poniedziałek, 22 marca 2010

Rozważania na temat malarstwa - piękna Lady Agnew

Dzisiaj, coś z mało znanego i niedocenianego, niestety, malarstwa amerykańskiego. Żył sobie kiedyś pewien amerykański malarz John Singer Sargent (1856-1925). Krytycy uważają go za naprawdę wielkiego artystę. Największe sukcesy odnosił jako portrecista, chociaż malował również pejzaże a nawet dekoracje ścienne. Urodził się we Florencji w rodzinie amerykańskiej. Studiował we Florencji i Paryżu, a około 1885 roku, osiedlił się w Londynie. Poniżej jego autoportret z 1906 roku.
  
Na jego bogatą twórczość duży wpływ mieli przede wszystkim impresjoniści. Był bardzo cenionym portrecistą ludzi z tzw. towarzystwa, a że miał poczucie humoru, bynajmniej nie schlebiał im specjalnie w swoich dziełach. Pozostawił po sobie ok. 900 obrazów olejnych, 2.000 akwarel oraz wiele szkiców węglem i ołówkiem. Jego prace nadal się cieszą popularnością i osiągają niesamowicie wysokie ceny na aukcjach. Np. w grudniu 2004 obraz Group with Parasols został sprzedany za cenę 23.5 miliona dolarów. Prace Sargenta są tak piękne i niesamowite, że pozostają wspaniałą inspiracją dla wielu współczesnych malarzy amerykańskich i europejskich, że wymienię chociażby kilku moich ulubionych artystów takich jak Jeremy Lipking, Scott Burrdick, Susan Lyon czy Anders Zorn, których mam nadzieję przedstawić w przyszłych wpisach na naszym blogu, albowiem ich dokonania również zasługują na uwagę. Ogromne bogactwo tworczości malarskiej Johna Singer Sargenta jest tak imponujące, że ze względu na ograniczone łamy naszego bloga nie zasługuje ono tylko na jego "muśnięcie" w postaci omówienia kilku czy nawet kilkunastu prac. W tym miejscu namawiam jednak do samodzielnego przeglądnięcia wielu świetnych źródeł w internecie, a proponuję zacząć od jednego z najciekawszych tj. portalu Art Renewal Art. Naprawdę warto. Twórczość Sargenta zainspirowała tak wielu malarzy, że mam nadzieję, może i Was też natchnie. 
Pozwolę sobie za to zaprezentować jeden z jego najsłynniejszych obrazów tj. "portret Lady Agnew z Lochnaw" z 1892 roku, który przedstawia piękną, dojrzałą, soczystej urody damę, która, jeśli dobrze Ją zidentyfikowałem, miała już wówczas ... aż sześcioro dzieci !
 
Lady Agnew a właściwie Mary Alma Victoria Agnew (1854-1923), była córką sir Andrew Agnewa of Lochnaw, 8. baroneta, i lady Mary Noel, córki 1. hrabiego Gainsborough. W dniu 19 sierpnia 1875 r. poślubiła Lorda Arthura Fitzgeralda Kinnairda (1847-1923), brytyjskiego arystokratę, ... piłkarza i działacza sportowego, który z kolei był synem Arthura Kinnairda, 10. lorda Kinnaird i Mary Hoare, córki Williama Hoare'a. Uff... Trochę skomplikowane, ale oni się w tym jednak musieli jakoś połapać. Sponsor obrazu, tj. Lord Kinnard zasłynął m.in. z tego, że w 1865 r. założył klub sportowy Old Etonians FC, w którym grali absolwenci prestiżowego Eton College. Razem z tym klubem dwukrotnie zdobył Puchar Anglii w piłce nożnej, w 1879 i 1882 r. Lord, wsławił się też tym, że strzelił pierwszego odnotowanego gola samobójczego. Ten gol został co prawda zapisany zawodnikowi z drużyny jego rywali z Oksfordu i niektórzy podejrzewają (aczkolwiek nie ma na to żadnych dowodów), że Lord użył swojego wpływu na członków Związku Piłkarskiego (Football Association, FA), aby zatuszować ten niechlubny wyczyn. Dla uzupełnienia jeszcze podam, że Lord Arthur i Lady Mary mieli razem aż pięciu synów i dwie córki a dwóch ich synów poległo w I Wojnie Światowej. Natomiast słynny obraz z Lady Agnew ozdabia dzisiaj ścianę Szkockiej Galerii Narodowej w Edynburgu. Przyjemnego studiowania obrazu. 

niedziela, 21 marca 2010

Co na paletach ?

W piątek 19 marca była wspaniała frekwencja. Przyszli prawie wszyscy, ale za to jaka była okazja. Imieniny naszego lidera - Józefa Wollek. Więc tak jak ostatnio, najpierw odbyliśmy przemiłą uroczystość imieninową z pełną rozpustą ze słodkościami a potem ... zamiarem dalszej pracy przy sztalugach. Józef był troszeczkę skrępowany pełnioną rolą ale z godnością pełnił honory gospodarza. Ciacha, czekoladki, kawa, herbatka i ... jakiś sfermentowany, czerwony sok, tak nam dogodziły, że niewielu potem chciało się chwytać za pędzle.
 
Po zwyczajowych życzeniach, przyszedł czas na pogaduszki i przechwalanie się przyniesionymi, nowymi pracami. Licytację rozpoczęła Krysia Krawczyk przedstawiając swoje urocze żółte tulipany w wazonie,
ale przebiła ją chyba Wioletka Nieroda prezentując aż dwa obrazy, zimowy pejzaż górski oraz plażę z latarnią morską. Zwłaszcza ten pierwszy obraz zrobił na wszystkich wielkie wrażenie. Jest przepiękny. Gratulacje dla autora. A drugi ... gdzieś już ten motyw widziałem... Plaża już była u koleżanki Wiolety na sztalugach.
Oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie zmajstrowała nowego obrazu nasza prześwietna malarka Marysia Donart. A jej bukiet z makami jest imponujący. Kwiaty wyglądają jak żywe. Jeszcze tylko kilka pociągnięć pędzla na wazonie i obraz będzie nadawał się do oprawy.  
Znowu zaskoczył nas swoimi pomysłami Czesław Szyszka. On jest nie do zdarcia. Tym razem przyniósł nowy obraz z hipnotyczną kalią ... albo storczykiem. Przepraszam za moją ewentualną omyłkę. Ale ja rozpoznaję najlepiej róże. Trzeba przyznać, że formę to gość ma. Nagle odszedł od pejzaży i machnął przepiękny kwiat. Tylko pozazdrościć inwencji i pracowitości.
I tak chyba tylko dla przykrywki, bo prawie wszyscy balowali, jedynie Stasia Gugałka próbowała rozpocząć malowanie. W końcu szefostwo UTW zobaczy, że zamiast zajęć plastycznych odbywają się zajęcia gastronomiczne, więc Stasia rozłożyła sztalugi i w skupieniu, przez 4 minuty i 35 sekund myślała nad nowym obrazem.
A potem było ... baaardzo przyjemnie.
Nara ... do przyszłego piątku. Podobno nie będzie imienin i wreszcie zacznie się malowanie.


