poniedziałek, 26 grudnia 2011

Rozważania na temat malarstwa - z albumu bajek mistrza Sienkiewicza

January Suchodolski - "Jasna Góra"
Dzisiaj będzie trzy grosze o Częstochowie, a zwłaszcza o rozsławiającym ją słynnym klasztorze jasnogórskim. O miejscu tym słyszał chyba każdy Polak i ktokolwiek o to zapytany odpowie pewnie, że pewien rębajło, chorąży orszański, Andrzej Kmicic wespół, w zespół z księdzem Kordeckim dali tutaj łupnia okrutnym, bezbożnym Szwedom. I tak już od jednego i ćwierci wieku, czyli ponad 125 lat uznajemy tę historyjkę z gatunku płaszcza i szpady, za prawdę objawioną! Jakie to ... Polskie! Otóż to co wiemy o obronie klasztoru z 1655 roku to są niestety, ale propagandowe i wyidealizowane przesłanki i kompletne banialuki. I wiedzmy też, że nawet w aktualnych podręcznikach do nauczania historii te bajeczki są z całą powagą urzędu MEN, wykładane. Jest to zapewne efekt naszej polskiej megalomanii i zaślepienia, o której już wspominałem przy okazji innych wpisów, na przykład o Królu Bolesławie Szczodrym, zwanym Śmiałym i jego antagoniście biskupie Stanisławie. Bo właśnie tak, jak w przypadku opisywanego już przeze mnie zdrajcy Polski, św. Stanisława ze Szczepanowa, trawi nas niestety, kościelny wirus amnezji historycznej. Bowiem nikomu się nie chce poczytać, pomyśleć i stwierdzić, że jest a raczej było jednak trochę inaczej. No i trzeba przyznać, że niektórym jest z tą półprawdą bardzo wygodnie i ... całkiem opłacalnie. A ciemny Polski lud jak zwykle, to kupił... i już.
Franciszek Kondratowicz - Zwycięstwo Jasnej Góry 1655 
Na przestrzeni stu kilkudziesięciu ostatnich lat, liczni historycy, a potem, w ślad za nimi niektórzy politycy, ciągle popełniali i dalej popełniają, liczne błędy i przeinaczenia, że jakoby wielka armia szwedzka stała z dużą artylerią pod Częstochową w celu zdobycia tego bastionu polskości! Wielu tych znawców historii powołuje się najczęściej właśnie na Henia Sienkiewicza i jego "Potop". Natomiast, wypadałoby przynajmniej pamiętać, że podczas pisania tej powieści nasz noblista korzystał ze słynnego propagandowego dziełka pt. "Nowa Gigantomachia", autorstwa, a jakżeby inaczej, duchownego, ... przeora Kordeckiego, w której autor, a po nim właśnie ci "liczni historycy", przedstawiali obronę Jasnej Góry jako cudowny przełom w wojnie i miejsce licznych tytanicznych i bohaterskich dokonań niezwyciężonych obrońców "Czarnej madonny". 
Czyli, mieliśmy do czynienia z kolejną, kościelną auto-recenzją i korektą historii! No cóż, a "Potop"? Trzeba przyznać, że książkę czyta się fajnie i zawarta w niej historia wyjątkowo łechce nasze patriotyczne podniebienie, ale czy tak jednak musi być? Czy uwolnienie prawdy umniejszy nasze ego? I niestety tak jest do dnia dzisiejszego. Liczne naukowe i polityczne kręgi katolickie w Polsce, z uporem maniaka, dalej skutecznie fałszują prawdę o tamtej rzekomej cudownej obronie i wojnie Polsko-Szwedzkiej. Na przykład, z pracy Czesława Ryszki pt. "Przeor Kordecki" można nabrać przekonania, że była to przede wszystkim walka z niewiernymi (czytaj z kalwinami). Czyli, dobrych Polaków ze złymi najeźdźcami szwedzkimi. A pamiętacie, że jeszcze nie tak dawno, bo chyba w lipcu, pewien zakonnik, podjudzał tłumy wiernych i przepędzał niemiłych jego poglądom politycznym, dziennikarzy TVN-u spod murów klasztornych Jasnej Góry, powołując się na wyssane z palca mistrza Sienkiewicza historie. A prawda o tym wydarzeniu zapewne jest, jak zwykle, gdzieś po środku! Spróbujmy zatem ją choć trochę przybliżyć. 
Jedną z głównych przyczyn zaatakowania klasztoru jasnogórskiego były najprawdopodobniej skarby, jakie spodziewali się znaleźć najeźdźcy. W końcu grabili naszą Polskę niemiłosiernie już od ponad pół roku i wiedzieli, że okoliczna szlachta i co bogatsi kupcy deponowali swoje talary w skarbcu klasztornym, pewnie za minimalną prowizję, tak jak w PKO BP. Faktem jest również to, że twierdza jasnogórska nie była przeznaczona do obrony przed regularnym oblężeniem z użyciem armat. Była jedynie dobrym punktem oporu przed zaskoczeniem przede wszystkim kawaleryjskim, bo niestety, płytka przestrzeń obronna czyniła twierdzę jasnogórską bardzo wrażliwą na ostrzał artylerii. Czyli pokusa zaatakowania jej, stosunkowo niewielkimi siłami, wydawała się oczywista. 
