewsko-białoruskim. Chociaż mieszkało w tej wsi sporo Polaków, a na jej skraju, w młodym lesie brzozowo-iglastym był również stary polski cmentarz, a tradycja bani nigdy przecież nie była polska bo jest to zdecydowanie rosyjski obyczaj, to spotkałem w niej wielu miejscowych rodaków. Pewnie większość również kojarzy, że Skandynawowie posiadają także swój odpowiednik bani, w postaci znanej ogółowi sauny fińskiej.
Anders Zorn - "Kobiety kąpiące się w saunie", 1906r.
I muszę przyznać, że bania jest to wyjątkowe i szczególne miejsce. Wówczas, podczas mojego pobytu w Sowietach, odbywała się ona, jak pamiętam raz w tygodniu, w soboty, w specjalnie w tym celu wybudowanej łaźni publicznej, postawionej całej z drewna. Była to w pełnym tego słowa znaczeniu łaźnia publiczna, z oddzielnymi wejściami dla pań i dla panów. Rzeczywiście, niespotykana gdzie indziej, specyficzna atmosfera jaka panowała w tym miejscu, kierowała moje myśli w stronę starych, wydeptanych ścieżek, pozwalających choć trochę zrozumieć rosyjską duszę, bynajmniej nie sowiecką. Naprawdę podobało mi się tam. Jako, że już wtedy zaczytywałem się Czechowem, Tołstojem czy Dostojewskim, słuchałem bez opamiętania Rachmaninowa, Strawińskiego czy Czajkowskiego, doświadczając także często wspaniałości domowej, polskiej kuchni kresowej, w wykonaniu mojego nieodżałowanego taty, który jak nikt inny, potrafił przyrządzić śledzie, chłodnik z ogórków i szczawiu z jajeczkiem czy fantastyczną zupę rybną, odpowiednik rosyjskiej "Uchy", albo rewelacyjne warzywa z korzeniami w postaci zasolonej (kiszonej) albo marynowanej, dlatego nie miałem żadnych kłopotów z adaptacją w tak nowym dla mnie i nietypowym miejscu. Trzeba też przyznać, że Rusy kuchnię również mają naprawdę świetną. Że mniam, mniam. Więc bardzo szybko polubiłem to miejsce. Bania jest symbolem Rosji. Powstała jeszcze dawno, dawno temu, bo za Carów. Co prawda, odwiedzana przeze mnie publiczna bania, pamiętająca w zasadzie wyłącznie czasy sowieckie, zbudowana została przez ruskich, na terenach przedwojennej Polski, w obawie przed szerzącymi się dawniej zarazami. Podobno sam Włodzimierz Lenin zlecił budowę tego typu obiektów, żeby zadbać o higienę mas napływających do miast i tłoczących się w komunalnych mieszkaniach po rewolucji 1917 roku. Przez długi czas bania pełniła w Rosji rolę społecznego rytuału towarzyszącego narodzinom, ślubom i pogrzebom. I do dziś pozostała znakomitym sposobem na popołudniowy relaks ze znajomymi. A ja z tego po prostu skorzystałem. Do dzisiaj pamiętam cały obrządek jaki trzeba zachować chcąc wyjść ...żywym i nie poparzonym z bani.
Podstawowe akcesoria, jakie powinno się mieć w bani. Miska z zimną wodą, chochla do polewania, witki brzozowe lub z iglaków dla hardcorowców. Bardzo przydatne jest zabawne nakrycie głowy z filcu, chroniące przed przegrzaniem łepetyny, no i serduszko, czyli coś dla panów, w celu ochrony ...biżuterii.