poniedziałek, 15 marca 2010

Rozważania na temat malarstwa - 200 lat Fryderyka

Kilkanaście dni temu, minęła nam jubileuszowa, dwóchsetna rocznica urodzin, naszego wielkiego mistrza, kompozytora, Fryderyka Franciszka Chopina (ur. 22 lutego lub 1 marca 1810r. w Żelazowej Woli, zm. 17 października 1849 w Paryżu). Myślę, że kto jak kto, ale nasz wielki mistrz zasługuje na wspomnienie i wpis, na naszym blogu. Niestety, za dużo portretów z wizerunkiem Fryderyka Chopina nie ma. Zachowały się pojedyncze fotografie, maska pośmiertna, ale portretów jest bardzo mało. Najsłynniejszym jest obraz Chopina wykonany ok. 1838 przez Eugène'a Delacroix, wielkiego malarza francuskiego, protegowanego samego księcia Maurycego de Talleyranda, obecnie znajdujący się w zbiorach paryskiego Luwru. Znamy jeszcze portret olejny wykonany przez Antoniego Kolberga z 1848 roku czy jego reprodukcję, autorstwa Leopolda Binentala, namalowaną w 120 rocznicę urodzin mistrza.
Wikipedia podaje, że portret namalowany przez Delacroix, jest częścią nigdy nieukończonego obrazu "Chopin i George Sand", który w XIX wieku został...rozcięty. Drugi fragment, przedstawiający George Sand, znajduje się w zbiorach Ordrupgaard-Museum w Kopenhadze.
Jest to zapewne najbardziej znany portret Fryderyka Chopina. Dokładna data oraz okoliczności powstania podwójnego portretu Sand i Chopina nie są znane. Do śmierci malarza płótno pozostawało w jego pracowni, po czym przeszło w ręce rodziny Duttileux. W 2. połowie XIX wieku (dokładna data nie jest znana) przedstawienia George Sand i Chopina zostały z obrazu wycięte, a następnie sprzedane. Właścicielem portretu Chopina był pianista Auguste-François Marmontela, którego syn Antonin przekazał dzieło Luwrowi w 1907. Po wycięciu z całości kompozycji, wizerunek Chopina sprawia wrażenie samodzielnego portretu, skupiającego na sobie całą uwagę widza. Pianista ukazany jest w trzech czwartych, na ciemnym tle, w ciemnym ubraniu i z zaczesanymi do tyłu bujnymi włosami. Widoczne są ślady pędzla (dzieło jest nieukończone). W zbiorach Luwru zachował się ogólny szkic do obrazu, z którego wynika, iż pierwotnie postać Sand znajdowała się z lewej strony, a Chopina z prawej, przy fortepianie.
Sand słucha gry Chopina z półprzymkniętymi oczami i skrzyżowanymi rękami, jedną dłonią wybijając rytm. Dokładna data pierwszego spotkania Chopina i Delacroix nie jest znana, ale przypuszczalnie miało ono miejsce w 2. połowie lat 30. XIX wieku. Pierwszy dowód tej przyjaźni – albo przynajmniej znajomości – pochodzi z korespondencji z 1838, w której Chopin zwrócił się do Delacroix z prośbą o przechowanie jego fortepianu. Pierwsza wzmianka na temat polskiego kompozytora w dzienniku Delacroix pojawiła się później, 28 stycznia 1847, z okazji obiadu u znajomej George Sand, Madame Marliani. Między Chopinem i Delacroix nawiązała się przyjaźń, oceniana przez współczesnych badaczy jako "najszczersza". Delacroix miał być jednym z niewielu prawdziwych przyjaciół Chopina. Malarz interesował się muzyką (w dzieciństwie uczył się gry na skrzypcach); nie jest jednak pewne, czy kompozytor interesował się sztuką. Jak wynika z zapisku Sand (którego prawdziwość jest współcześnie kwestionowana), Chopin kompletnie nie znał się na malarstwie czy rzeźbie. W 1842 George Sand zaprosiła swoich znajomych, w tym Chopina i Delacroix, a także np. Ferenca Liszta, do swojej posiadłości w Nohant. Z tego okresu pochodzą dwa listy do Perreta, w których Delacroix wzmiankował Chopina. W liście z 22 czerwca Delacroix pisał: Widziałem się sam na sam z Chopinem, którego bardzo kocham, a który jest człowiekiem rzadkiej dystynkcji; to najprawdziwszy artysta, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Jest jednym z tych niewielu, których można podziwiać i czcić.
Hipotetyczna współczesna rekonstrukcja obrazu mogła wyglądać jak poniżej:
Przyjaźń obu artystów trwała do końca życia Chopina, aczkolwiek Delacroix nie był obecny przy jego śmierci, gdyż przebywał wówczas poza Paryżem. Na jego pogrzebie niósł wraz z Aleksandrem Czartoryskim, Augustem Franchomme'em i Gutmannem końce całunu. Malarz stanął na czele komitetu budowy pomnika Chopina, odsłoniętego w 1850 na cmentarzu Père-Lachaise, obecnie, najczęściej odwiedzanego miejsca na całym cmentarzu !

Co na paletach ?