Załoga Jasnej Góry liczyła około 160 piechoty wybranieckiej, 70 zakonników oraz 20 szlachty. Główny antagonista i napastnik, niejaki generał Muller, szwedzki komedant wojskowy Wielkopolski, przybył pod klasztor raptem z 1100 ludźmi i 8 działami. Pod sam koniec oblężenia siły gen. Mullera wynosiły już około 1600 rajtarów i dragonów, 900-1000 piechoty (w tym 450 piechurów z regimentu gwardii Jana Kazimierza, który został zmuszony do przejścia na stronę szwedzką) oraz 600-700 jazdy polskiej (chorągwie Zbrożka, Kalińskiego, Kuklińskiego, Gołyńskiego, Wiśniowieckiego i Morzkowskiego). Niektóre źródła historyczne podają, że podobno wśród oblegających klasztor Polaków był też Jan Sobieski - przyszły polski król! Czyli w szturmie na klasztor jasnogórski brało udział łącznie prawie 1200 Polaków, czyli znacząca część wojsk oblężniczych! Oj niezły numer wykręciła nam historia. Dla uzupełnienia dodam jeszcze, że te 8 posiadanych dział to 3-4 funtówki, które nic murom twierdzy nie mogły zrobić, podobno od ich ognia zginął tylko jeden obrońca. Dopiero 10 grudnia przybyło z Krakowa 6 dział oblężniczych, w tym 2 półkartauny. Blokada twierdzy trwała circa 40 dni ale tylko przez 10-12 dni trwały walki, resztę spędzono na rozmowach, obiadkach i pertraktacjach.
Straty po stronie obrońców to:
- 3 zabite konie;
- 1 rozbite koło od armaty;
- 16 wybitych szyb;
- 1 zabity żołnierz;
- 3 zabitych cywili;
Straty po stronie szwedzkiej były trochę wieksze, ale i tak nie przekroczyły kilkunastu osób. Oblężenie zostało zwinięte 27 grudnia, m.in. ze względu na obawy króla szwedzkiego i jego doradców, czy atak na największą polską świętość był aby rzeczywiście słusznym zamierzeniem i mógł spotęgować anty-szwedzkie wystąpienia społeczeństwa polskiego. I takie to było bohaterstwo! Polacy oblegali Polaków! Bo u Sienkiewicza to był tylko jeden zły Polak, Kuklinowski! Ciekawy jest również jeszcze jeden istotny fakt polityczny i bynajmniej Sienkiewicz o tym w "Potopie" nie pisze, że Ks. Kordecki poddał się królowi szwedzkiemu Karolowi, ale nie wpuścił do klasztoru Szwedów, bo pragmatycznie zakładał, że Ci ograbiliby klasztor, a być może nawet go spalili. 
A i tło tych wydarzeń również było specyficzne. Jesienią 1655r., podczas trwania "potopu szwedzkiego" kto żyw rezygnował z oporu, i nawet pobożna podkrakowska szlachta gnała w te pędy do Krakowa by tłumnie kupować tzw. "Salva gardię" czyli najnormalniejszą w świecie "lojalkę" albo według ostatnio-wojennych terminów "kenkartę", po ... jednym talarze. Taką samą "Salva gardię" otrzymał/kupił sobie nawet sam Polski Kościół, o czym z oczywistych względów niezbyt chętnie rozpowiada bo na przełomie października i listopada, w zamian za uznanie władzy króla Karola X Gustawa, Polski Kościół miał być wolny od wszelkich kontrybucji. I co ciekawe jeszcze, pewien list od Ks.Kordeckiego do gen. Muellera, który przytoczony był w "Nowej Gigantomachii" przedstawiony został w wersji ... lekko okrojonej (tzn. nie ma w nim, przypadkowo?, a może muchy w tym miejscu naptały?, ustępu o uznaniu władzy Karola Gustawa). Tylko same bohaterstwo! 
Z kolei, część historyków z Herbstem na czele uważa iż Jasna Góra stała się symbolem już w trakcie blokady. Reasumując, przytoczę jeszcze jedną opinię, innego historyka, Adama Kerstena, który stwierdził, że propagandowe znaczenie oblężenia powstało dopiero w trzy lata po oblężeniu, tj. w 1658r. czyli już po opublikowaniu dziełka pt. "Nowa Gigantomachia" autorstwa ks. Kordeckiego. A ponieważ agitacja religijna była od samego początku ważnym elementem strategii walki z heretyckim najeźdźcem i kalwinami, nasze chłopstwo, stanowiące przecież prawie 80% ówczesnej ludności miało bardzo niską świadomość narodową, toteż grzechem i głupotą byłoby nie wykorzystanie tego, do czego chłop najsilniej był przywiązany - czyli do wiary. I to chyba jest najbliższe prawdy.
No i na zakończenie, jeszcze jeden wątek, dość luźno związany z klasztorem, bo chodzi mi o kolejne "potopowe" łgarstwo Sienkiewicza m.in. w sprawie hetmana wielkiego litewskiego Janusza Radziwiłła, przedstawionego w książce jako okrutnego zdrajcę. Osobiście mam nieodparte wrażenie, że głównym powodem tej niechęci do niego było przede wszystkim jego wyznanie ewangelicko-reformowane, bo Janusz Radziwiłł pochodził z kiejdańsko-tykocińskej linii Radziwiłłów i był głównym protektorem kalwinizmu na Litwie! A jak co niektórym wiadomo, w Polsce religią panującą zaczął być katolicyzm, i to w jego najbardziej wrednej, prawie takiej jak dziś, fundamentalnej postaci. Więc należy się jednak niestety dziwić mistrzowi Sienkiewiczowi, że przedstawił tę postać tak jednostronnie. 