Przy wejściu do bani zapłaciłem coś ze dwadzieścia kopiejek i przydzielono mi metalową szafkę. Rozebrałem się i wszedłem do dość dużej szaro-burej łazienki. Z kranów i pryszniców tryskała woda. Moje przybory toaletowe, które oczywiście musiałem sobie przynieść, ułożyłem między rzędami drewnianych ławek. Wziąłem prysznic i wszedłem do łaźni parowej. Świeży zapach gałązek brzozowych przenikał gęste, nagrzane powietrze. Mokre ciepło wsiąkało w moje ciało. Ostrożnie usiadłem na długiej, gorącej jak cholera ławie, w ciemnym pomieszczeniu wyłożonym drewnianymi, ledwo heblowanymi dechami. Oczywiście, pierwszy raz, z wrażenia zapomniałem o ręczniku. Powoli z niepokojem zamieniłem się w nieruchomą bryłę. Starałem się siedzieć w bezruchu, bo każdy najmniejszy nawet gest wywoływał napływ fali gorąca. Po paru minutach parówki poszedłem jednak zanurzyć się w lodowatej wodzie. Potem krótki odpoczynek i z powrotem do celi parowej katorgi. Po kilku minutach przyszedł wreszcie mój młodszy Wuj Włodek z rózgami brzozowymi, bo ja o nich oczywiście zapomniałem. Dopiero teraz doceniłem po co one tak naprawdę są. Masochiści okładają się nimi na sucho! Brr. Samobójstwo na życzenie. Normalne leszcze tacy jak ja, najpierw zamaczają je w misce z zimną wodą, jaką wolno ze sobą zabrać do parówki, i dopiero wtedy spryskiwać się chłodną wodą lub zbliżając je wręcz do ust w celu złapania "chłodniejszego" oddechu. Po kilku cyklach takich tortur poczułem "gruntowny relaks". I być może posiedziałbym jeszcze trochę, a wytrzymałem za pierwszym razem prawie aż 20 minut, gdy przyszedł pewien staruszek, tak na oko coś z 80 lat i wylał na kamienie ze dwa litry wody z metalowego rondla i zajął spokojnie półkę nade mną. A ja wystrzeliłem jak para z gwizdka z oparzonymi plecami i okolicami poniżej też. Bo tak zrobiło się gorąco. Trochę dziwny naród Ci Rassyjanie....
Witalij Gawryłowicz Tichow (1876-1939) - "W rosyjskiej bani", 1916r.
Trzeba też wiedzieć, że użytkownicy bani kontrolują temperaturę w łaźni, lejąc wodę na kamienie podgrzewane piecem (najlepiej opalanym drewnem). Chodzi tu o to, żeby wypocić toksyny z organizmu, poprawić krążenie i zadbać o dobre samopoczucie. Przywilej polewania przysługuje raczej doświadczonym bywalcom łaźni, którzy chlustają wodą na kamienie, powodując kłęby pary porównywalne z erupcją wulkanu i w efekcie nagły wzrost temperatury, po czym przystępują do energicznego okładania się rózgami. Zastanawiam się, czy właśnie dzięki takim zabiegom Rosjanie lepiej znoszą przeciwności losu niż inne narody? Po chwili siedziałem już sobie w szatni, całkowicie odprężony i popijałem zimną butelkowaną wodę, (wodę sodową, kwas chlebowy i piwo można było dostać w szatni). Jeszcze inni, pili na miejscu, na taboretach, schłodzoną wodę, ale ognistą i zakąszali różnego rodzaju smakołykami w rodzaju kiełbasy, suszonej ryby, ogórków, cebuli czy solonej słoniny. Co ciekawe, nie widziałem tu tradycyjnego chleba, ...do powąchania. Może tylko on nie był odporny na wilgoć? No cóż. Moja skóra wyglądała potem doskonale. Była w narodowych barwach. Plecy i klatę miałem czerwone, za to dół pleców, no może tył ud, trochę inny, bo biały! A wiecie, jak się potem śpi?!
A tak na marginesie. Dla zilustrowania powyższego wpisu wybrałem dwa przepiękne obrazy dwóch mistrzów pędzla. Wielkiego Szweda, Andersa Zorna i równie utalentowanego Rosjanina, Witalija Tichowa. Co prawda napisałem o części męskiej rosyjskiej bani, lecz zamieszczone obrazy dotyczą wyłącznie łaźni damskiej. Niestety nie mogłem znaleźć równie pięknych płócien z panami. My jednak jesteśmy o wiele brzydsi od kobiet. I niech już tak zostanie i to niech one triumfują na paletach!