Kolejny tydzień za nami. Prawdę mówiąc, to od kilku już dni, nie mam żadnej weny do pisania. Uświadomiłem sobie, że bloga tego piszę w zasadzie tylko dla siebie i może dwóch czy trzech innych osób. Nie chcę tutaj specjalnie marudzić, ani lekceważyć tych nielicznych czytelników, ale po tej ... kakofonii wpisów komentarzy, jakie pojawiają się na blogu, czy ostatnich uwagach kilku czytelników, że zbyt dużo piszę, a wpisy są zbyt długie (więc chyba pomyślę nad audio blogiem i już zaczynam wypróbowywać program "Expresivvo" tj. komputerowego lektora dla czytelniczych leni)  naszła mnie myśl o zmniejszeniu swojej aktywności i rozmiarów treści moich wpisów. Więc bez obrazy, bo ja się naprawdę na nikogo nie gniewam, pójdę za głosem ludu i zmienię jednak formę naszej tablicy informacyjnej.
A więc... Ad Rem. 13 marca. Jak dla mnie bynajmniej nie jest to dzień pechowy. Sam urodziłem się trzynastego dnia miesiąca. Najpierw odbyliśmy przemiłą uroczystość imieninową naszej przesympatycznej koleżanki Krysi Krawczyk. A jaki przepyszny tort przyniosła. Że o innych specjałach nie wspomnę.

Z tej m.in. racji zwolniliśmy Ją z przyjemnego obowiązku malowania i oddaliśmy się wspólnej, oczywiście kulinarnej rozpuście. A potem było jak zwykle. A więc, Marysia Donart, Stasia Gugałka, Wioletka Nieroda, bardzo intensywnie pracowały przy swoich płótnach. Kontynuowały swoje przed tygodniowe prace. Kilka osób kontemplowało. Wśród nich byłem Ja. A kolega Wollek, doprawiał to wszystko swoim nieskończonym humorem. Jak to dobrze, że jest wśród nas.  I było jak zwykle ... bardzo przyjemnie i miło. To była, jak zawsze, bardzo oczekiwana przez wszystkich chwila naszego spotkania. Poniżej kilka zdjęć ze spotkania.
To na razie na tyle. Do przyszłego tygodnia.

