piątek, 23 września 2011

Rozważania na temat malarstwa - Nienawidzę polskiej historii, za to Polskę kocham!

Przeczytałem niedawno artykuł pod tytułem "Śmierć przy ołtarzu". Jest to tytuł dość interesującego opisu, autorstwa Leszka Śliwy z Gościa Niedzielnego, nr 18/2009, w którym przedstawiono interpretację obrazu Jana Matejki, „Zabójstwo św. Stanisława”. Obraz ten aktualnie można zobaczyć w Muzeum Pomorza Środkowego, w Słupsku. Zainteresowałem się tym obrazem a zwłaszcza historią jaka się za nim kryje. A jest to wyjątkowo kontrowersyjna i niesamowicie ciekawa historia z dziejów Polski. Ale na początek zapoznajmy się z aktualną, zbliżoną do oficjalnej, kościelnej, wersji tego wydarzenia, jaką przedstawia nam autor w/w artykułu omawiając dzieło mistrza Matejki.
Jan Matejko, „Zabójstwo św. Stanisława” olej na desce, szkic, z 1892 roku
"Od tych dramatycznych wydarzeń minęło już 930 lat. Biskup krakowski Stanisław ze Szczepanowa napominał króla Bolesława, zwanego Szczodrym bądź Śmiałym, wytykając mu niewłaściwe, zbyt okrutne postępowanie wobec poddanych. Rozwścieczony monarcha kazał go zamordować. Bolesław wkrótce po tej zbrodni został pozbawiony tronu przez poddanych i zmarł na wygnaniu. A Stanisława w 1253 roku kanonizowano. Jan Matejko namalował scenę śmierci biskupa zgodnie z hagiograficzną tradycją. Mówi ona, że Bolesław osobiście zabił Stanisława i to w chwili, kiedy ten sprawował Mszę św. w krakowskim kościele na Skałce. Widzimy moment, kiedy tragedia już nastąpiła. Martwy biskup leży na stopniach prowadzących do ołtarza, przy jego głowie widać krew. Ciało świętego obrócone jest przodem do ołtarza, a tyłem do nawy, tak jak dawniej odprawiało się Mszę. W ręce biskupa widać zarys kielicha. Artysta sugeruje więc, że śmiertelny cios dosięgnął hierarchę w chwili, gdy odbywało się przeistoczenie wina w Krew Pańską. Czyni to ofiarę poniesioną przez biskupa jeszcze bardziej symboliczną. Król właśnie chowa miecz do pochwy. Nie ma więc wątpliwości, że to on zadał decydujący cios. Kronikarz Wincenty Kadłubek, opisując tragedię, starał się 
uzasadnić osobisty udział króla w zbrodni nieskutecznością działań jego sług. „Ilekroć okrutni służalcy próbują rzucić się na niego, tylekroć skruszeni, tylekroć na ziemię powaleni łagodnieją” – pisał. Do zwłok św. Stanisława zbliża się człowiek z toporem, by je poćwiartować. W kronice Galla Anonima jest bowiem wzmianka, że biskup został skazany na „obcięcie członków”. Według starej legendy, ciało świętego zrosło się potem w sposób cudowny. Miało to symbolizować los Polski, która po okresie rozbicia dzielnicowego zjednoczyła się z powrotem". 
Jan Matejko, Król Bolesław II Szczodry (Śmiały)
Lata życia ok. 1042 - ok. 1082. Lata panowania 1058 - 1079. Syn Kazimierza Odnowiciela.