piątek, 23 marca 2012

Wioletko, trzymaj się!

James Tissot - "Holyday", albo "Herbatka"
Pamiętaj, że czeka nas jeszcze wspólna herbatka!

czwartek, 22 marca 2012

Inspiracje - w milczącej ciszy...

"Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego faktu w słowa".
Julian Tuwim
"Lepiej jest milczeć i sprawiać wrażenie głupiego niż mówić i rozwiać wszelkie wątpliwości".
Mark Twain

Milczący ogród. Kompletna cisza. Zdarzyło się to kilka dni temu, przed 6-tą rano. Nastał sobie świt w Grądach. Powietrze stało w bezruchu. Był lekki przymrozek. Panowało wszechogarniające milczenie i cisza. Gdyby zacząć od zbadania relacji pomiędzy pojęciami milczenia i ciszy, musielibyśmy chyba zgodzić się co do tego, że pomiędzy pojęciami milczenia i ciszy istnieje jednak pewna zależność. Cisza jest pewnym stanem rzeczywistości fizycznej (brakiem dźwięku), milczenie zaś — rezultatem działania uczestników aktu komunikacji, czyli czymś podmiotowym, zależnym od woli. Kiedy więc przypisujemy milczenie przedmiotom, mamy do czynienia z przeniesieniem, czyli personifikacją (metaforą). I właśnie coś takiego mógłbym przypisać otoczeniu w jakim się znalazłem. 
Dookoła jest las. Jeszcze nic nie pachnie. Wszystko jest zmrożone. Nie ma więc procesu parowania, dlatego aromaty traw oraz igieł drzew skrywają się ciągle wewnątrz tych roślin. Powietrze jest absolutnie czyste, można by rzec, że "surowe", ostre w oddechu. Lekko wilgotne. Przyjemne. Może się niekiedy wydawać, że ta bezsłowna ekspresja ciszy zastępuje naturze mowę. Przyroda mówi mi w ten sposób: podziwiaj mnie! szanuj mnie. Troszcz się o mnie. I ja to chyba rozumiem. Bardzo staram się to uszanować. Stawiam swoje kroki bardzo ostrożnie. Jakbym nie chciał obudzić tego lasu. Wręcz wstrzymuję czasami oddech, nasłuchując otoczenia. Mrużę oczy od promieni wschodzącego słońca. Jeszcze nie jest tak oślepiające, jak będzie za choćby godzinę...
Pewnie dla niektórych osób milczenie może też być widziane inaczej. W stosunku do ciszy używamy czasami epitetów „męcząca" albo „przygniatająca", a jeszcze innym osobom cisza kojarzy się na przykład z bezpieczeństwem, albo nawet ze strachem. Znamy przecież ciszę złowieszczą oraz ciszę izolacji. Pragniemy czasami owego stanu jako antidotum na przeciążenie decybelami, jednak zazwyczaj cisza absolutna paraliżuje nas. Ja w tym miejscu wcale jednak nie odczuwam jakiegoś dyskomfortu, strachu czy obawy. Odczuwam za to błogi spokój. Słyszę jedynie delikatne skrzypienie przygniatanej moimi butami wysuszonej trawy i igliwia. Dochodzi do mnie czasami sapanie przebiegającego, harcującego beztrosko mojego psa, Hansa. O jak mi jest tutaj dobrze. Czy moje życie jest tylko snem?
Czy moje życie jest tylko snem? Czy moje życie jest tylko snem?  

środa, 21 marca 2012

Co na paletach? - kiedy rozum śpi...

Dzisiaj zupełnie nietypowo. A bo i czasy takie, nie za bardzo sprzyjające spokojowi. W naszych mediach masakra jakaś. Trwa chocholi taniec panów w sukienkach, którym się wydaje, że ciągle będą rządzić naszym biednym kraikiem bo ludzie i tak są jacyś durni i na wszystko jak zwykle pozwolą. Aż malować się nie chce, tylko zaszyć gdzieś, najlepiej ... choćby w mysiej dziurze. Żeby tylko nie słyszeć i nie widzieć tego zakłamania. A na dodatek nasza urocza i wesolutka koleżanka Wioleta Nieroda, okazuje się, że jest poważnie chora i leży w szpitalu. Wioletko droga. Bardzo się o Ciebie martwimy. Życzymy Tobie jak najszybszego powrotu do zdrowia i wzięcia udziału w kolejnych spotkaniach piątkowych. Trzymamy za Ciebie kciuki. Nie daj się choróbsku. Trudno jest bez Ciebie. Wracaj jak najszybciej. Potrzebujemy Cię.
Ale pofilozofujmy sobie dalej trochę w tych laickich klimatach, bo wiem przecież, że Wiola to też lubi i zrobię to specjalnie dla niej. Natknąłem się niedawno na niezwykłą akwafortę, to ta obok, autorstwa wielkiego mistrza hiszpańskiego Francisco Goyi, zatytułowaną "Gdy rozum śpi, budzą się demony", czasami tłumaczoną jako "Kiedy rozum śpi, budzą się upiory" (hiszp. El sueño de la razón produce monstruos) - namalowaną pomiędzy 1797 a 1798 rokiem, pochodzącą z cyklu grafik Kaprysy (hiszp. Los Caprichos). Jest najbardziej znanym obrazem z tej serii. Obraz przedstawia autoportret artysty. Jego głowa spoczywa na biurku, na którym leżą porzucona kartka papieru i pióro. Jest on atakowany przez upiory (m.in. nietoperze i sowy). Na biurku widnieje napisany po hiszpańsku tytuł obrazu. Wymowa obrazu wiąże się z panującą wówczas w Europie Inkwizycją, którą uosabiają w obrazie upiory. Goya sprzeciwiał się jej stanowczo uznając za bezrozumną, gdyż jej ofiarami stawali się artyści i naukowcy (m.in. Galileusz). Był jednak wobec niej bezsilny. No właśnie.
Prawie półtora wieku później, i na naszym podwórku miało miejsce coś podobnego. Kiedyś, dawno temu, nasz niezwykły i bardzo utalentowany mistrz Witold Gombrowicz, napisał w swoich słynnych "Dziennikach 1953-1956" taką oto interesującą kwestię.
"Mnie, który jestem okropnie polski i okropnie
przeciw Polsce zbuntowany, zawsze drażnił
polski światek dziecinny, wtórny, uładzony
i pobożny. Polską nieuchronność w historii
temu przypisywałem. Polską impotencję w
kulturze — gdyż nas Bóg prowadził za rączkę.
To grzeczne polskie dzieciństwo przeciwstawiałem
dorosłej samodzielności innych kultur.
Ten naród bez filozofii, bez świadomej historii,
intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród,
który zdobył się tylko na sztukę 'poczciwą'
i 'zacną', rozlazły naród lirycznych wierszopisów,
folkloru, pianistów, aktorów, w którym
nawet Żydzi się rozpuszczali i tracili jad".
I trudno się z tym nie zgodzić. Intelektualna zaduma skłania do zastanowienia się, dlaczego tacy czasami jesteśmy. Tacy kosmopolityczni, nienawidzący samych siebie, pełni hipokryzji i udający wobec bliźnich kogoś innego, niż sami jesteśmy. Wszędzie musimy walczyć, rywalizować, nie dając przeciwnikowi żadnych szans. Nawet dziś, jak się dowiaduję, musi podobno trwać rywalizacja podczas malowania obrazków. A może wystarczyłoby tylko samo współzawodnictwo. Ale cóż. Kota nie ma a myszy harcują. Będę musiał chyba dojeżdżać w piątki na zajęcia i przypilnować interesu. Dlatego nie podam kto, co namalował. Proszę zgadywać. Jak dla mnie wszystkie prace mają niepowtarzalny klimat i urok. Są bezwzględnie amatorskie, autentyczne, spontaniczne i bardzo prawdziwe. Pewnie niektórzy, dopatrzą się ręki autora, może z wyjątkiem tej męskiej dłoni Józia, ale to jest prawdziwa, Polska, nasza - KULTURA. I tak trzymać.