A chyba można było to zrobić znacznie ciekawiej i bliżej prawdy. Zapewne mało kto wie, że tuż po najeździe Rosji na Rzeczpospolitą w 1654 roku, książę Janusz Radziwiłł praktycznie sam bezskutecznie próbował powstrzymać przeważające siły moskiewskie nacierające od wschodu. 70 tysięcy rosyjskich żołnierzy (szwedzkie wojsko podczas "potopu" liczyło 30 tys. żołnierzy), wspieranych przez niemiecki korpus oficerski, przekroczyło granicę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wojewoda wileński Janusz Radziwiłł zawiadomił króla, że natychmiast potrzebuje gotówki - niektóre miejscowe oddziały nie były opłacane od 16 lat! Tymczasem rosyjska armia już przekroczyła Dniepr. Pierwszy padł Połock, następnie Mścisław, Siebież, Dorohobuż i Krzyczew. No a gdzie był wtedy Król Polski i jego armia? Przecież wschód Rzeczypospolitej płonął. 
Jan Kazimierz niestety kontynuował dziwną grę - zamiast oddać dwie buławy hetmańskie, czyli dowództwo w ręce Janusza i Jego stryjecznego brata Bogusława - hetmanem polnym litewskim, czyli zastępcą wodza, mianował królewskiego lizusa Wincentego Gosiewskiego. Dlatego więc Radziwiłowie przestali się oglądać na Warszawę i wzięli obronę Litwy we własne ręce. I to był właśnie ten moment, kiedy Szwedzi postanowili uderzyć na osłabione wojną z Rosją państwo polskie. No i cóż było dalej? Za namową Prymasa i polskiej szlachty, Król poczekał aż osłabnie jego wielki kalwiński opozycjonista. Bo Janusz Radziwiłł na czele wszystkiego co miał - 4.000 wojska, odniósł co prawda zwycięstwo nad częścią armii rosyjskiej w bitwie pod Szkłowem ale został później rozbity pod Szepielewiczami. Właśnie dlatego, obwiniając Jana Kazimierza o nieprzygotowanie Rzeczypospolitej do obrony, jedyny ratunek dla Litwy, a władał On większością jej obszaru, widział w zerwaniu unii z Polską i stworzeniu oddzielnego księstwa, rządzonego przez Radziwiłłów pod protekcją Szwecji. Dlatego także podpisał pakt wiążący Wielkie Księstwo Litewskie ze Szwecją, za co król Szwedzki zobowiązywał się odzyskać dla Litwy ziemie stracone przez nią w wojnie z Rosją. Trzeba też dodać, że pozostałe rody litewskie (w tym także katoliccy Radziwiłłowie z linii na Ołynce i Nieświeżu), pod wpływem kościoła oraz z obawy o dominację wielkiego hetmana Janusza, również wystąpili wraz z dużą częścią wojsk litewskich ...przeciwko niemu! Janusz Radziwiłł został niestety "kozłem ofiarnym", uznanym za głównego zdrajcę - podczas gdy tacy prawdziwi zdrajcy jak wojewoda poznański Krzysztof Opaliński - odpowiedzialny za kapitulację pod Ujściem, czy biskup Tyszkiewicz (tchórzliwie poddał Wilno Rosjanom), zostali zapomniani. 
Reasumując, w Polsce w tym czasie trwała najprawdziwsza wojna religijna!!! Kosztem bytu państwowego i niepodległości kraju nie liczono się ze stratami, losem poddanych. Kościół Rzymsko-katolicki w Polsce, walczył o utrzymanie majątku i wpływów na władzę!!! I dlaczego Sienkiewicz o tym milczał? Bo mogę zrozumieć, że przemilczał problem wojny z Moskwą, ponieważ kiedy pisał "Potop", byliśmy przecież pod zaborem rosyjskim i książki by wtedy nie mógł wydać. ... Psia krew. ... Jak trudno być Polakiem!!! Ciekawy jest też fakt, że już po wojnie, w 1668 roku, Sejm wprowadził nawet karę śmierci za odstępstwo od katolicyzmu. Ale to były czasy!!! Niektórzy pewnie chcieliby, żeby znowu do tego doszło... 
Leszek Piasecki - "Poselstwo szwedzkie" 1955
Na zakończenie.
Z wojskowego punktu widzenia klasztor nie miał wielkiej wartosci. Natomiast biorąc pod uwagę polityczne skutki oblężenia, można mówić o prawdziwej katastrofie Szwedów. Prawdopodobnie uznano by całe wydarzenie za epizod, nieważny i zapomniany, odnotowany w postaci niewielkiego przypisu w jakimś historycznym dziele, gdyby nie otoczenie Jana Kazimierza, a zwłaszcza bystra i widząca szersze skutki tego zdarzenia królowa. Natychmiast uruchomiono machinę propagandową, aby wykorzystać to co się stało do maksimum. To, że niepokonani dotąd Szwedzi zostali po raz pierwszy "powstrzymani", przyczyniło się do poprawy nastrojów wśród istniejących i potencjalnych nieprzyjaciół najeźdźców szwedzkich. Ważniesze było jednak to, że tego typu zdarzenia dały wrogom Karola Gustawa w Polsce oręż w postaci twierdzeń, iż prowadzi on w Polsce wojnę religijną, co nie było prawdą, a co wkrótce prawdą się stało. I jeszcze jedno sprostowanie pokutującego w Polsce popularnego zwrotu/przysłowia. To nie była obrona Częstochowy, Częstochowa nie był oblegana przez Szwedów bo rajcy miasta uznali zwierzchność Karola Gustawa! 