I tyle i aż tyle. Ale jak się temu dokładniej przyjrzeć, to niestety trąci to kruchtą na kilometr. Bo gdzie jest prawda historyczna? Hmmm. A cóż ona jest dzisiaj w Polsce warta, powiedzieliby niektórzy. Bo czasami można odnieść wrażenie, że liczy się niestety tylko prawda polityczna! Ciemny lud to kupił, i wystarczy; że zacytuję pewnego prawicowego "europolitykiera" z Gdańska. Nie mogę pojąć, dlaczego przyjmuje się u nas ... na tzw. wiarę, tak wiele kłamstw i bzdur dotyczących naszej przeszłości i historii. A przecież dotyczy to naszych przodków, z którymi być może łączy nas nawet pewne pokrewieństwo. Czy nam to wcale nie przeszkadza, że ktoś inny pisze o nas historię. Przecież tak bardzo jesteśmy wrażliwi, gdy próbowali to niejednokrotnie już zrobić za nas nasi sąsiedzi z obu stron granicy, tłumacząc wszem i wobec, że najechali na Polskę ... ale w samoobronie lub obronie nie swego. Jakie to smutne, że u nas w Polsce, pewni obywatele noszący taki sam paszport co i my, dalej bredzą androny o rzekomym bohaterstwie i świętości tego złego klechy i wmawiają nam załgany i dawno już wyjaśniony wątek śmierci tego zdrajcy w sutannie. Przypomnijmy sobie zatem kilka faktów. Bynajmniej, nie domysłów lub bajek opowiadanych przez innego biskupa i bajkopisarza, niejakiego Wincentego Kadłubka, zresztą jego bezpośredniego następcy na biskupstwie krakowskim. A są one dość okrutne dla mitu Św. Stanisława. Zrobiłem sobie małą kwerendę po różnych źródłach historycznych i rzeczywiście może się od tego głowa rozboleć. Bardzo obrazowo przedstawił to na przykład W.Łysiak w swoich "Wyspach Bezludnych", że Św. Stanisław ze Szczepanowa zniszczył, po pierwsze: innego świętego, Najwyższego Pasterza i głównego obrońcę Kościoła — Grzegorza VII, wielkiego reformatora kościoła, który wprowadził m.in. celibat i ukrócił rozpasanie i rozwiązłość kleru (czyż nie jest to zdrada Judaszowa?), po drugie: niepodległość Polski, która z największego mocarstwa środkowo-wschodniej Europy przekształciła się bezzwłocznie w jedno z najsłabszych księstw, po trzecie: niepodległość polskiego Kościoła (po wygnaniu króla Bolesława Śmiałego, wbrew jego planom, w metropolii gnieźnieńskiej i w innych diecezjach zasiedli naznaczeni przez cesarza biskupi niemieccy). Jeszcze bardziej dosadna i oczywista ocena tego intryganta Stanisława jest taka, że. Ten biskup-renegat był zdrajcą, łotrem i kanalią jakich nie ma na świecie. Zwąchał się z najważniejszym przywódcą królewskiej opozycji, bratem króla Bolesława II Szczodrego (Śmiałego), księciem mazowieckim Hermanem (poniżej na obrazie), zresztą, po wygnaniu króla, późniejszym władcą Polski (Władysławem I Hermanem), silnie wspieranym przez Cesarza Niemiec Henryka IV, pragnącego osłabienia niezależności polskiego władcy. 
Właśnie ten łotr w sutannie, zdradził króla Bolesława i sprowadził nam na kark Niemców. W efekcie, straciliśmy koronę aż na 240 lat (do Łokietka), utraciliśmy na zawsze nasze leżące na zachód od Nysy ziemie (w tym m.in. Ziemię Łużycką czyli ponad pół NRD). Tłem, a w zasadzie podłożem tej afery, był trwający w Europie zachodniej w tym czasie ostry spór o inwestyturę, tj. konflikt pomiędzy papieżem reformatorem Grzegorzem VII i Cesarzem Henrykiem IV o dominującą rolę w Europie. W sporze tym Polska, wraz z Węgrami i Hiszpanią, opowiedziała się za papieżem. Celem takiej polityki Bolesława było z jednej strony osłabienie niechętnego nam cesarza, z drugiej zaś uzyskanie korony królewskiej. Cel ten został osiągnięty w Boże Narodzenie (25 grudnia) 1076 roku, gdy arcybiskup gnieźnieński Bogumił w obecności legatów papieskich koronował Bolesława w katedrze gnieźnieńskiej na króla Polski. A tak na marginesie, jednak w marcu 1084 roku ekskomunikowany wcześniej przez Grzegorza VII, Cesarz Henryk IV zajął w końcu Rzym i nominował własnego antypapieża Klemensa (1084-1101), przepędzając prawowitego papieża Grzegorza