Prace są w trakcie tworzenia. Ale widać na niektórych źródło inspiracji, i prawidłowo, bo uczymy się od mistrzów. Mam nadzieję, że za tydzień będą dużo ładniejsze i ukończone. Za to w następnym wpisie umieszczę trochę przepięknych zdjęć z Mazur. To tak dla inspiracji. Do następnego razu.

wtorek, 13 marca 2012

Filozofia domowa - Bogowie też się mylą

"Mogę zaprzeczyć wszystkiemu, co powiedziałem. I będzie to zgodne z psychiką człowieka antycznego. Bogowie też się mylą. Dla nas starożytnych nie ma bezwzględnej prawdy. Istotą jest tylko postawa sokratyczna. Sokrates nie obiecywał uczniom, że wskaże im prawdę, lecz że będzie jej wraz z nimi poszukiwał. (...) Człowiek ma dochodzić prawdy własnym rozumem. Wiem, że nic nie wiem? To jest nasza dewiza. To nie oznacza rezygnacji, to jest postawa pełna pokory. Nic człowiekowi nie zostało objawione. Nic nie spadło z nieba. Ja po prostu mam swój słabiutki rozum, który pozwala mi krok za krokiem dochodzić do prawdy. Ryzykuję, że spadnę w przepaść, ale muszę iść naprzód".
"O omylności człowieka" - Aleksander Krawczuk
Dzisiaj o zdradzie i ślepej namiętności. Czyli o szybkim pocieszeniu w ramionach nowego kochanka - pierwszej szklanicy starożytnej Grecji, czyli Bachusie albo Bacchusie. Tak więc, jakby nie było, znowu będzie o kobietach. Zatrzymajmy się więc na dłużej przed słynnym obrazem wielkiego geniusza renesansu, Tycjana, zatytułowanym “Bachus i Ariadna”. Namalowana przez niego historia nawiązuje wprost do dość znanego greckiego mitu o Ariadnie, czyli przepięknej i nieposłusznej córce króla Krety Minosa. Nieszczęsna tak się zabujała w niejakim Tezeuszu, królewiczu i herosie ateńskim, uchodzącym za syna Posejdona i Ajtry (choć formalnie był synem Egeusza, króla Aten), że dla nicponia porzuciła dom rodzinny i podążyła za nim w świat. I choć pomogła Tezeuszowi uciec z labiryntu groźnego Minotaura na Krecie, ten mimo, że obiecał jej małżeństwo, porzucił ją na wyspie Naksos i sobie odpłynął. Jak pamiętamy jeszcze ze szkoły, kłębek nici, którą Teoś rozwijał, chodząc po Labiryncie, ułatwił mu znalezienie drogi powrotnej. Stąd popularny związek frazeologiczny – nić Ariadny. Ale, ale. Wkrótce nadeszło jednak szybkie pocieszenie, bo zaraz po rejteradzie kochanka, podobno podczas jej snu, Ariadna znalazła niebawem nowego adoratora - i to samego olimpijskiego boga - Bachusa, choć niektórzy twierdzą, że Dionizosa. No cóż nie jestem prof. Krawczukiem od starożytności, i nie będę się wymądrzał. Ale chyba chodzi o jednego i tego samego gościa. Na roboczo zostanę przy Bachusie, bo tak nazwał go Tycjan. I co widzimy na obrazie? 
Z lewej strony obrazu znajduje się postać porzuconej we śnie Ariadny, która wyciąga prawą dłoń ku ledwo już widocznemu okrętowi Tezeusza, lewą zaś trzymając się za mięciutkie i delikatne miejsce, pewnie lekko nadwyrężone. No nieźle, a podobno miała spać. Nic to. A może się tylko leniwie przeciąga rozmarzona...podczas pobudki. I wtedy właśnie, biedna, zdradzona kobieta miała już odejść, gdy jej wzrok pada nagle na postać Bachusa, ukazującego się, z jej prawej strony. Bachus, bóg wina i opilstwa, wyskakuje właśnie z rydwanu, którym przybył na wyspę Naksos, ciągnięty przez dwa gepardy. Przedstawiony jest przez Tycjana w niezwykłej pozie, tak jakby rzucił przed chwilą piłką od palanta, machając zarówno rękoma jak i klejnotami, a właściwie klejnocikami. Tworzący rozbrykany orszak boga Satyrowie i menady, niosą atrybuty jego kultu opilstwa i imprezowania. Wielki Tycjan przedstawił scenę tak jak opisał ją rzymski poeta Katullus w swoim dziele “Poezje”:  