czwartek, 22 grudnia 2011

Inspiracje - Zdzisław Beksiński, gość co malował swoje sny...

"Malować śmierć, żeby choć na chwilę o niej zapomnieć".
Z.Beksiński

Zdzisław Beksiński (ur. 24 lutego 1929 w Sanoku) - znakomity, współczesny polski malarz, rysownik, rzeźbiarz, fotografik i artysta posługujący się grafiką komputerową. W 1952 roku ukończył wydział architektury na Politechnice Krakowskiej. Niewątpliwie był jednym z najwybitniejszych polskich malarzy współczesnych, i jednym z uznanych na świecie malarzy podejmujących temat śmierci i marności (vanitas). Zginął zamordowany w swym mieszkaniu 21 lutego 2005 roku w Warszawie. W jego bardzo charakterystycznym malarstwie uzewnętrzniła się niezwykła siła wyobraźni. Do własnej formy wypowiedzi, stworzenia warsztatu artystycznego, Beksiński dochodził żmudną, zupełnie samotną pracą bez korekt profesorów i kolegów. Malarz otwierał się na podświadomość, nie bojąc się tego, co w niej znajdzie i z tych właśnie rysunkowych doświadczeń zaczęło się kształtować jego malarstwo "okresu fantastycznego". Utrwaliła się też wtedy technika, której artysta pozostał do końca wierny - malarstwo olejne na płycie pilśniowej. Wykorzystując gładką stronę płyty pilśniowej malował w taki sposób, aby zatrzeć wszelkie ślady pędzla i utajnić cały proces malarski. Obraz miał się stać lustrzanym odbiciem wewnętrznej wizji a patrząc nań miało się całkowicie zapomnieć o technice malowania i o samej " malarskości" dzieła. Mówił wówczas: "pragnę malować tak, jakbym fotografował marzenia i sny. Jest to więc z pozoru realna rzeczywistość, która jednak zawiera ogromną ilość fantastycznych szczegółów. Być może u innych ludzi sen i wyobraźnia działają w odmienny sposób u mnie zawsze są to obrazy z reguły realistyczne, jeśli idzie o światłocień i perspektywę". Pokazując tego typu malarstwo w Warszawie w 1972 roku, podzielił odbiorców na zagorzałych wrogów, uważających to, co robi za rzeczywistość pozaartystyczną czy wręcz za kicz, oraz na gorących wielbicieli uznających jego twórczość za najciekawsze objawienie sztuki współczesnej. Dokonał też rzeczy niespotykanej: wzbudził zainteresowanie masowego odbiorcy, dość przecież obojętnego na wszelkie sprawy sztuki najnowszej. Trudno tak naprawdę opisać jego styl malarski. Spotkałem się z określeniami, że jest to symbolizm, albo surrealizm ekspresjonistyczny (bez względu na to co to wyrażenie znaczy) albo abstrakcjonizm. Zdzisław Beksiński był człowiekiem bardzo skromnym. I wbrew temu co mówią Jego obrazy - bardzo kochał życie. Takie, jakie sobie zorganizował. Po śmierci żony i syna wiedział, że już nic gorszego nie może go spotkać - "Teraz moge już tylko żyć"- mawiał. Kiedyś powiedział też, "Chcę być taki sam jak wszyscy i mam to głęboko zakodowane. (...) Bo należę do ludzi, którzy nie chcą być rozpoznawalni". Był i chyba na zawsze pozostanie obywatelem Sanoka, pięknego miasta na południu Polski. Jego imieniem zostało nazwane nowe rondo, zaraz przy wjeździe do tego miasta. To Sanokowi przekazał wszystkie swoje dzieła i cały dorobek swojego życia. Popatrzmy zatem na małą próbkę jego twórczości. Jest naprawdę niezwykła.










Jedno jest pewne. Nikt nie może przejść obojętnie obok tych obrazów. Są szokujące, fascynujące, okropne i piękne zarazem. Jaka szkoda, że już nic nam nie da nowego...
Źródło: Polscy-Malarze.pl, www.twojebieszczady.pl

środa, 21 grudnia 2011

Prawdziwa cnota krytyki się nie boi. Znów trochę o handlu obrazami.