VII. Takie to były czasy! Pamiętajmy też, że ten klecha Stanisław, miał jeszcze żonę i kilkanaścioro dzieci, mimo obowiązującego i usankcjonowanego jako jedyna forma życia duchownego od 1074 roku, celibatu! I co najbardziej w tym wszystkim jest niezwykłe, to okoliczność, że kler doskonale znając historię i przeszłość tej persony, ani myśli zmienić patrona! A w jednym z wywiadów prasowych Józef Glemp przyznał, że wie kim był Stanisław ze Szczepanowa, ale uznanie go świętym w tamtym czasie podniosło rangę Polski… Sic! A utraciliśmy i tereny i koronę. Czy rzeczywiście podniosło to naszą rangę!? No to wyjaśniajmy to jeszcze dalej! Pan biskup Stanisław nie został jednak bestialsko zamordowany w kościele św. Michała na Skałce jak wciska nam kler, lecz osądzony i skazany w miejscu odbywania sądów królewskich, "sądzie na pagórku przy kościele św. Michała" na Wawelu. Jak skazaniec został również pogrzebany, ale pod gołym niebem. Później, jego sponsor, książę Herman miast koronacji dokonał translacji, czyli uroczystego pochówku kompana, połączonego z przeniesieniem zwłok do kościoła katedralnego. Zaznaczmy więc wyraźnie: Bolesław Śmiały nie zarżnął św. Stanisława na stopniach ołtarza. W rzeczywistości biskup krakowski, potępiony wcześniej przez polską hierarchię kościelną (Sąd Arcybiskupi!!!), zginął jako zdrajca, a wyrok na nim wykonali ludzie Bolesława. A co mówią poważne źródła historyczne? W 1824 r. ukazuje się po raz pierwszy autentyczne brzmienie fragmentu kroniki Galla Anonima mówiące o zdradzie biskupa, opublikowane przez Jana Wincentego Bandtkiego (z rękopisu Czartoryskich). Do tej pory w to miejsce wstawiano ...fragment kroniki biskupa Kadłubka, który zamiast prawdy wplątał współczesny jemu przypadek arcybiskupa angielskiego Tomasza Becketa. Ów arcybiskup Cantenbury został również osądzony przez sąd królewski za zdradę, a następnie zamordowany przez siepaczy króla, rzeczywiście u stopni ołtarza w czasie odprawiania mszy świętej 29 grudnia 1170 r. Następnie prawdę o biskupie opisują: Joachim Lelewel, Aleksander Skorski (1873), Franciszek Stefczyk (1885) oraz M. Gumplowicz (1898). Prawdziwym jednak przełomem okazała się praca Tadeusza Wojciechowskiego z roku 1904, pt. "Szkice historyczne XI wieku". Ale najciekawszy jest przemilczany u nas fakt, że w 1920 r. pierwszy rząd polski po odzyskaniu niepodległości i po uchwaleniu tego przez Sejm zwrócił się do Rzymu z żądaniem o anulowanie w dniu 8 maja święta Stanisława Szczepanowskiego, skreślenia go z kalendarza z listy świętych i o zaprzestanie głoszenia jego kultu, podając oczywiście stosowne motywy. A Papież bez żadnego oporu na to przystał!!! [W.Łysiak; Wyspy bezludne]. Mocne. Nieprawdaż! Jednak, niestety jak to w Polsce zwykle bywa, a ciemny naród to i tak kupił, kościół wbrew wszystkiemu i po swojemu rządzi dalej! M.in. za sprawą biskupa/kardynała Sapiehy, który wprowadził na nowo kult tego świętego. Jak podaje Łysiak, Kobiety w Krakowskiem po dziś dzień czerpią 8 maja wodę z sadzawki na Skałce (rzekome miejsce śmierci świętego), wierząc, iż tego dnia posiada ona cudowną moc leczenia oczu a kilkaset świątyń w Polsce otrzymało imię Stanisława. Szkoda, że Kościół do dzisiaj nie potrafił przyznać się do tego błędu, mimo przytłaczających dowodów. Żal, że Kościół żyje wyłącznie przeszłością. I myślę, że w obecnych czasach jednak na tym w ostateczności dużo przegra. A może jednak ... nie jest mi szkoda? Może prawda wreszcie zwycięży? Bo nie może normalny być Naród, którego patronem dalej jest ZDRAJCA a jego szczątki hańbią Nekropolię Narodową na Wawelu!!!
Źródła: "Mit św. Stanisława", Mariusz Agnosiewicz, www.racjonalista.pl; historycy.org; "Śmierć przy ołtarzu", Leszek Śliwa, Gość Niedzielny 18/2009; "Uzależnienie Polski od papiestwa a kanonizacja św. Stanisława" — Marian Witold Łodyński, Universitas, Kraków 1995; "Wyspy Bezludne", Waldemar Łysiak, 1987r. 