Ona tymczasem, patrząc smutnie za okrętem
Znikającym, żaliła się sercem zranionym,
A młodzieńczy się Iakchus zbliżał z drugiej strony,
Z nimi zaś orszak satyrów i sylenów grono.
Ciebie szukał, Ariadno, Twą miłością płonną.
...Menady w upojeniu dookoła szalały 
...Część z tyrsami o końcach zwieńczonych pomyka,
Część zaś szarpie na strzępy rozdartego byka,
Jedne skręconym wężem wpół się obwijają,
Lub tajemnice święte sprawują w koszykach 
...Inne jeszcze w tympany biją zręczną dłonią,
Innym okrągłe spiże czysto w rękach dzwonią.
Z prawej strony płótna widzimy Satyra, który obwinięty jest wieńcem z pędów krzewu winnego i wymachuje nogą byka, zaś stojąca obok bachantka wznosi tamburyn. Oboje wymieniają spojrzenia, że, oj będzie się działo. Podobnie jak Ariadna i Bachus. Brakuje tylko iskier miedzy nimi. Czyli pełna "ljubow z pierwogo wzgliada!" Widoczny przed nimi opalony siłacz, który wydaje się zmagać z wężem, nawiązuje również do tekstu Katullusa. Psotliwy satyr-dziecko, który znajduje się u dołu obrazu, jest pół-człowiekiem, pół-kozłem. Sprawia wrażenie osoby, która prowadzi cały orszak Bachusa. Dziecko jest jedyną postacią, która spogląda w stronę widza. Na głowie ma wieniec, za sobą wlecze głowę jagnięcia. U jego stóp szczeka czarny spaniel, który jest najprawdopodobniej podobizną pieska Tycjana – motywu często goszczącego na obrazach artysty. Obok niego znajduje się kwiat kaparu ciernistego, na co dzień rosnącego w szczelinach skalnych. Kwiat ten jest symbolem miłości. W oddali ujrzeć można groteskowo grubego Sylena, który jest przybranym ojcem Bachusa. Sylen śpi na ośle, zmożony trunkami. Jego towarzysze muszą go podtrzymywać, by nie wypadł z siodła. No i gwiaździsta korona nad głową Ariadny. To przyszły dar od jej późniejszego męża, Bachusa. Chociaż inna wersja mówi o podarunku diademu w postaci konstelacji dla Ariadny od Zeusa z okazji jej ślubu z Dionizosem (Bachusem). A dla miłośników astronomii dodam, że wykonany przez Hefajstosa złoty diadem, stał się później konstelacją niebieską zwaną Koroną Północną. Czyli pełny happy end.
Jako, że obraz ten jest jednym z trzech dzieł namalowanych przez Tycjana dla księcia Ferrary, Alfonsa d'Este, do jego gabinetu znajdującego się w przejściu łączącym zamek d'Este z Palazzo Ducale, a więc obrzydliwie bogatego sponsora, Tycjan pozwolił więc sobie na użycie najdroższych ze znanych mu w średniowieczu barwników. Sama suknia Ariadny, która zdaje się być wykrojona z fragmentu nieba ma bardzo intensywny błękit, otrzymany z utartego cennego kamienia lapis lazuli. Z lewej strony obrazu samotna postać Ariadny musiała zrównoważyć kompozycyjnie, umieszczony w prawej części orszak Bachusa. Więc Tycjan dorzuca do błękitu karmin, a obie, kontrastujące ze sobą barwy, są oznaką wysokiej rangi, czytaj cholernie drogie. Obecnie obraz “Bachus i Ariadna” znajduje się w Londynie w National Gallery.
Reasumując. No to co mamy? Głupia szczenięca miłość, zapewne sumiennie wykorzystana przez kochanka nicponia. Bo przecież się nie zmydli. I potem "ofiara" znajdująca pocieszenie w ramionach króla alkoholików. Aż w końcu przyszło spełnienie marzeń każdej dziewczynki. Zostać księżniczką!. Dostała się więc na Olimp. Została wśród bogów. I która by tak nie chciała? I pogrzeszyć można, i potem jeszcze stać się boginią. Według naszych ekspertów byłby to pogański świat pozbawiony chrześcijańskiej moralności. Ale ja wolę ten świat. Idę zrobić sobie drinka. Narka. 
Źródło: http://pl.shvoong.com/; ciocia Wikipedia