Przed świętami, trochę do poczytania. Przedstawię więc tylko dwie ciekawostki, jakie wyłowiłem z portalu aukcyjnego HERITAGE AUCTIONS. Pierwsza, to bardzo nastrojowy obraz z nocnym pejzażem, pochodzący z majątku dr Edmunda P. Pillsbury, autorstwa Catherine Murphy (amerykanki, ur. 1946) pod tytułem "Night Scene" , 1973 Olej na płótnie (63,5 x 76,2 cm). Cena sprzedaży obrazu: 3,346 dolarów, aukcja zakończyła się  26 października 2011r.
Obraz jest niezwykły! Malarstwo nocne jest wyjątkowo trudne. Przecież tutaj występuje zupełny brak światła. Trzeba wielkiej wiedzy i wprawy malarskiej, aby podołać zadaniu i oddać rzeczywistość. W tym konkretnym przypadku realizm obrazu jest zbliżony wręcz do fotografii! Chciałbym taki obraz mieć. Jest ładny i intrygujący a cena, moim zdaniem jest jednak niedoszacowana. Chociaż, zazwyczaj zależy ona najczęściej od popytu.

I dla odmiany drugie płótno, autorstwa amerykańskiego Włocha, Jeana Calogero (1922-2001) pod tytułem "Le Jeune Carnavalist, circa 1960r. Olej na płótnie, (54.6 x 38.1 cm). Sprzedany za ... 14 dolarów, czyli coś około 47 złotych według dzisiejszego kursu. A więc w naszym zasięgu finansowym.
Przedstawia laleczkę ubraną w strój karnawałowy. W tle bukiet pięknych bratków. Coś w naszym stylu. Trochę kiczu, trochę nastroju, dużo kolorów. W sumie malarstwo otpustowe, i fajnie, bo obrazy malują przecież nie tylko Chełmońscy czy Rembranci, ale i zwykli, kochający sztukę ludzie. Tak więc nie upadajmy na duchu. Nasze obrazy są chyba nawet trochę lepsze od tego, a przynajmniej napewno trochę droższe. Więc mamy jednak szansę zaistnieć na aukcjach. Dlatego do pędzli towarzysze, do pędzli...

sobota, 17 grudnia 2011

Co na paletach? - z wizytą u Pana Tadeusza

W ostatni piątek, jak już zapowiadałem, grupa spotkała się u naszego mistrza malarskiego, Tadeusza Gołębia. Niestety u Tadzia zabrakło Jasi, Helenki i ... mnie, ale dołączyła za to do nas Irenka Rakowska. Jak powiedziała Wioleta, Irenka na razie nie wie czy będzie chodzić z nami na zajęcia. Pewnie ma oferty z innych sekcji i nie może się zdecydować. Bardzo żałuję, że nie mogłem osobiście odwiedzić Tadeusza. Moja relacja byłaby pewnie bogatsza w komentarze, złośliwości i takie tam inne przyjemności. Dlatego oprę się na kilku spostrzeżeniach koleżanki Wiolety Nierody. 
Okazuje się, że Tadzia pracownia jest niestety za mała na jego obrazy, bo mistrz maluje same duże obrazy (120x 130-150). Po zdjęciach widać, że bałagan ma niewąski! Ale przecież to tylko nieład artystyczny, bo bałagan wywołał zapewne tłum gości. 
Zaraz po wejściu, rzuca się w oczy ogromny tryptyk z trzema kosmonautami, albo po amerykańsku astronautami. Jaki kapitalny obraz. Szkoda, że nie zdobi jakiegoś miejsca publicznego. 
Ekipa gości usiadła sobie pokornie pod ścianą i w spokoju kontemplowała sztukę...
Zainteresowała mnie opinia Wiolety dotycząca zasadniczego powodu komplementowania przez Tadeusza malarstwa Marysi de Weyher. Według naszej koleżanki Wiolety, Tadziu zawsze wychwala Marysię ponieważ oboje mają prawie taką samą technikę i ich obrazy są do siebie niezwykle podobne. Według mnie, jednak znacząco się różnią. U Tadzia nie widać efektu "El Greco", który dominuje w obrazach Marysi. A tak naprawdę, to prawda jest taka, że Marysia, jako jedyna nie siedziała a robiła za "pomoc szefa". Sami popatrzcie. Stąd u niej chody u Tadzia.
Popatrzmy zatem na obrazy Tadeusza. Nie mnie je oceniać, gdyż jestem całkowitym dyletantem i amatorem w tej materii. Ale muszę przyznać, że przyjemnie się je ogląda. A to w tego typu malarstwie jest już sporym atutem.





To miłe, że w naszym mieście żyje i tworzy taki artysta. Tadeusz, kiedyś, dawno temu, za czasów nieboszczki komuny, ukończył w Gdańsku tamtejszą Akademię Sztuk Pięknych i jest całkowitym profesjonalistą w rzemiośle malarstwa artystycznego. Może i jest trochę małomówny i nieśmiały, lecz kiedy się jego spyta o dowolny temat związany ze sztuką, momentalnie zamienia się w doskonałego gawędziarza. Wiem co mówię. Mam to szczęście, że często korzystałem z jego wiedzy.
Bardzo się cieszę, że nareszcie mogłem zaprezentować na łamach naszego bloga próbkę twórczości wspaniałego kolegi, zdolnego malarza ze Stargardu Szczecińskiego, Tadeusza Gołębia. Tadeusz Gołąb jest opiekunem artystycznym naszej Sekcji Plastycznej UTW w Stargardzie. To dla nasz zaszczyt, mieć obok siebie takiego artystę. 

piątek, 9 grudnia 2011

Co na paletach? - w atmosferze pożegnań...