czwartek, 22 września 2011

Inspiracje - w atelier mistrzów

Trochę dla odmiany, trochę z nudów, dzisiaj pokażę raczej zwyczajne zdjęcia a nie reprodukcje sławnych płócien. I nie będą to zdjęcia obrazów ale tło w jakich one powstawały. Przedstawię zachowane w archiwach stare fotografie wykonane w pracowniach malarskich, należących do kilku słynnych malarzy. Na niektórych widać nawet samych mistrzów, jak pozują przy pracy. Zagadnienie to jest raczej mało znane i rzadko w sieci spotykane. Dotyczy bowiem sfery bardzo prywatnej, intymnej i niezwykle osobistej. Obejmuje obszar warsztatu pracy, niejednokrotnie ściśle ukrywanego przed wzrokiem konkurencji. Na początek zacznę od samego arcymistrza, że użyję tu terminologii szachowej, wielkiego Moneta. Niedawno znalazłem w sieci niesamowite fotografie mistrza z wnętrz w pracowni w Giverny, które kiedyś już opisywałem na tym blogu. I rzeczywiście pomieszczenia na fotografii niewiele się różnią od dotychczas zachowanych i przeznaczonych na muzeum. A tak dla przypomnienia, Oscar Claude Monet (ur. 14 listopada 1840 w Paryżu, zm. 5 grudnia 1926 w Giverny) – był wielkim francuski malarzem, jednym z twórców i czołowych przedstawicieli impresjonizmu. To był w czystej postaci geniusz malarski! Zatem popatrzmy na fotografie..., na których widać nawet samego malarza



Daniel Ridgway Knight (ur. 15 marca 1839, zm. 9 marca 1924) – amerykański malarz naturalista. Daniel Knight malował głównie sceny wiejskie, ilustrujące życie chłopów, wypoczynek i pracę na łonie przyrody. Jego modelkami były najczęściej młode kobiety przedstawiane wśród kwiatów i nad wodą. Przyjaźnił się z malarzami francuskimi, szczególnie z Jeanem Meissonier.

Jean-Léon Gérôme (ur. 11 maja 1824 w Vesoul, zm. 10 stycznia 1904 w Paryżu) - francuski malarz i rzeźbiarz akademicki, neoklasycysta. Dużą część jego dzieł stanowią heroiczne stylizacje egzotyczne i historyczne, m.in. egipskie. Sprzeciwiał się impresjonistom. A jednak w ostatnich latach życia próbował wykorzystywać ich technikę i nastrojowość (np. Portret ojca i syna artysty). Studiował w pracowni Paula Delaroche. Jednym z jego uczniów był Vlastimil Hofman. Cudownie namalował Hetery! pamiętacie?

Louis Joseph Raphaël Collin (ur. 17 czerwca 1850 w Paryżu, zm. 21 października 1916 w Brionne) – francuski malarz i ilustrator, przedstawiciel akademizmu, profesor École des Beaux-Arts. Uczestniczył w wymianach artystycznych z Japonią, jego uczniami byli japońscy malarze: Kuroda Seiki, Okada Saburōsuki i Keiichiro Kume. Odznaczony Legią Honorową IV klasy (1894) i Orderem Wschodzącego Słońca.

John Singer Sargent (ur. 12 stycznia 1856 we Florencji, zm. 15 kwietnia 1925 w Londynie) – amerykański malarz. Urodzony we Włoszech, działał we Francji i Wielkiej Brytanii. Największe sukcesy odniósł jako portrecista, malował pejzaże i dekoracje ścienne. Na jego twórczość duży wpływ mieli impresjoniści. Z jego dorobku malarskiego czerpali całymi garściami inni wielcy malarze. Wielki mistrz!


Alfons Maria Mucha (ur. 24 lipca 1860 w Iwanczycach koło Brna, zm. 14 lipca 1939 w Pradze), czeski grafik i malarz, jeden z czołowych przedstawicieli secesji i fin de siècle'u. Twórczość Muchy łączy tradycje bizantyjskie i współczesne. Znakiem rozpoznawczym Muchy są grafiki kobiet w stylu belle époque – wyidealizowana postać pięknej kobiety otoczonej naręczem kwiatów i liści, symbolami i arabeskami. Genialny Czech. Chyba ufoludek, bo ludzie tak nie potrafią jak On malować...


Auguste Renoir, Pierre-Auguste Renoir (ur. 25 lutego 1841, zm. 3 grudnia 1919) – malarz i rzeźbiarz francuski. Współtwórca i jeden z czołowych przedstawicieli impresjonizmu. W centrum jego zainteresowań malarskich znajdowały się kobiety, dzieci i kwiaty. Geniusz, który kreował świat czystych barw i harmonijnych form. Jest to oczywiście obraz, chyba pędzla Moneta, a nie fotografia, ale i tak dobrze wygląda.