środa, 10 marca 2010

Rozważania na temat malarstwa: malarstwo historyczne - cz.2

W drugiej części tego wątku, zgodnie z zapowiedzią, przedstawię kilka przykładów malarstwa historycznego zagranicznego. Wybór obrazów historycznych jest w tym przypadku naprawdę imponujący i trudno zastosować tutaj jakiekolwiek kryterium obiektywnego doboru przykładów. Dzisiaj zastosuję kryterium geograficzno-sensacyjne i przedstawię obrazy z czterech odległych od siebie rejonów Europy. 
Na początek Hiszpania. Obraz "Przemiana księcia Gandii". Przedstawia scenę z 1547 roku, kiedy to hiszpański książę Gandii, Franciszek Borgiasz, zwany świętym, przewoził zwłoki cesarzowej Izabelli Portugalskiej do miejsca jej pochówku w Granadzie, gdzie się kiedyś urodziła. Mówi się, że kiedy książę, zobaczył zmarłą cesarzową, kiedyś tak piękną i uroczą, sam zdecydował się potem zostać mnichem. Święty Franciszek Borgiasz (1510-1572), był trzecim generałem zakonu jezuitów i jedną z kluczowych postaci kontrreformacji. Urodził się w Gandii koło Walencji. Należał do jednej z najznakomitszych rodzin Hiszpanii. Jego ojcem był Juan Borgia, książę Gandii, a matką Juana Aragońska. Był prawnukiem papieża Aleksandra VI i wnukiem króla Hiszpanii Ferdynanda II Katolickiego, z nieprawego łoża. W młodości otrzymał bardzo dobre wykształcenie, a następnie służył na dworze Karola V Habsburga. Ożenił się wtedy z Eleanor de Castro Melo e Menezes i doczekał się z nią aż ośmiorga dzieci. W latach 1539-1543 pełnił urząd wicekróla Katalonii. Tuż po śmierci w 1546 jego żony, zasłynął z tego, że sprowadził ciało cesarzowej Izabeli Portugalskiej z Toledo do Grenady, która zmarła w 1539 r., podczas porodu swojego siódmego dziecka. Podobno kiedy zobaczył zmiany, jakie poczyniła śmierć na twarzy pięknej cesarzowej, (za żadne skarby nie mogłem znaleźć czy wyładniała lub nie) zdecydował się on już nigdy więcej nie służyć "pani śmierci" i wtedy wstąpił do nowo powstałego zakonu jezuitów. Obraz "Przemiana księcia Gandii" (z 1884 roku) jest autorstwa słynnego hiszpańskiego malarza Jose Moreno Carbonero (1858-1942). Jak widać, jest to perfekcyjnie wykonany melodramat z pustką wokół księcia (w centrum), bo prawdopodobnie ... pachniało wtedy jak cholera, co widać po reakcji gościa trzymającego wieko trumny, natomiast całe światło koncentruje się po prawej stronie obrazu, na trumnie z martwym ciałem cesarzowej. Ciekawy jest również fakt, że główny bohater obrazu wywodzi się ze słynnego rodu Borgiów, wpływowego w okresie renesansu rodu hiszpańsko-włoskiego - prekursorów politycznej wojny chemicznej, a jedną z jego prababek była słynna Lukrecja Borgia.
Drugi z wybranych obrazów to "Iwan IV Groźny i jego syn" namalowany w 1885 roku przez  genialnego, rosyjskiego malarza realistycznego Ilję Jefimowicza Repina (1844-1930). Ilja Repin przedstawił tutaj cara Iwana Groźnego, jak w ataku wściekłości, zabił swego jedynego syna powodując, koniec ery Rurykowiczów. Miało to miejsce w czasie, kiedy Iwan Groźny (1530-1584) był już stary (w 1581r.) a jego polityka zagraniczna  jak i  wiele z jego reform wewnętrznych, zakończyły się niepowodzeniem. On sam widział się otoczony przez  samych zdrajców. Repin nie koncentrował się tutaj na potężnym władcy, a pokazuje on szalonego człowieka, który stał się ofiarą jego niekontrolowanego temperamentu. Ukazuje okrutnego człowieka trzymającego swoje złamane marzenia. Iwan IV Groźny, doprowadził swoją represyjną polityką do politycznego i gospodarczego kryzysu państwa. W 1565 r. wprowadził "opryczninę", czyli carską policję,  prekursorkę NKWD i KGB, odpowiedzialną za liczne masakry ludności i rabunki; skąd my to znamy; odwołał ją w 1572 r. widząc, że wymknęła mu się spod kontroli. Rezultatem opryczniny była śmierć ok. 100 tys. ludzi. Do jego niewątpliwych zasług należą: reforma armii na wzór zachodni i utworzenie zbioru praw, tzw. Carskiego Sudiebnika. Zmarł w 1584 r., podobno podczas rozgrywania partii szachów, co zostało rzekomo udokumentowane przez przebywającego wówczas w Moskwie posła angielskiego. 
Kolejny obraz to  " Hougomont 1815" (z 1903 roku), który został namalowany przez szkockiego malarza batalistycznego, Roberta Gibba (1845-1932). Malarz przedstawił tutaj ważny epizod z ciężkich walk jakie miały miejsce przy bramie wjazdowej do zameczku Hougomont,  podczas bitwy pod Waterloo. Jak większość wie chyba ze szkoły, bitwa pod Waterloo odbyła się 18 czerwca 1815 roku i była ostatnią bitwą Napoleona Bonaparte. Na samym początku bitwy, gdzieś około czwartej, sytuacja armii angielskiej była na tyle poważna, że głównodowodzący sił koalicyjnych, książę Wellington miał w tej bitwie jeszcze tylko dwa główne punkty oparcia: Hougomont i Haye-Sainte; Hougomont właśnie płonęło, lecz trzymało się jeszcze, natomiast Haye-Sainte  wkrótce padło. Z niemieckiego batalionu, który bronił tej pozycji, pozostało tylko czterdziestu dwóch ludzi; wszyscy oficerowie, z wyjątkiem pięciu, polegli lub dostali się do niewoli. Aż trzy tysiące ludzi wyrzynało się wzajemnie w tym miejscu. Podobno, pewien sierżant gwardii angielskiej, najlepszy pięściarz Anglii, którego, zdaniem jego towarzyszy, nie imały się kule, zginął tam z rąk małego francuskiego dobosza. Później, francuski Gen. Reille podjął nową próbę zdobycia Hougomont jeszcze w czasie, gdy Anglicy i Francuzi zbierali po wschodniej stronie szosy brukselskiej rozbite po szarży ciężkich brygad swoje oddziały. Do ataku  poszły wszystkie trzy dywizje II korpusu: dywizje Hieronima i Foya, które uderzyły na zameczek Hougomont, a dywizja Bachelu miała przeprowadzić odciążający atak na farmę La Haye Sainte. Ale na szczęście dla angoli, próba zdobycia Hougomont nie powiodła się. Krwawe walki toczono o każdy metr terenu, o każde drzewo, krzak czy płot, aż w końcu wyparto Francuzów na skraj lasu. Jatka jakich było wiele. A obraz... do klubu bilardowego na ścianę. 
Na zakończenie, przedstawię jeszcze obraz o historii, jak się biją dwa psy, co naszą ukochaną Polskę chciały sponiewierać. Oczywiście poza Mazepą. Jest to obraz przedstawiający Karola XII króla Szwecji ze swoim sojusznikiem, hetmanem ukraińskich kozaków Mazepą, tuż po bitwie pod Połtawą. Obraz namalował w 1880 roku, szwedzki malarz Gustaw Cederström (1845-1933). Mazepa, pokazuje tutaj pokonanemu i rannemu królowi, kierunek na południe, na Turcję, gdzie trzeba szukać nowych sojuszników przeciwko carowi Piotrowi I. Namalowana historia dotyczy konfliktu Szwecji z Rosją, kiedy to główna armia szwedzka, licząca nieco ponad 30 tysięcy żołnierzy miała przedrzeć się przez Litwę i kierować w stronę Moskwy. W tym samym czasie korpus generała Adama Ludwika Lewenhaupta, głównodowodzącego wojsk szwedzkich w Kurlandii, miał zbierać zaopatrzenie i w odpowiednim momencie dołączyć do Karola. Szwedzi maszerując przez pogranicze litewsko-mazowieckie, zbagatelizowali zagrożenie ze strony rdzennej ludności, Kurpiów, którzy stosując partyzancką walkę w puszczach Kurpiowszczyzny, zadali poważne straty armii szwedzkiej. Karol XII stracił wówczas ok. 1000 ludzi, kilka tysięcy koni oraz sporą ilość wozów taborowych. Następnie, po porażce z Rosjanami, w 1708 pod Leśną, Szwedzi skierowali się na Ukrainę. Tam połączyli się ze zbuntowanym przeciwko Rosji hetmanem kozackim Iwanem Mazepą. Podczas oblężenia Połtawy, Karol XII odniósł ranę a już po samej klęsce pod Połtawą w 1709 z wojskami Piotra I Wielkiego, uciekł do Turcji gdzie został internowany w Benderach. Namówił wówczas sułtana do ataku na Rosję (1710). Z kolei, po zawarciu pokoju rosyjsko-tureckiego, został on wydalony z Mołdawii w 1713. Przedarł się w przebraniu do Szwecji. Po przystąpieniu kolejnych państw do koalicji anty szwedzkiej Karol XII dalej kontynuował wojnę. Zaatakował należącą do Danii Norwegię. Co za nie wyżyty gość. Zginął w roku 1718 podczas oblężenia twierdzy Fredrikshald w Norwegii. Był on ostatnim władcą absolutnym w Szwecji.
No i narazie to by było na tyle. Jeśli będzie zapotrzebowanie na inne podobne tematy malarskie to czekam na wpisy w komentarzach.

sobota, 6 marca 2010

Co na paletach ?