Dzisiaj zaczęło się od odczytania listu Czesia Szyszki, który zamieściłem wczoraj na naszym blogu. Nie wszyscy dysponują niestety dostępem do internetu. Odczytała go Stasia. I co? Była cisza, skupienie, troska o kolegę i chlipanie Marysi. Tak więc, Czesławie szykuje się wizyta u Ciebie! W przyszły piątek nawiedzi twój matecznik cała nasza zgraja. Szykuj herbatniki i kawę! Trzymaj się! My nie traktujemy tego listu w jakichkolwiek kategoriach pożegnania. My jesteśmy z Tobą! Pamiętaj o tym. Masz tutaj przyjaciół co nie zapominają.
Za to pożegnaliśmy się na circa 3 miesiące, z Helenką Boniecką. Wyjeżdża bidulka na trochę do rodziny w Chicago. Ja nie wiem co ją tam tak ciągnie. Przecież w Ameryce teraz taki kryzys i bieda. Banki upadają. Pogoda do luftu. Niezdrowe jedzenie. Wszyscy mają broń! Same problemy. Ale czekamy z niecierpliwością na rychły powrót naszej nowej koleżanki.
A teraz trochę o naszym malowaniu. Poniżej przedstawię kilka ostatnich prac. Na początek obrazy Krysi Krawczyk. Ten pierwszy to wnusia Helenki. Ładna dziewczynka i obraz równie piękny.


Dalej prace Wiolety Nierody. Ma talent dziewczyna. Urzekające widoki.

Przeurocza Marysia de Weyher namalowała dwie świetne prace. Przyznaję, że kolorystyka jest kapitalna. I styl trochę inny od dotychczasowego, a'la ElGreco.

Helenka Boniecka przy małej pomocy Tadeusza pracowała nad ciekawą sceną rodzajową z pałacem w tle.
Nasza nowa koleżanka Stenia, czyli Stefania Gibaszek, zajęła się portretem wnuczki. Portret w ołówku nie jest łatwym zadaniem. Powodzenia koleżanko.
No i na zakończenie pozostawiłem sobie, moim zdaniem najładniejszy obraz autorstwa Danusi Krzyśków, czyli martwa natura z owocami. Przepyszne. Co prawda nie jest to ostatni widok pracy, bo zdjęcie zrobiłem na początku spotkania, lecz już emanuje dużym profesjonalizmem.
Tak więc było jak zwykle bardzo miło i pracowicie. Pszczółeczki brzęczały i pracowały. Oby tak dalej. Do następnego piątku i spotkania u Czesia.

czwartek, 8 grudnia 2011

Życzenia od naszego Czesława Szyszki

Wczoraj wieczorem znalazłem na naszym blogu wpis, umiejscowiony w komentarzach do wcześniejszego wpisu o autorze z dnia 30 stycznia br., od naszego wspaniałego kolegi malarza Czesława Szyszki. Z racji tego, że wpis ten jest mało widoczny z powodu specyfiki miejsca, pozwoliłem zatem sobie zamieścić jego treść w postaci łatwo widocznej dla wszystkich czytelników naszego bloga. Myślę, że Czesław nie będzie miał nic przeciwko! A oto ten wpis/komentarz.