Ilja Jefimowicz Riepin, ros. Илья Ефимович Репин (ur. 5 sierpnia 1844 w Czuhujiwie, zm. 29 września 1930 w Kuokkala) – malarz rosyjski oraz ukraiński. Ceniony za mistrzowską realistyczną formę, rysunek, swobodną fakturę oraz wyczucie barwy i światła; jego obrazy charakteryzowała wielka różnorodność ujęć i nastrojów. Jego styl bliżej przypominał starszych mistrzów Europejskich, szczególnie Rembrandta. Należał do pieriedwiżników; malował obrazy rodzajowe o tematyce z życia współczesnej Rosji, historyczne, portrety m.in. inteligencję Rosyjską oraz arystokrację.

John William Waterhouse (ur. 6 kwietnia 1849 w Rzymie, zm. 10 lutego 1917 w Londynie) – brytyjski malarz. Przedstawiciel neoklasycyzmu i prerafaelita. Znany szczególnie z portretów kobiecych postaci mitycznych i literackich. Najbardziej znanym obrazem artysty jest The Lady of Shalott, przedstawiający jedną z bohaterek legendy o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu – Elaine z Astolat, która unosząc się na łodzi, umarła z żalu z powodu nieodwzajemnionej miłości do Lancelota.

Anders Zorn (ur. 18 lutego 1860 w Mora, zm. 22 sierpnia 1920, Mora) – szwedzki malarz i grafik. Znany głównie z portretów i aktów. Sportretował m.in.: Grovera Clevelanda. Geniusz w czystej postaci! Chyba obok Sargenta, najbardziej naśladowany portrecista na świecie. Dla mnie, ideał malarski! Dzięki Ci Szwecjo za niego! Poniżej zdjęcie wnętrza pracowni mistrza w Dalarnie.

Być może ktoś ma jeszcze w swoich zbiorach inne ciekawe fotografie o podobnej tematyce. Proszę więc  o kontakt, a z przyjemnością umieszczę je na blogu.

poniedziałek, 19 września 2011

Rozważania na temat malarstwa - Eric Fischl - czyli sztuka nie tylko współczesna

Nie tak dawno temu, bo w poniedziałek, 26 maja 2008r. o godz. 18.30 w krakowskiej Galerii Sztuki Współczesnej BUNKIER SZTUKI, przy Placu Szczepańskim 3a, miało miejsce wydarzenie bez precedensu. Przynajmniej jak na naszą siermiężną i zacofaną obyczajowo Polskę. Nawiedził nas i pokazał szczyptę swoich prac, niezwykły Eric Fischl - jedna z wielkich ikon amerykańskiego malarstwa realistycznego. Ten niezwykły gość, urodził się w 1948 w Nowym Jorku a studiował w California Institute for the Arts, gdzie pomimo intelektualnego rozumienia i odbioru sztuki i pogardzania klasycznymi technikami, w szczególności malarstwem, pojawił się jako prawdziwy buntownik, który odczuwał potrzebę opowiadania historii o ludziach, Amerykanach a zwłaszcza społecznych tabu. 
Chyba każdy z nas to widzi, że dzisiaj, żyjemy w dobie władzy wszelkich mediów, totalnego rozluźnienia się obyczajów, utraty wszelkich autorytetów moralnych a także panowania kultu ciała i seksu! Na tym tle objawił się Fischl, jeden z najważniejszych, żyjących amerykańskich artystów malarzy, który do tej pory był słabo znany w Europie. Ale od pewnego czasu, na szczęście, to się zmienia. Mistrz przekroczył ocean i zaskakuje, żeby nie powiedzieć, szokuje naszą konserwatywną, może poza Niemcami i Francją, Europę. Dziś można go uznać za jednego z najważniejszych artystów malarzy końca XX wieku - jednego z nielicznych, którzy zagościli w malarstwie w tak absolutny i radykalny sposób. Mógłbym chyba przyjmować zakłady, że jest on u nas w kraju praktycznie nieznany! Trudno mi ocenić w jakikolwiek obiektywny sposób jego twórczość, albowiem uważam się najzwyczajniej w świecie, niekompetentny w tym zakresie. Ale pamiętając pewne uwagi moich prześwietnych koleżanek z sekcji malarskiej UTW w Stargardzie, że odczuwają one czasami w prezentowanych przeze mnie wpisach na blogu, pewien nadmiar obiektów bez jakiegokolwiek odzienia, chciałbym w tym miejscu im uświadomić, że chyba będą musiały się pogodzić one z myślą, że obecnie jest to już pewien kanon malarski i rola aktu w malarstwie dzisiaj jest już inna aniżeli jeszcze przed kilkudziesięciu laty. Przecież, praktycznie nie kręci się już filmów, w których nie pokazano by nagiego ciała aktorów, wiele reklam czyli tzw. sztuki użytkowej epatuje golizną, a w sztuce wyższej, np. w malarstwie czy rzeźbie, widok nagiego ciała także nikogo nie dziwi czy szokuje. 
Kilka lat temu, niedawną wystawę Erica Fischla w Wolfsburgu, która obejmowała dwadzieścia dwa lata twórczości artysty - otwierało najsłynniejsze płótno malarza - obraz „Zły chłopiec” z 1981 roku. W tym, pełnym dwuznaczności i freudowskiego ducha dziele ukazującym nagą, leżącą na łóżku kobietę i patrzącego na nią chłopca, syntezuje się cała twórczość Fichla.
Scenerią jego obrazów są najczęściej senne, amerykańskie przedmieścia, wnętrza domów, tarasy, ogrody i plaża. Artysta umieszczał w nich ludzi, najczęściej prawie lub zupełnie nagich, których łączą niejasne, pełne emocji relacje, często o erotycznym podtekście. W jeszcze innym, trochę wcześniejszym, zupełnie odrębnym, całościowo pomyślanym przedsięwzięciem pod tytułem "The Krefeld Project" autor poszedł zupełnie "po bandzie". Miejscem kluczowym projektu stała się przestrzeń słynnej galerii - willi Esters Haus - klasyka rezydencjalnej architektury Miesa van der Rohe z końca lat dwudziestych. W marcu 2002 roku artysta na kilka dni zamienił służące od lat 50-tych jako muzeum, puste pomieszczenia Esters Haus w żywe, mieszkalne wnętrze. Używając mebli i przedmiotów z tego samego okresu oraz wynajmując dwoje niemieckich aktorów stworzył inscenizację, która posłużyła mu do wykonania na miejscu ponad 2000 fotografii. Wybrał z nich dwanaście zdjęć, na podstawie których powstało dwanaście dużych płócien. Widzimy na nich znane ze swoistej ikonografii Fischla sceny - kobieta i mężczyzna w dwuznacznych sytuacjach, w niejasnej relacji, pół ubrani lub nadzy w przesyconych światłem wnętrzach. Każda z sytuacji rozgrywa się w konkretnym pomieszczeniu minimalistycznej willi; w jadalni, dużym pokoju, łazience. 
 