No i tydzień znowu zleciał... Mając to na uwadze, oraz fakt, że stajemy się ... w miarę upływu czasu coraz bardziej ... niedoskonali, dorzucę trochę nowych wieści z naszych palet oraz nieskończonych sfer umysłów opanowanych przez muzę sztuki. No właśnie, a tak na marginesie; to jakiej muzy należałoby doszukać się w malarstwie ? Czy ktoś to wie ? Jak wiadomo, samo pojęcie muza znaczy - bogini; początkowo była ona jedna i występowała jako opiekunka - muza pamięci; później zrobiły się trzy muzy: od (śpiewu i poezji), (nauki, pracy) i (pamięci, wspomnień). Ale Homerowi było za mało i wykombinował aż dziewięć muz, które opisał jako córki Zeusa i Mnemosyne. Ośrodkiem kultu muz był Parnas i Helikon w Beocji (muzy helikońskie). A były nimi m.in. Kaliope - muza poezji epickiej oraz filozofii i retoryki, przedstawiano ją z tabliczką i rylcem. Klio - muza historii, przedstawiano ją ze zwojem papirusu. Erato – muza poezji miłosnej, przedstawiano ją z kitarą (nie mylić z gitarą). Euterpe – jako szefowa poezji lirycznej, gry na flecie, przedstawiano ją z aulosem czyli zmyślnymi piszczałkami. Melpomene – muza tragedii i śpiewu, przedstawiano ją z maską tragiczną; szczycą się ją aktorzy teatralni. Polihymnia – muza poezji chóralnej i pantomimy, którą przedstawiano jako zawsze głęboko zamyśloną ale bez atrybutu. Talia - nie mylić z Renaultem - muza komedii i przedstawiano ją z maską komiczną. Terpsychora – czyli muza tańca, przedstawiano ją z lirą i plektronem czyli zwyczajną kostką do gry na gitarze i wreszcie Urania – muza astronomii i geometrii, przedstawiano ją z cyrklem i kulą ziemską. I za diabła nie ma tutaj muzy od malowania. W XX wieku, przez analogię do muz greckich, zaczęto mówić, że jest jeszcze dziesiąta muza - to jest muza filmu i kina (w starożytności, chociaż nie mieli TV, miano to przypisywano Safonie, największej, lirycznej poetce greckiej). Urodziła się ona na wyspie Lesbos a od tego właśnie miejsca, czyli wyspy Lesbos pochodzi określenie lesbijka, czyli kobieta orientacji homoseksualnej. Mnie to akurat nie przeszkadza i mógłbym przyjąć Safonę jako muzę artystów od pędzla. Co prawda, pewien malarz francuski Édouard Henri Avril namalował jej piękny obraz, którego treść nawiązuje do ... nazwy wyspy, lecz nie mam śmiałości jego na blogu zaprezentować. Dołączę więc jedynie odnośnik do tego obrazu. Kto chce niech popatrzy !!! Ale uwaga, dozwolone od lat 18-tu +
A co na froncie ? Tradycyjnie, na początek przedstawiam niesamowitą Marysię Donart. Już nas to nie dziwi, że przyszła z nowo rozpoczętym płótnem pejzażu z ... chyba ... mostkiem w parku. Danusia jest osobą niezwykle nieśmiałą i bardzo wstydzi się pokazywać swoje prace. Ale zapewniam wszystkich, że naprawdę ma się czy pochwalić. Jej obrazy charakteryzuje swoisty, ciepły klimat, bardzo miękkie pociągnięcia pędzla. Wydaje mi się, że posiada ona swoją, charakterystyczną manierę malarską rozpoznawalną już u osób z pewnym doświadczeniem malarskim. Taką manierę można też zauważyć u Krysi Krawczyk, która ma dzisiaj wernisaż w DKK, więc wczoraj na warsztatach jej nie było, gdyż brała udział w przygotowaniach. Kolejna malarka, Stasia Gugałka prezentuje za to coraz bardziej dojrzałe malarstwo. Jej architektura jest bardzo malownicza i nastrojowa. Ale trzeba również dodać, że posiada jeszcze dodatkowy talent artystyczny, a mianowicie wykonuje świetne karty okolicznościowe. Przyniosła właśnie kartkę wielkanocną z jajkiem Faberge. Coś wspaniałego. Sami popatrzcie na zdjęciu powyżej. Natomiast przesympatyczna koleżanka Janina Wołoszańska kontynuowała swój bajeczny pejzaż. Przemalowała elewację domku i zabrała się za drzewa i krzaki. Ciekawe jaki będzie efekt końcowy ? A czeka ją jeszcze duuużo pracy. Za to Danusia Krzyśków i jej piękny pejzaż na podstawie obrazu Rapackiego, nabiera "rumieńców". Brzozy pokryły się liśćmi, na horyzoncie pojawiła się mgłą. Temat trudny, ale jaki nastrojowy. Chyba i ja się kiedyś z nim spróbuję zmierzyć. Trzymamy kciuki Danusiu. Nasza świetna artystka-malarka fotografik Wioleta Nieroda kontynuowała dalej oryginalną martwą naturę. Trzeba przyznać, że nietypowa perspektywa na obrazie jest ciekawa i niełatwa do namalowania. Jabłuszka wyszły jej jak naturalne. Ale, chyba niedługo zobaczymy u niej nowy temat malarski, bo jej "naturmort" jest już prawie ukończony. Nawiedziła nas również koleżanka Irena Rakowska. Niestety rzadko może do nas przychodzić. Przyniosła za to ładny kościółek, w klimacie jakby pochodził gdzieś z Bieszczad. Ale chyba doniosę na nią do komisji antydopingowej księcia Alexandra de Merode, bo nasz mistrz Tadeusz robił za EPO i domalowywał na jej obrazie partie nieba. Dowód dopingu powyżej ! Trzeba jeszcze dodać, że jak zwykle dopisał swoją obecnością kolega Czesław Szyszka. U niego widać już wiosnę. Maluje teraz przepiękny pejzaż w klimacie bezśniegowym. Jego precyzja malowania jak zwykle wręcz hipnotyzuje. Zazdroszczę jemu tak wprawnej ręki. Sami popatrzcie. Dla porządku, dodam jeszcze, że przybył na wczorajsze spotkanie nasz lider sekcji, kolega Józef Wollek. Co prawda nie malował, ale jego komentarze i uwagi były jak zwykle sympatyczne i wesołe. Raczył nas dowcipami i anegdotami. To naprawdę dobry "duch" naszej grupy. Na zakończenie widok ogólny naszej pracowni z "mróweczkami" przy sztalugach. Fajny widok, prawda ?

czwartek, 4 marca 2010

Rozważania na temat malarstwa - Bitwa pod Grunwaldem

Miała być druga część wątku dotyczącego malarstwa historycznego w wydaniu dzieł artystów zagranicznych, ale na razie postanowiłem odsunąć ją trochę w czasie, albowiem przypomniałem sobie o wielkiej, okrągłej, bo już sześćsetnej rocznicy wielkiego łomotu jaki spuściliśmy krzyżakom pod grunwaldem. A że wspomniałem już o tym wspaniałym płótnie mistrza Jana Matejki, w jednym z poprzednich wpisów, to popuszczę wodze fantazji i przytoczę jeszcze trochę ciekawostek z tym faktem historycznym oraz samym wielkim obrazem związanych.