"Czesław Szyszka; 7 grudnia 2011 17:46
Szanowne Koleżanki, Szanowni Koledzy.
Niespodziewane pogorszenie stanu mojego zdrowia nie pozwoliły mi na dalsze kontynuowanie zajęć w naszej sekcji, a nawet na przyzwoite pożegnanie które zupełnie inaczej sobie wyobrażałem. Czuję się jednak nadal zobowiązany choć tą drogą kilka słów na pożegnanie wyrazić. Zanim jednak przejdę do ostatnich słów pożegnania chciałbym podzielić się z wami swoja uwagą co do naszej działalności a w szczególności do treści pisanego świetnie bloga (co miałem już przyjemność docenić) a mianowicie, że po pobieżnym przeglądzie prezentowanych tam postaci przeważają malarze artyści zagraniczni. Nie ujmując ich dokonań i zasług dla światowej kultury pragnął bym widzieć proporcjonalnie i polskich artystów. Przy tym nie chodzi mi o powielanie opisu, znanych już sławnych postaci jak na przykład Matejko, Kossakowie, Witkacy ale o tych dotąd mniej popularnych medialnie ale wyróżniających się treścią, stylem, techniką i innymi indywidualnościami malarskimi lub życiem osobistym. Surfując po Internecie natknąłem się przypadkowo na interesującą mnie szczególnie postać malarza Zdzisława Beksińskiego urodzonego 24 lutego 1929 roku a zmarłego przez zamordowanie w dniu 21 lutego 2005 roku. W Polsce chyba mało popularny choć chyba artystycznie nieprzeciętny skoro jego prace znalazły się na galeriach wystawowych we Francji, Belgi, Niemczech a nawet Japonii. I tu właśnie ciśnie mi się na usta ludowe porzekadło iż czasem „cudze chwalicie a swego nie znacie”. Sylwetka Zdzisława Beksińskiego jest w ogóle bardzo ciekawa zarówno o jego życiu osobistym jak i o jego twórczości artystycznej. Nie miejsce tu i nie czuję się kompetentnym na szczegółową analizę jego życia i twórczości. Inni zrobią to za mnie lepiej. Bardziej zainteresowanych ta Postacią odsyłam podobnie jak ja to zrobiłem, na odpowiednią stronę internetową. Muszę jednak wyjaśnić o czym wspomniałem wyżej dlaczego Zdzisław Beksiński zainteresował mnie szczególnie. A mianowicie napotkałem fragment że Artysta przez pewien okres malował na podłożu płyty pilśniowej. Ta właśnie informacja znacznie psychicznie mnie podbudowała, wręcz nobilitowała, ponieważ do tej pory wśród malarzy na płótnie czułem się skromnie określając nie typowy, a tu taki profesjonalista i tez posługiwał się takim materiałem. Obiektywnie rzecz biorąc wydaje mi się że mniej istotne dla oceny artysty jest to na czym maluję ale bardziej ważne i cenne jest to co i jak pięknie artystycznie kończy swoje dzieło. To tyle dygresji w zasadniczym celu mojego pożegnalnego listu, przy czym pragnął bym abyśmy o sobie długo pamiętali, chociaż jak podpowiada doświadczenie ludowe jest wiele czynników utrwalających pamięć o danej osobie ale najważniejsze są dwa, a mianowicie: jeśli wyświadczyłeś bliźniemu niezapomnianą przysługę, a jeszcze bardziej trwałym czynnikiem pamięci jest: jeśli wyrządziłeś komuś niezapomnianą krzywdę. Myślę że w naszych dotychczasowych kontaktach tak skrajnych czynników zapamiętywania nie było, co wcale nie oznacza abyśmy szybko o sobie zapomnieli. Ja z mojej strony na długo wspominał będę nasze spotkania, poszczególne osoby, nadal przez media śledził będę waszą pracę i sukcesy czego Wam z całego serca życzę. Nie wymagam natomiast w tym względzie (jeśli chodzi o pamięć) od Was, ponieważ w pełni zdaję sobie sprawę że w okresie pełnej aktywności człowiek żyje przyszłością, planami na dalszą lub bliższą przyszłość a nie przeszłością. O przeszłości wspomina się tylko wtedy, kiedy jest potrzeba sięgnąć po jakieś doświadczenie lub przy okazji. Może właśnie ten niniejszy list pożegnalny stanie się okazją do wzajemnych wspomnień. 
A więc Szanowne Koleżanki i Szanowni Koledzy: 
ŻEGNAM WAS MILE I SERDECZNIE 
Nie powiem „do widzenia” ponieważ przy moim obecnym stanie zdrowia fizyczne widzenie jest na razie niemal nie realne.
Czesław Szyszka


Czesław Szyszka; 7 grudnia 2011 18:02
Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkim, miłych rodzinnych spotkań przy suto zastawionych stołach, a z okazji zbliżającego się Nowego 2012 roku, życzę dużo powodzenia w życiu osobistym oraz wielu sukcesów w pracach artystycznych a przede wszystkim dużo, dużo zdrowia.
Czesław Szyszka"

Jaki miły i wzruszający tekst Czesława. Bardzo Ci dziękuję drogi kolego. Mam wielką nadzieję, że jeszcze się na pewno spotkamy, że zdrówko naszego wspaniałego nestora poprawi się na tyle, że nawiedzi On nasze co piątkowe warsztaty malarskie, że będziemy mogli dalej podziwiać Jego wspaniałe obrazy. A co do mistrza Beksińskiego to solennie obiecuję przygotować specjalny, świąteczny wpis na naszym blogu o tym wielkim polskim malarzu. Dziękuję Ci za życzenia świąteczne i je serdecznie odwzajemniam w imieniu swoim oraz wszystkich koleżanek i kolegów z Sekcji Plastycznej Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Stargardzie Szczecińskim. Poniżej zaprezentuję jeden z obrazów mistrza Beksińskiego.
Wszystkiego najlepszego Czesławie. Zdrowych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Ciągle o Tobie pamiętamy i szczerze podziwiamy.

wtorek, 6 grudnia 2011

Filozofia domowa - Nie chcemy Budapesztu w Warszawie...