 
 
 
Nie sądzę, żeby to było możliwe u nas w Polsce. Nawet pokazanie tylko wystawy z efektem tego przedsięwzięcia byłoby narażone na protesty pewnych "sił moralnych". No cóż, trzeba przyznać, że obrazy Erica Fischla zaprezentowane w Krefeld to pociągająca i bardzo atrakcyjna propozycja artystyczna. Ten bezkompromisowy, jeśli chodzi o malarstwo artysta, bez wątpienia zasługuje na uwagę i poznanie. Bo musimy pamiętać, że obok nas, obok naszej pięknej Polski, świat dalej żyje i goni sobie do przodu. A my, świadomi naszych pewnych ograniczeń, powinniśmy jednak czasami wychylić głowę poza nasze opłotki i popatrzeć czym żyje świat. Bo w naszych uhm...lickich mediach jeszcze długo nie będziemy widzieli i wiedzieli, że istnieje jeszcze jakaś inna, nie polska, ...poza sakralną, sztuka. Dlatego niech żyje Internet! Bo ze swoim anarchizującym charakterem, daje nam jednak wielką możliwość swobodnego poznania nowoczesnej, niekonwencjonalnej sztuki i niezwykłych ludzi. Popatrzmy za to jeszcze na kilka innych prac Erica Frischla.
 
 
 
 
 
Czy ktoś odważyłby się namalować coś podobnego?

piątek, 16 września 2011

Rozważania na temat malarstwa - z przymrużeniem oka... część 3

"W malarstwie chodzi o to, by w odpowiednim miejscu położyć odpowiedni kolor".
Paul Cézanne
"Dla mnie obraz musi być czymś przyjemnym, wesołym i ładnym, tak, ładnym!
Jest dość przykrych rzeczy w życiu, abyśmy mieli jeszcze tworzyć więcej
".
Auguste Renoir
"Cyc nie kutas, nie musi sterczeć, może dumnie zwisać".
Franciszek Starowieyski


Anegdoty o malarzach to zawsze pożądany towar. A, że zazwyczaj byli to ludzie nietuzinkowi, to zabawnych sytuacji z ich udziałem jest co nie miara. Poczytajmy więc o nich i śmiejmy się razem.