Najpierw trochę o samej bitwie, bo czasy to były dosyć ciekawe. W tym okresie najbardziej mieszali Litwini. Bardzo starali się zdominować Żmudź na którą chrapkę wyrażali również Krzyżacy. A, że Witold miał brata, króla polskiego Jagiełłę więc już w maju 1409 roku doszło do zatargu polsko-krzyżackiego. Dotyczył on m.in. 20 statków, które król polski wysłał na pomoc Litwinom. Zakon zatrzymał i zarekwirował je w Ragnecie. Polacy tłumaczyli, że na okrętach znajduje się tylko zboże dla głodujących poddanych Witolda, Krzyżacy jednak twierdzili, że na statkach przechowywana jest broń. Więc wobec tego faktu a także co najważniejsze, poparcia arcybiskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Kurowskiego, Mikołaja Trąby z całą kancelarią królewską, uniwersytetu, dworu czy Wielkopolan, którzy już wielokrotnie przyjmowali na siebie krzyżackie natarcia, 17 lipca 1409 r. na zjeździe łęczyckim ostatecznie jednak zadecydowano o wojnie. I chyba już tylko dla zachowania pozorów, do Malborka wysłano polskie poselstwo w osobach bpa. Kurowskiego w towarzystwie wojewody kaliskiego Macieja z Wąsoszy i kasztelana nakielskiego Wincentego z Granowa. Poselstwo przybyło do krzyżackiej stolicy 1 sierpnia. Król Jagiełło oferował Krzyżakom zgodę, powstrzymanie działań na Żmudzi w zamian za poddanie sprawy żmudzkiej pod sąd rozjemczy. Mistrz butnie oświadczył posłom, że kwestia żmudzka jest wewnętrzną sprawą państwa zakonnego (skąd my to jeszcze znamy ?) a tych nie powierza się sądom zagranicznym. Jednocześnie przypomniał, że jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, to z „całą potęgą” pójdzie na Litwę. Tak więc właśnie, 6 sierpnia 1409r, Zakon wypowiedział Polsce wojnę. Ale żeby było jasne, to Zakon Krzyżacki stał się agresorem i pod tym względem polska pozycja dyplomatyczna była bezpieczna.
By obraz działań w tym okresie był pełniejszy, warto również poświęcić nieco miejsca wojskowości obydwu stron. Naczelnym wodzem armii zakonnej w tym czasie był wielki mistrz (w latach 1407-1410) Ulrich von Jungingen, ale już po bitwie został nim w latach 1410-1413 Henryk von Plauen. Jego zastępcą był wielki marszałek (w latach 1409-1410) Fryderyk von Wallenrode. Jeśli przy armii znajdowali się zarówno mistrz jak i marszałek, to wielki mistrz dowodził armią, a wielki marszałek dbał o tabory. Wicemarszałek dbał natomiast o zaopatrywanie koni w paszę i porządkowanie rządu końskiego. Z kolei inny sławny krzyżak, Wielki komtur Kuno von Liechtenstein pełnił funkcję oboźnego, a inny mniejszy rangą, mały komtur miał nadzór nad pachołkami. Wielki szatny (czyżby to był ich gaciowy ?) Albrecht von Scharzburg zajmował się odzieżą, wielki szpitalnik (Werner von Thettingen) – służbą medyczną, szafarz – prowiantem. Wielki skarbnik (Tomasz von Merhein) zajmował się sprawami finansowymi. Zazwyczaj chorągwiami dowodzili komturzy (chodzi tutaj o chorągwie sformowane z poszczególnych komturii). Piszę o nich, albowiem część z tych gości uwiecznił mistrz Matejko na słynnym płótnie.
Rdzeń armii polskiej stanowili mieszkańcy Małopolski i Wielkopolski, nie należy jednak zapominać o zaciężnych ze Śląska, Czech i Moraw, jak również Rusinach z południa Polski (tzw. Ruś Czerwona), Mołdawianach i Mazowszanach. Na kampanię 1410 roku do Polski przybyła również grupa rycerzy dotychczas działających za granicą (głównie na Węgrzech, na dworze Zygmunta Luksemburczyka), m.in. słynny Zawisza Czarny z Garbowa. Co natomiast odróżniało sposób dowodzenia przez Władysława Jagiełłę (naczelnego wodza) od mistrza von Jungingena ? A mianowicie fakt, że, obok tego, że Król nie zaangażował się osobiście w walce to nie dowodził również żadną z chorągwi, dlatego też w trakcie samej bitwy musiał korzystać z proporca. A jak skończył Wielki Mistrz to wszyscy wiemy. Podobno, Litwini naszpikowali Go jak jakąś lalkę woo-doo. Ale ciekawe są też ustalenia szwedzkiego historyka Svena Ekdahla sprzed kilkunastu już lat, które ponad wszelką wątpliwość dowiodły, że słynne krzyżackie wilcze doły i śmierć Ulricha von Jungingena z rąk chłopskiej piechoty, są legendą. W rzeczywistości wielki mistrz poległ w boju kawaleryjskim, a chłopi byli - lecz na gałęziach i konarach okolicznych dębów... jako widzowie boju, który i tak w gruncie rzeczy ich nie dotyczył.
W armii Wielkiego Księstwa Litewskiego, prócz Litwinów i Żmudzinów, znajdowali się Rusini (w znacznej liczbie, ze względu na duży obszar ziem ruskich pozostających pod władzą litewską), a także tatarskie oddziały posiłkowe i być może również Polacy z Podlasia.
Warto również wiedzieć, że od samego początku wojny, jeszcze, gdy Jagiełło nie wiedział o jej ogłoszeniu przez Zakon, polska dyplomacja działała na rzecz „usprawiedliwienia” Polski i Litwy w oczach Europy oraz zwrócenia uwagi na krzyżackie niegodziwości. W memoriale opatowskim z 10 sierpnia wskazywano, że oskarżanie Jagiełły i Witolda o zbyt małe przyczynianie się do nawracania Rusi są bezpodstawne, bo wystarczy spojrzeć na kościoły, które obydwaj wybudowali. Zakon oskarżano o zanadto zaborczą politykę i zbyt słabe działania chrystianizacyjne w Prusach i na Żmudzi. W podobnym tonie był utrzymany memoriał z 9 września. Wypowiedzenie wojny dotarło do rąk króla Jagiełły dopiero 14 sierpnia, a więc ponad tydzień od wysłania listu. 16 sierpnia wojska krzyżackie uderzyły na Polskę. Nie było to jedno natarcie – było ich kilka a wszelkie środki krzyżackie zostały skierowane przeciwko Koronie. Przepychanki i potyczki wojenne połączone z jakże nam znaną z czasów współczesnych, niemiecką czy nawet radziecką metodyką propagandy, doprowadziły do wytworzenia nieciekawego dla Polski tła politycznego. My rzeczywiście często wychodzimy niestety na kretynów co sami nie wiedzą czego chcą a inni w ramach samoobrony muszą ... nas potem napadać. Reasumując, Zakonowi udało się więc przekonać do siebie znaczną część Europy. Ale to i tak małe piwo wobec innego faktu. Groźne dla Polski było zwłaszcza otoczenie jej od południa, zachodu i północy, jedynie wschód, gdzie znajdowała się Litwa (która – jak wspomniano wcześniej – była stosunkowo bezpieczna od napaści ze strony Inflant, księstw ruskich lub Tatarów), pozostawał bezpieczny. Jednakże na szczęście, to nie dyplomacja w gruncie rzeczy zadecydowała o wyniku wojny, a same działania zbrojne – i to właśnie dzięki działaniom zaczepnym unia polsko-litewska przeważyła szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Sama bitwa grunwaldzka, kończąca zasadniczo konflikt wojenny jest wszystkim doskonale znana. M.in. z naprawdę dobrego filmu z lat 60-tych, gdzie Jagiełło, grany przez Brunnera (niesamowity Emil Karewicz) dzięki temu, że korzystał z zegarka naręcznego (sam widziałem !)... jak w zegarku wykończył wszystkich niemiaszków w białych prześcieradłach.
Ostatnią kwestią związaną z grunwaldzkim bojem jest sprawa strat. Najtrudniej określić wysokość strat wojska Ulricha von Jungingena. Pewne jest, że padła cała starszyzna (na czele z wielkim mistrzem), poza wielkim szpitalnikiem Wernerem von Thettingenem (który najpierw uciekł do Elbląga, skąd wygnali go zbuntowani mieszczanie; potem ruszył do Malborka, gdzie bez szemrania podporządkował się Henrykowi von Plauenowi). Razem poległo 203 mnichów krzyżackich spośród 250 uczestniczących w bitwie. Wśród jeńców znaleźli się m.in. Kazimierz Szczeciński i Konrad Biały oleśnicki. A co do strat wojsk polskich, to wg. Długosza w bitwie padło tylko 12 znaczniejszych rycerzy. Pozostawała jeszcze wysokość strat wśród „mniej znaczących” żołnierzy. Najprawdopodobniej nie przekroczyły one jednak 1 tys. osób. Wojska Jagiełły zdobyły także wszystkie (51) chorągwie krzyżackie, które niestety ... cztery wieki później ukradli nam Austriacy. Natomiast słynne dwa nagie miecze, dziwnym trafem zaginęły w Rosji (fenomenie kosmologicznym, w którym już wiele rzeczy zaginęło i nie tylko naszych...). Bilans po latach powiedziałbym, że ujemny. Jakby się kto natknął gdzieś na te miecze lub chorągwie niech da znać.