Pewien prezes dziwnej partii na Pi..., wyraził nie tak dawno przekonanie, żeby w Polsce było jak na Węgrzech, a ściślej tak jak w Budapeszcie. Piszę teraz o tym, ponieważ na Facebook-u aż roi się od wszelkich kpin z pana prezesa, z powodu tej wypowiedzi. Mają one miejsce na wątku Facebooka, zatytułowanym "Nie chcemy Budapesztu w Warszawie". I trudno się z szanownymi internautami nie zgodzić. Ostatnio media donosiły, że w stolicy Węgier były jakieś rozruchy, czy coś podobnego. Kryzys tam jak cholera, drożyzna, cenzura i inne zapewne miłe prezesowi partii na Pi... ciekawostki. 
Ja natomiast chciałbym sprowadzić ten wątek do tego co bratankowie mają najlepszego. "Chcemy Węgierek w Warszawie" i proszę nie mylić ich ze smacznymi śliwkami.
A o jakie Węgierki chodzi? A o takie, jakie maluje świetny artysta z Węgier o bardzo apetycznym nazwisku, czyli Laszlo Gulyas (ur. 1960r.). Poszukajcie w sieci. Jest na co popatrzeć!
Więc jeżeli już, to chcemy tylko takiego Budapesztu w Warszawie! a nie takiego o jakim mówi Pan prezesik.

piątek, 2 grudnia 2011

Co na paletach? - ale jazda, tyle obrazów...

Dzisiaj było jak w ulu. I tłumnie, i gwarnie. Malowało się świetnie. Kawały leciały, aż ze śmiechu co niektórym sadełko się trzęsło. Atmosfera wewnątrz, marzenie. Na zewnątrz, do luftu. Bo padało. Ciśnienie co niektórym spadło, chyba aż do kostek! Na ratunek była kawa i ... kawały. Efekt dnia był całkiem imponujący. Popatrzmy sobie na pracownię i pszczółeczki przy sztalugach.



A teraz dwa łyki, krytyki. Wioleta Nieroda była jak zawsze, gadatliwa, bardzo skupiona i niezwykle twórcza. Ale obrazy miała naprawdę piękne. Bardzo nastrojowe, utrzymane w klimatach angielskich, jak sama mówi.

Z kolei Danusia Krzyśków podjęła się sportretowania ukochanej wnusi. No, no. Chyba powstanie naprawdę udane dzieło, bo modelka prześliczna a jej wizerunek jest już naprawdę udany. Ma kobieta talent, że ho, ho. Jak ona świetnie czuje kolory! Natomiast martwa natura na motywie kwiatów Renoira, już jest prawie ukończona. Efekt fantastyczny! Popatrzcie sami.

Kolejna dama muzy malarskiej, Marysia de Weyher, od dziś będzie nosiła przydomek El Greco, albowiem stwierdzono, że posługuje się podobnymi jak wielki hiszpan technikami i sztuczkami. Jej obrazy charakteryzuje podobna jak u dawnego mistrza, maniera kładzenia światłocieni i bieli. Te obrazy lśnią, dziwną poświatą! Malarka zakończyła okres malowania brązami, a rozpoczęła błękitami.

Natomiast nasza nowa koleżanka malarka z importu, bo z samego Chicago, Helenka Boniecka, ciągle eksperymentuje i rzeczywiście wykazuje wielkie serce do sztuki pędzlowania. To miłe jak widzi się jej niesamowitą radość z tworzenia. A wydajność ma rzeczywiście nie małą. Chyba będą z niej ludzie. I fajnie.


Wreszcie zaprezentuję najnowszy nabytek w naszej sekcji malarskiej, koleżankę Stenię z Choszczna. Przepraszam ją bardzo, za ten przydomek, odpowiedni raczej do czasów średniowiecznych, ale na zabój zapomniałem zapytać się jej o nazwisko. Chyba muszę rozpocząć odchudzanie! Stenia zajmowała się rysowaniem. Temat podjęła bardzo trudny, bo portret! Trzymam kciuki za jej dalsze kroki w krainie malarstwa.

Uwaga na Jasię Wołoszańską. Talent co się patrzy. Jej pejzaż ze strumieniem jest naprawdę imponujący. Oby tylko nie przegięła w poprawkach, poprawek. Bo już zrobiła świetną pracę.
Nasza wunderwaffe, Krysia Krawczyk pokazała wszystkim co to znaczy szybkie malarstwo! Przyszła ostatnia i chyba pierwsza ukończyła obraz. A trzeba przyznać, że temat podjęła ... niełatwy przecież. Apetyczna laska ze zmysłowymi ustami. Tak. To jest to, co misie lubią najbardziej. Sam miodzik. Hmmm... Można tylko pomarzyć...

A na koniec pani szefowa, Stasia Gugałka i jej ukochana architektura. Ma ona rzeczywiście do tego zapał i talent. Temat bardzo romantyczny, chyba włoski. Stasia ma chyba jakiś sklep z obrazami, bo robi tych obrazków ... jak na zamówienie.

A na koniec, końca wyróżnię jeszcze naszą najcichszą - inaczej, przeuroczą Marysię. Ten wulkan energii jest najbardziej niezbędnym elementem naszej sekcji malarskiej. Cieszę się, że mam przyjemność wykonywać swoje hobby w jej towarzystwie. 
Ach. Z tego wszystkiego, zapomniałem cokolwiek napisać o nas, mężczyznach. Jedyne rodzynki w tym zacnym towarzystwie dam, czyli Tadeusz i ja, nie zostali uwiecznieni na fotografiach. I tylko z dziennikarskiego obowiązku zaznaczam więc naszą obecność. Może innym razem będzie lepiej. Pozdrawiam. Do następnego piątku.

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.