Jacek Malczewski (1854 – 1929); profesor ASP w Krakowie. Członek grupy „Sztuka”. Malarz – obrazy symboliczne, pejzaże.
Jeden z przyjaciół Malczewskiego wszedł kiedyś do atelier sławnego malarza i podszedł do obrazu, który artysta właśnie malował.
- Na twoim miejscu zamazałbym to – rzekł z uśmiechem i wyciągnął rękę udając, że chce zetrzeć nałożoną właśnie farbę.
- Nie dotykaj! – zawołał Malczewski. – Farba jeszcze nie wyschła!
- Och, nie martw się – odpowiedział gość. – Jestem w rękawiczkach...
Pewna pani zwróciła się do męża podczas przedstawienia w teatrze:
- Spójrz na tego pana przed nami. Jestem pewna, że to Jacek Malczewski.
- Przecież Malczewski od dawna nie żyje!
- Mylisz się, on żyje, widzę jak się porusza...
Pewna dama zwróciła się na wystawie obrazów do Jacka Malczewskiego:
- Jakiego dziwnego satyra pan namalował. Pan chyba nigdy satyra nie widział...


Józef Mehoffer (1869 – 1946); profesor ASP w Krakowie. Malarz – obrazy symboliczne, portrety, pejzaże, malarstwo ścienne, witraże.
Mehoffer postanowił odwiedzić swego chorego przyjaciela. Kiedy wszedł do jego mieszkania, dowiedział się od żony, że przyjaciel właśnie zmarł.
- Nie szkodzi – odpowiedział roztargniony artysta – przyjdę innym razem...


Stefan Norblin (1892 – 1965); malarz portrecista, grafik.
Kiedy do pracowni wytwornych pań, Stefana Norblina przyszedł jeden z jego przyjaciół i zapytał artystę, czemu jeden z jego obrazów wisi odwrócony do ściany, ten odpowiedział:
- Ach! Pani baronowa dotychczas mi za niego nie zapłaciła, więc nawet nie chcę na nią patrzeć!
Norblin siedział pewnego razu w kawiarni w towarzystwie przystojnej blondynki. Dla siebie zamówił koniak, a dla swej towarzyszki pół czarnej.
- Jest pan zbyt pewny siebie – powiedziała blondynka. – Panu się zdaje, że pół czarnej wystarczy, aby mnie zdobyć...
Norblin natychmiast zawołał do kelnera:
- Proszę dla pani dużą czarną...!
Norblin zwrócił się do pewnej pani, którą właśnie poznał:
- Zapraszam panią na kolację, a potem do mnie na kawę...
- Cóż pan sobie myśli! – zawołała dama – że jestem kokotą?
- Ach, broń Boże – uspokoi ją Norblin. – Przecież nikt nie mówił o płaceniu...
Młoda dama, którą Norblin zaprosił do swego atelier, poznawszy ją przypadkowo, przy pozowaniu kręci się i wykazuje duże niezadowolenie. W końcu woła:
- Pan jest bezczelny facet! Najpierw ściągnął mnie pan do swojej pracowni pod pozorem, ze chce pan malować mój portret, a potem...naprawdę pan tylko maluje...!


Józef Pankiewicz (1866 – 1944); profesor ASP w Krakowie. Malarz, grafik – portrety, pejzaże, kompozycje figuralne.
Pankiewicz przechadzając się po krakowskich Plantach, spotkał pewnego ziemianina, który niedawno otrzymał tytuł barona. Gdy Pankiewicz podszedł do niego, ten z wyniosłą miną podał mu jeden palec.
A na to artysta:
- Gdzie pan chce baronie, żebym go włożył?
 Kiedyś Pankiewicz, a było to jeszcze w czasach carskich, poszedł załatwić jakąś sprawę do jednego z urzędów.
- Wasza familia? – zapytał go urzędnik.
- Pankiewicz – usłyszał odpowiedź.
- Dobrze, dobrze, wiemy, ze każdy Polak to pan. Pisz – Kiewicz – zwrócił się do kancelisty.


Zbigniew Pronaszko (1885 – 1958); profesor ASP w Krakowie i Wydziału Sztuk Pięknych w Wilnie. Malarz, rzeźbiarz, grafik, scenograf.
Pronaszko zapytał raz swą żonę w czasie małej sprzeczki:
- Chciałbym w końcu wiedzieć, kto tu jest głową domu?
- Lepiej nie nalegaj – odpowiedziała pani Pronaszkowa – bo jak powiem, to na pewno nie będziesz zadowolony...
 Ktoś w towarzystwie Pronaszki krytykował ówczesną modę krótkich sukienek – tak krótkich, że widać było odkryte kolana.
A Pronaszko oświadczył:
- Hm, a cóż kolano jest gorsze od łokcia?