Obraz Jana Matejki zatytułowany "Bitwa pod Grunwaldem", namalowany został na płótnie w 1878 roku w Krakowie. Malarz podczas pracy korzystał głównie z Roczników Jana Długosza - polskiego kronikarza, który na podstawie ustnych relacji swojego ojca, opisał tę bitwę. Jan Matejko malował obraz przez około 6 lat (1872-1878). Wśród przedstawionego na obrazie walczącego tłumu, wyróżniono wiele postaci historycznych z obu stron bitwy. Obraz symbolicznie przedstawia bitwę w momencie, kiedy wciąż się toczą zacięte walki, ale szala zwycięstwa przechyla się już na stronę polską. Poniżej prezentuję reprodukcję obrazu wraz z naniesionymi odpowiednimi oznaczeniami numerycznymi części postaci.
Oglądając obraz J. Matejki pt. ”Bitwa pod Grunwaldem” znajdujemy się w samym centrum walki. Na środku obrazu widzimy rycerza na koniu, który ubrany jest czerwony żupan i ma mitrę na głowie. W rozpostartych i podniesionych do góry rękach trzyma miecz i tarczę. Jest bez pancerza i hełmu. A na koniu pędzi bez trzymania. Jest to litewski Książe Witold [1]. Z lewej strony obrazu znajduje się mistrz krzyżacki Ulrich von Jungingen [2]. Jest on ubrany w biały płaszcz z czarnym krzyżem na piersi. W jego oczach widać przerażenie, ponieważ atakuje go dwoje wojowników... no chyba że przypomniał sobie, że zapomniał wyłączyć w namiocie żelazko !!!. Dalej po lewej stronie spieszy mu z pomocą Książe Szczeciński [3]. Pędzi on na czarnym koniu, w hełmie z pawimi piórami. Obrońcę jednak atakuje polski rycerz z kopią – Jakub Skarbek z Góry [4]. Jego giermek [5] zaś chwycił za cugle konia, którego dosiadał Książe Szczeciński. Wśród tłumu na obrazie znajduje się też wiele postaci historycznych walczących zarówno po stronie polskiej jak i po stronie krzyżackiej. U boku ginącego Mistrza krzyżackiego widać brodatego starca. Jest to komtur elbląski Werner Thettingen [6], ten co robił u krzyżaków za ministra zdrowia. Na środku, w dole obrazu leży w ulubionej pozie większości krzyżackich zakonników, martwy rycerz Kuno von Lichtenstein [7]. Po lewej stronie u góry, tuż za Księciem Witoldem toczy się walka o niemiecka chorągiew, którą Polak wydziera Niemcowi. Natomiast po prawej stronie widać trąbiącego rycerza ze sztandarem polskim. Sztandar ten dumnie powiewa na wietrze, gdy niemiecki chyli się ku ziemi. Jest to symbolem ostatecznego zwycięstwa Polaków. Po prawej stronie obrazu punktem centralnym jest rudobrody olbrzym w zbroi. Jego koń (który także jest w zbroi) ma przerażone oczy, gdyż pada pod olbrzymem. Jeden z Tatarów z lewej strony, zarzucił grubasowi na szyję powróz. Ten rudobrody mężczyzna to komtur brandenburski Markward von Salzbach [8]. Los tego butnego prominenta krzyżackiego był dość ponury. Na obrazie widzimy go ściąganego z konia przez półdzikiego wojownika żmudzkiego, który z satysfakcją w oczach schwytał Krzyżaka na arkan za szyję, jak dzikiego ogiera. Haniebna to okoliczność wzięcia do niewoli, a i śmierć czekała go nie lepsza: został zabity na osobisty rozkaz Witolda, który przypomniał Markwardowi obraźliwą wypowiedź pod jego adresem podczas posłowania. Na przedzie widać wąsatą postać rycerza w zbroi, który jedną nogą stoi na ziemi, a drugą nogę postawił na powalonym przeciwniku. To przyszły husycki wódz Jana Żiżka z Trocnowa [11]. Podniósł do góry miecz, by zadać śmiertelny cios wrogowi – Heinrichowi von Schwelborn [9], komturowi tucholskiemu. Tymczasem zagraża mu podstępna postać w ciemnym ubraniu, która czai się by zadać mu cios w bok kordelasem. Ale jatka... Nie sposób opisać wszystkich uczestników bitwy, lecz nie można pominąć Zawiszy Czarnego [10]. Jest w fioletowym ubraniu, bez hełmu i szarżuje uzbrojony w ... turniejową kopię, pędzi na koniu. A Wokół pełno mieczy i dzid... Ale miał facet jaja. Na koniec można przytoczyć jeszcze dwie postaci, ale już chyba fikcyjne. To ojciec Jana Długosza [12], sławnego kronikarza - rycerz, który walczy obok Żmudzina z arkanem oraz sylwetkę Henryka von Plauen, zbrojną ręką osłaniającego swoją twarz na widok pogromu. Onże von Plauen, komtur Świecia, już zwraca konia do ucieczki. W rzeczywistości pod Grunwaldem go nie było, lecz na wiadomość o klęsce natychmiast ruszył do Malborka i zorganizował obronę zamku, a później został wybrany wielkim mistrzem Zakonu.