piątek, 9 marca 2012

Rozważania na temat malarstwa - Słup ogłoszeniowy i ... podglądactwo

Z okazji wczorajszego święta kobiet, dołączając się do gorących życzeń dla szanownych koleżanek malarek, pozwolę sobie przywołać w tym miejscu, mały żart malarski, autorstwa mało znanego, płockiego artysty malarza, Aleksego Kiriuszyna. Chcąc przybliżyć choć trochę sylwetkę malarza podam, że Aleksy Kiriuszyn urodził się w 1886 r. w Płocku w rosyjskiej rodzinie prawosławnej. Ukończył Gimnazjum Państwowe w Płocku i w 1905 r. zdał egzamin na nauczyciela powiatowego. Następnie uczęszczał do szkoły malarskiej przy Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie ukończył trzy kursy. Chociaż można by przypisać mu rosyjskie pochodzenie, bo przecież wtedy Płock należał do carskiej prowincji "priwislianskiego kraja", malarz praktycznie nigdy nie opuścił na stałe swojego rodzinnego miasta. I był obywatelem naszego kraju. W okresie okupacji niemieckiej podjął pracę w Wydziale Techniczno-Budowlanym Zarządu Miejskiego w Płocku, a w 1943 r. oddelegowany został do Biura Elektrowni Miejskiej celem sporządzania pomiarów i planów elektrowni w Radziwiu. Po wojnie, w 1947 r. przeniesiony został do Zakładu Sieci Elektrycznych na stanowisko starszego kreślarza, z czasem został kierownikiem kreślarni. W 1958 r. przeszedł na emeryturę. Od tego czasu w zaciszu skromnego mieszkania na ulicy Kwiatka w Płocku oddawał się już tylko swojej pasji - malowaniu. Aleksy Kiriuszyn zmarł w 1972 r. Pochowany został w grobie rodzinnym na cmentarzu prawosławnym w Płocku. Artysta nigdy nie był związany z żadnym stowarzyszeniem czy związkiem plastyków, pozostawał przez lata na uboczu płockiego środowiska artystycznego. Na pokaźny zbiór twórczości Kiriuszyna, składają się: rysunki, rysunki piórkiem, szkice akwarelowe, akwarele, obrazy olejne, a także projekty kart pocztowych, projekty pomnika - mauzoleum, projekty wizytówek, kart do gry, szkicownik. Do najważniejszych należą prace malowane w konwencji realistycznej, głównie w technice akwareli na tanich papierach i kartonach. I taki klejnocik chciałbym drogim paniom podarować. Jest nim zabawny i ciekawy obraz zatytułowany "Słup ogłoszeniowy".
Przedstawia swoistą scenkę rodzajową, na której pewna elegancka dama, tak się zapatrzyła na ogłoszenie, że nieostrożnie stanęła nad kałużą wody. Biedna nie zauważyła nawet, że "wykorzystali" tę sytuację natychmiast zwyczajni podglądacze. Podstarzały, niechlujny jegomość z laseczką i w przykrótkich spodniach oraz dwaj młodzi chłopcy, zwyczajni, płoccy "gavroche". Nawet stojąca za pechową czytelniczką, inna dama w błękitnym kostiumie, nie oparła się ciekawości. Cała scena została zakomponowana w rodzaju reporterskiego zdarzenia. Także widniejące na słupie plakaty, można by rzec, że nawiązują do tej niebywałej historii. Dla chłopców jest to jak wygrany los na loterii fantowej. Ujrzeli coś z pogranicza freudowskiej tak zwanej “sceny pierwotnej”. Chłopcy przyglądają się zachłannie, chłoną nieznany im obraz wszystkimi zmysłami, ale tak naprawdę, jego chyba nie do końca rozumiejąc. Gorzej wygląda za to rola "starego satyra" z laską. Okropny typ ordynarnie i demonstracyjnie zagląda w odbicie lustrzane na jej dessous, pewnie z jedwabiu, bo w tamtych, przedwojennych czasach, eleganckie panie najczęściej takie nosiły. Dla niego to jest swoisty teatr albo nawet cyrk. Brrr... Jedynie drugi starszy gość, co czyta przez binokle pięcio centymetrowe litery na ogłoszeniu, wcale nie jest zainteresowany widokiem i stanowi oazę spokoju. A pani w "błękitnym"? Pewnie sobie myśli, że to jakaś lafirynda, i dobrze jej tak, bo wstydu nie ma, dziwka jaka albo co. Mogłaby przecież przeskoczyć "żabką" kałużę i byłoby po sprawie, a tak? przedstawienie robi dla samców... Sodoma i Gomora! Postrach na ulicy. Ludzie trzymajcie mnie, bo nie mogę... A fe. Idę zaraz na mszę!
No to nara. Całusy dla wszystkich pań malarek z Sekcji!
Źródło: http://www.muzeumplock.art.pl