Tadeusz Pruszkowski (1888 – 1942); profesor i rektor ASP w Warszawie. Członek grupy „Rytm”. Inicjator „Bractwa św. Łukasza”. Malarz.
Spytano raz Pruszkowskiego, którego powodzenie u pań było znane, czy wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia.
- Oczywiście. Zaoszczędza to wiele czasu – odpowiedział artysta.
 Pruszkowski tak mawiał o kobiecie:
- Kobieta jest prawdziwą akademią, w dwunastym roku życia zarysowywuje się, w piętnastym – szkicuje się, w osiemnastym - maluje się, w dwudziestym – wystawia się.
A na koniec dodawał:
- Ale ta, która naprawdę zna swój wiek, nigdy nie będzie martwą naturą.
Żona Pruszkowskiego, Zofia Katarzyńska, słynęła z urody. Kiedy kolega Pruszkowskiego wrócił po kilkuletnim pobycie za granicą, spytał malarza:
- Czy twoja żona jest wciąż taka piękna jak niegdyś?
- Tak – odpowiedział artysta – ale teraz zabiera jej to znacznie więcej czasu...
Profesorowi Pruszkowskiemu zakomunikowano, że jedna z jego przystojniejszych uczennic w najbliższych dniach wychodzi za mąż.
- Co wy mówicie! – zawołał zdumiony profesor. – Nie wiedziałem nawet, że jest w ciąży...
Profesor Pruszkowski zwrócił kiedyś uwagę jednej ze swych studentek:
- Znowu się pani spóźniła! Czy pani wie, o której zaczynamy pracę?
- Niestety panie profesorze. Kiedy przychodzę, już wszyscy stoją przy sztalugach...


Artur Nacht Samborski (1898 – 1974); profesor ASP w Warszawie. Malarz – portrety, pejzaże, martwe natury.
Pewnego razu do spacerującego wieczorem po parku Łazienkowskim Samborskiego podeszła ubogo ubrana starsza kobieta i szepnęła:
- Byłam kiedyś kochanką Wojciecha Kossaka...
- On mógł sobie na to pozwolić – odpowiedział artysta. – Jeśli chodzi o mnie, to zapewniam panią, że nie ośmieliłbym się jej tknąć nawet palcem.
- Dziękuję, że mnie mistrz uszanował – szepnęła wzruszona staruszka i zniknęła w alejach parku.


Henryk Siemiradzki (1834 – 1902), malarz – obrazy o tematyce antycznej.
Pewien amerykański turysta oglądając prace młodego wówczas malarza Siemiradzkiego, zapytał:
- Ile pan żąda za ten obraz?
- Trzy tysiące.
- Mogę dać panu tysiąc...
- Musiałbym chyba umierać z głodu!
- Dobrze, zaczekam...


Jan Styka (1858 – 1925), współtwórca „Panoramy Racławickiej”. Malarz – obrazy historyczne, religijne, portrety.
Styka mówiąc o Wojciechu Kossaku, stwierdził:
- Temu zarozumialcowi wydaje się, że jest pierwszym malarzem w Polsce.
Obecna przy tym jedna z wielbicielek talentu Kossaka, patrząc w oczy Styce powiedziała:
- W każdym razie nie jest ostatni. Bo to miejsce jest już zajęte...
Na zbiorowej wystawie swych prac Styka zapytał swego kolegę Wojciecha Kossaka, co ten sądzi o jego twórczości
- Wiesz co – odpowiedział Kossak – lepiej zostańmy przyjaciółmi...
Styka stanął pewnego razu przed sądem w charakterze świadka. Zeznając m.in. stwierdził, że jest największym polskim malarzem.
Jeden z jego przyjaciół, słysząc te słowa zarzucił mu, że jest zarozumiały. A Styka na to:
- Sam krępowałem się to mówić. Ale nie miałem innego wyjścia, zeznawałem pod przysięgą...
 
 Styka spytał raz swego kolegę, artystę malarza Kazimierza Ajdukiewicza, ile ten jego zdaniem namalował w swym życiu obrazów, z których jest zadowolony.
- Przypuszczam, że około dziesięciu procent.
- Jesteś bardzo skromny – zauważył Styka.
- Być może – brzmiała odpowiedź – ale czy uważasz, że twoich dobrych obrazów jest aż dziesięć procent...?

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.