W 1878 płótno zostało przewiezione z Krakowa na wystawę do Wiednia, a w 1880 zaprezentowane w Warszawie. Następnie obraz pokazywany był kolejno na wystawach malarstwa w Petersburgu, Berlinie, Lwowie i Bukareszcie. W kwietniu 1880 znalazł się w Paryżu, a następnie powrócił do Warszawy gdzie był na stałe eksponowany w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta. We wrześniu 1939, na wieść o zbliżających się do stolicy wojskach niemieckich, podjęto decyzję o ewakuacji i ukryciu obrazu - pozostawienie go w Warszawie groziło unicestwieniem wskutek nalotów bombowych lub celowym zniszczeniem przez Niemców. Płótno zwinięto, zapakowano w specjalne skrzynie, załadowano na długą platformę i w asyście Stanisława Radeckiego-Mikulicza (dyrektora administracyjnego galerii), artysty malarza Stanisława Ejsmonda (wiceprezesa "Zachęty") oraz kolejnego malarza Bolesława Surałło, udano się w kierunku Lublina. 9 września 1939 o godz 7:00 konwój z obrazem zajechał przed Muzeum Lubelskie, gdzie przekazano go intendentowi muzeum, prof. Władysławowi Woydzie. W międzyczasie, podczas niemieckiego ataku powietrznego na Lublin, jedna z bomb lotniczych uderzyła w muzeum, zabijając dwie osoby towarzyszące konwojowi - Stanisława Ejsmonda i Bolesława Surałłę. W międzyczasie lubelskie Gestapo rozpoczęło intensywne poszukiwania obrazu. Minister propagandy III Rzeszy dr Joseph Goebbels wyznaczył nagrodę 2 000 000 marek niemieckich za odnalezienie płótna lub informację o miejscu jego przechowywania. Początkowo funkcjonariusze Gestapo próbowali przekupić prof. Woydę nagrodą, niemieckim obywatelstwem i paszportem do Niemiec, następnie grozili pozbawieniem życia - Woyda konsekwentnie odmawiał współpracy. W końcu polskie radio w Londynie nadało fałszywą wiadomość o rzekomym przybyciu Bitwy pod Grunwaldem do Wielkiej Brytanii, dopiero wtedy Niemcy zaprzestali szerszych działań zmierzających do odszukania obrazu. Prof. Woyda po zaaranżowanym fikcyjnym wywiezieniu obrazu z Lublina, dokonanym w celu zatarcia śladów, ograniczeniu kręgu osób mających wiedzę o płótnie i miejscu jego przechowywania oraz po ponownym przepakowaniu na specjalnie skonstruowany rulon, zdecydował się ostatecznie na ukrycie Bitwy pod Grunwaldem w jednej z pod lubelskich wsi, gdzie obraz przebywał do momentu wyzwolenia Lublina przez Armię Czerwoną w 1944. Następnie obraz został odkopany i wydobyty z zacementowanego wcześniej sarkofagu i 17 października 1944 oficjalnie przejęty przez kierownika resortu kultury i sztuki przy PKWN. Po wstępnym oczyszczeniu i przewiezieniu do Muzeum Narodowego w Warszawie, został pieczołowicie odrestaurowany pod kierunkiem prof. Bohdana Marconiego. Wkrótce został umieszczony w Muzeum Narodowym w Warszawie jako stały element ekspozycji, gdzie przebywa do dnia dzisiejszego.

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.