niedziela, 4 marca 2012

Rozważania na temat malarstwa - pieskie życie niekoniecznie musi być przykre

"Jeśli przyjmiesz do siebie zabiedzonego psa i sprawisz, że zacznie mu się dobrze powodzić – nie ugryzie cię. Na tym polega zasadnicza różnica między psem a człowiekiem".
Mark Twain
"Dla swego psa każdy jest Napoleonem. To powód nieustającej popularności psów".
Aldous Huxley
"Dobroczynność nie polega na dawaniu kości psu.
Dobroczynność to kość dzielona z psem wówczas, gdy jesteś równie głodny jak on".
Jack London

Dzisiaj trochę o pieskach. Ma to m.in. związek z moją nową rolą życiową. Ale na początek kilka słów o podmiocie aktualnego wpisu tj. psie. Pies jest udomowionym towarzyszem człowieka, od co najmniej 10000 lat. Wcześnie stał się symbolem wierności, gdyż we wzajemnych stosunkach człowieka z psem człowiek zaczął polegać na tej właśnie zalecie zwierzęcia, ono zaś na jadle i schronieniu otrzymywanym od człowieka. Celowa selekcja faworyzująca dogodne dla ludzi cechy fizyczne i psychiczne psa sprawiła, że stał się on w znacznym stopniu dziełem ludzkim; na skutek dalszej selekcji i krzyżowania powstały liczne, bardzo różniące się od siebie rasy. I tyle teorii. Bardziej zainteresowanych biologią tego gatunku zwierzęcia, odsyłam do wujka Google, u niego jest bardzo dużo informacji na ten temat. 
Ja natomiast chciałbym się trochę skoncentrować na symbolice psa w sztuce, a zwłaszcza w malarstwie. W internecie znalazłem informacje, że generalnie, w sztuce, pies jest symbolem: wierności, przyjaźni, odwagi, ochrony, czujności, straży, usłużności, wiary, ozdrowienia, podziemia, śmierci i Księżyca; towarzyszenia duszom zmarłych w drodze do podziemi; świtu, wiatru (szybkość), zręczności; płodności; inteligencji, sprytu; ciekawości; pochlebstwa, płaszczenia się, i tak dalej i dalej. Czyli praktycznie wszystkiego co nam do głowy wpadnie a może się przydać. Bo na ten przykład, biały pies zwykle przedstawia dobro i pobożność osoby, przy której nogach się pojawia (np. piesek na słynnym Portrecie Armtfinich, 1434 Van Eycka symbolizuje wierność małżeńską), a ciemny, brzydki psiak wyobrażać może pogaństwo lub herezję. Czyli, praktycznie na każdą ludzką okoliczność, coś na wyjaśnienie znaczenia psa w sztuce, można znaleźć. Dlatego też, zwierzę to występuje na bardzo wielu płótnach malarskich. Malowali je zarówno nieznani i zapomniani malarze jak i wielcy mistrzowie np. Rembrandt, Renoir, Vermeer, Gerome czy Troyon
Ja bardzo lubię psy. Od dawna w moim domu mieszkają ze mną te zwierzęta. Miałem kiedyś jamniczkę gładkowłosą, czarną z rudymi podpaleniami, zwała się 'Minnie", mieszkał też w moim domu klasyczny wielorasowiec "Puszek", wzięty ze schroniska, który miał tak puszystą sierść, że o mało co nie skończyłoby się dla niego katastrofą podstrzyżenie skołtunionej sierści w okolicy podbrzusza. Okazało się, że nie był suczką, a w tej właśnie postaci wziąłem go właśnie ze schroniska, a okazał się być ... psem! Uff, ale najadłem sie wtedy strachu. O mało co pozbawiłbym go ... no wiecie czego...! Miałem także dwie przepiękne suczki owczarka kaukaskiego, "Azę" i "Lusię". Co ciekawe, prawdziwe imię tej ostatniej brzmiało "Aludra księżyc Pamiru". Pochodziła w prostej linii od czempionów Rosji "Hunza", które miały medali więcej niż ... sam Breżniew. Niestety kilka tygodni temu odeszła do krainy wiecznego uganiania się za kotami. 
A teraz, od tygodnia mam nowego przyjaciela. Bo ja zawszę muszę mieć obok siebie psa. Uwielbiam te zwierzęta. Adoptowałem uroczego owczarka niemieckiego "Hansa", a właściwie "Hansa Klossa". Jest to piesek po ... przejściach. Jakaś ludzka kanalia trzymała go niestety na łańcuchu i w klatce. Biedak, pomimo, że ma circa 4 lata, stracił część zębów, podczas gdy usiłował się uwolnić z niewoli. Jest moim radosnym, wiernym i oddanym towarzyszem w nowym miejscu zamieszkania. Poniżej pokażę jego zdjęcia.
 
No i powrócę do zasadniczego wątku niniejszego wpisu, czyli występowania psa w malarstwie. Najczęściej psy towarzyszyły ludziom na polowaniach lub w domach, do zabawy. Dlatego powstało bardzo dużo obrazów o tematyce myśliwskiej, na których wyeksponowano zasadniczą rolę psa. Mnóstwo jest również płócien z psami, pieskami lub innymi wyrobami "psopodobnymi" z kolorowymi kokardkami, z udziałem dam, dzieci itp. Popatrzmy zatem na kilka takich przykładów. 
 Arthur Wardle – "English Setter"
 Constant Troyon – “Hound Painting” - 1860
 Elizabeth Strong - "Śpiąca dziewczynka i seter"
 Eugene Petit - "On Point"
 J. Girland - "Dog Reading"
 Pierre-Auguste Renoir - "Madame z psem"
 Pierre-Auguste Renoir - "Head of a Dog", 1870. Oil on canvas.
  Pierre-Auguste Renoir - "Młody mężczyzna z psem w lasku Fontainebleau", 1866
J.Vermeer - "Diana and her companions", c. 1653-1656 
 Jean Leon Gerome - "Arab i jego psy"
Rembrandt - "Nocna Straż"
Trzeba przyznać, że pies jest bardzo wdzięcznym motywem malarskim. Zauważyłem, że wielka miłość i przywiązanie człowieka do tych zwierząt zaowocowała opracowaniem wielu bardzo efektownych "psich portretów". Oczywiście, należałoby również dodać, że główni antagoniści psów, czyli koty cieszą się równie silnymi emocjami i efektownymi obrazami. Ale przez szacunek dla mojego "Hansa", nie będę o nich w tym miejscu teraz pisał. 

sobota, 3 marca 2012

Co na paletach? - Trudne chwile

W piątek, drugiego marca było cicho i spokojnie. Większość wzięła sobie chorobowe i odpoczywała od malowania. Nawet mistrz Tadeusz nam zaniemógł. Przybyła tylko żelazna gwardia naszej sekcji malarskiej, tj. Danusia, Marysia, Wioleta, Stasia, Krysia, Stenia i Józef. Ale i tak było na co popatrzeć. Wielką formą błysnęła koleżanka Maria de Weyher. Trzasnęła trzy prace, jedna lepsza od drugiej. Wreszcie piękne kolory, rozmach i zmuszający do przyglądnięcia się pracom ich niezwykły nastrój. No i daleko od stylu "El Greco". Gratulacje Marysiu. Poniżej zauważyłem przynajmniej dwie z nich.


Krysia Krawczyk przyniosła dwa  małe olejne obrazki oprawione jak pastele. Są naprawdę urocze. I jak widać na poniższym zdjęciu, rozpoczęła zmagania nad trudną materią pojednania światła i cienia. Minę ma przy tym niekiepską. Ciekawe co zaplanowała namalować?

Wioleta Nieroda tworzy pejzaż ... jesienny? A może zimowy, już po ustąpieniu przymrozków. Przecież za oknami mamy już temperatury dodatnie. W typowym, swoim stylu, reprezentuje solidne rzemiosło malarskie, ale jednak nie jest to wszystko na co naszą drogą koleżankę stać. Czekamy na błysk jak przy pejzażu z makami!
Szanowna szefowa, czyli Stasia Gugałka, kontynuuje pracę nad kopią aktu mistrza Renoira. Śmietankowa, przepyszna cera modelki nie jest łatwą materią malarską. Lecz podobieństwo do oryginału już jest niewątpliwie uchwycone. Gratuluję cierpliwości. A podkadzam, bo to ma być obraz ... dla mnie, no chyba, że autorka się rozmyśli... :-(

Z przyjemnością pokażę jeszcze zdjęcia z wnętrza pracowni malarskiej gdzie przebywają pozostali, nieopisani przeze mnie twórcy. Skupiona na pracy Stenia Gibaszek widoczna jest na pierwszym zdjęciu, razem z Marysią de Weyher. Poniżej pokażę zrelaksowaną Danusię Krzyśków, no i kolegę Józefa Wollek, którzy uzupełniają piątkową żelazną ekipę. 
Jaka szkoda, że koleżanka Wioleta nie opisała dwóch pozostałych, nadesłanych mi prac naszych twórców. Są to kossakowski motyw z wiejską sielanką i widok na stargardzki kościół NMiP.

Jak tylko to będzie możliwe, podam wkrótce nazwiska ich autorów. Pozdrawiam i do następnego spotkania na blogu.
ERRATUM: Po nadesłanej przez Wioletę informacji, dodaję, że autorką obrazu z wiejską chatą jest Danusia Krzyśków i wielka chwała jej za ten obraz. Natomiast kolegiatę namalował Józef Wollek. Nareszcie i szkoda. Nareszcie, bo nowy temat a szkoda bo ja w następnym wpisie będę głosił o psach w malarstwie, a przecież Józef jest z tego m.in. znany. 

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.