niedziela, 25 listopada 2012

Prawdziwa cnota krytyki się nie boi - Klątwa Mony Lisy


Ostatnio natknąłem się w sieci na dwie pozornie odległe od siebie informacje. Pierwsza to taka, że 6.08.2012r, w wieku 74 lat zmarł Robert Hughes. Słynny krytyk sztuki, prawdziwy autorytet w tej dziedzinie. I druga, że "Gdy na giełdach panuje panika, przez rynek sztuki przechodzi dreszcz niepokoju. Po raz pierwszy od lat jesienne wyprzedaże sztuki współczesnej w Londynie przyniosły słabe żniwo. W dwóch największych domach aukcyjnych Sotheby's i Christie's nieomal połowa wystawionych na jesienną licytację dzieł nie została sprzedana. Czy rynek sztuki zbliża się ku przesileniu?". Te dwie wiadomości zainspirowały mnie do podłubania w temacie krytyk, zwłaszcza w kontekście tak "ulubionego" przeze mnie na łamach tego bloga "malarstwa bohomazowego", nie specjalnie cenionego również przez tak wielki, niestety nie żyjący już autorytet.
W niedawno emitowanym przez telewizję BBC filmie "Klątwa Mony Lisy", to właśnie Robert Hughes powiedział, że "Komercja w świecie sztuki jest jak niszcząca powódź. Chociaż sztuka zawsze miała związek z pieniędzmi, dziś bywa traktowana wyłącznie jako inwestycja". Hughes uważał, iż symboliczny początek nowej ery wyznaczyła pielgrzymka "Mony Lisy" do Stanów Zjednoczonych w 1963 roku - to wtedy po raz pierwszy obraz zmienił się w ikonę konsumpcyjnej kultury.
Robert Hughes (źródło: gdzieś w internecie...)

Odnalazłem na nieocenionym YouTube fragmenty z tego filmu. Poniżej odnośnik do niego. 
http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=MtMqbbBZ24w
Bardzo ciekawie temat ten poruszyła również pani Anna Arno, w Gazecie Wyborczej - Kultura; 14.11.2008r. Jak pisze autorka: "Rynek sztuki dawnej jest mały i nie podlega przelotnym modom. Sto lat temu amerykańscy milionerzy bili się o skarby dawnej sztuki. Nazwiska Mellon, Morgan, Rockefeller znane są bywalcom muzeów - ich zbiory są dziś ozdobą najważniejszych amerykańskich kolekcji. Jednak prawie wszystkie Rembrandty, Tycjany i Rubensy znalazły już swoje miejsca w muzeach. Kolekcjonowanie dzieł, które mają ponad sto lat, wymaga większego zaangażowania i kompetencji. Aby upolować cenny obraz renesansowego czy barokowego mistrza, potrzebne są wiedza i wyrobiony smak. - Tych obrazów często nie można zrozumieć, nie znając żywotów świętych, mitologii greckiej czy historii Włoch (...)". W swoim artykule autorka cytuje jeszcze: "Zajmujemy niszową, ale dosyć stabilną pozycję" - uważa Armin Kunz, marszand nowojorskiej galerii C.G. Boerner, która działa od 1826 roku. Marszandzi polegają na małej grupie stałych klientów - koneserów, którzy kierują się własnym gustem i zwykle nie traktują kolekcjonowania jako inwestycji. "Starzy mistrzowie są wiecznie nie w modzie" - tłumaczy Kunz. - "Nikt nie kupuje drzeworytu Dürera w nadziei, że za parę lat zyska on na wartości". Ale też na wartości nie straci - za dwa, dwadzieścia ani dwieście lat." No właśnie. Jakie to smutne...
I pani Anna Arno, przytacza również ciekawy przypadek niejakiego Damiena Hirsta
"Zagadka: co jest droższe - Rembrandt czy Damien Hirst, autor rekina zakonserwowanego w formalinie?
Ci, którzy rozglądają się po rynku sztuki, znają odpowiedź: sztuka dawna jest znacznie tańsza nie tylko od dzieł gigantów XX wieku. Także artystyczne przeboje sezonu biją na głowę dawnych mistrzów. Na listach najdroższych obrazów w pierwszej dwudziestce znalazło się jedno płótno sprzed 1890 roku - "Rzeź niewiniątek" Rubensa sprzedane w 2002 r. za 91,9 mln dol. W pierwszej dziesiątce mieszczą się za to dwa obrazy Picassa i dwa van Gogha, a obecnym rekordzistą jest "Numer 5" Jacksona Pollocka, który w 2006 r. poszedł za 140 mln dol". To ten bohomaz poniżej...
 "We wrześniu głośno było o wyprzedaży 223 prac Damiena Hirsta wyprodukowanych przez liczny zespół pomocników artysty w ciągu ostatnich dwóch lat. Łączny dochód z aukcji mimo kryzysu ekonomicznego wyniósł 199 mln dol. Błyskawiczna kariera Hirsta - najdroższego żyjącego artysty - wiele mówi o dzisiejszym rynku sztuki". I jeszcze jedno dzieło ze stajni Hirsta. Prawda, że inspirujące...
Coś takiego to można zobaczyć na żywo ... po łyżce stołowej LSD...
"Nowi milionerzy najczęściej kierują się aktualnie panującymi trendami. A nową modę wprowadzić stosunkowo łatwo: "Dziś jeden kolekcjoner, który kupuje prace artysty za niewiarygodną sumę, może zainicjować trend. Tak potentat reklamowego imperium Charles Saatchi wypromował Hirsta" - tłumaczy nowojorska marszandka Hermine Chivian-Cobb. Kolekcjoner Alberto Mugrabi w rozmowie z Hughesem przyznaje, że windując cenę obrazu, świadomie pozycjonuje artystę na rynku. Ojciec Mugrabiego jest właścicielem ośmiuset prac Warhola. Ale rynek poddany dyktatowi mody jest niebezpieczny. Kto wie, jak długo utrzyma się dobra passa Hirsta? "Ci, którzy kierują się modą i liczą na dobry interes, srodze się zawiodą" - uważa Chivian-Cobb. Czy kupowanie obrazów starych mistrzów jest pewniejszą inwestycją? "
...
I o tym właśnie mówi w filmie m.in. Robert Hughes. Uzupełniając artykuł pani Anny, dodam tylko, że według samego Hughesa, sztuka jest największym nieuregulowanym rynkiem na świecie oprócz leków. Sprzedaż prac współczesnych artystów, takich jak właśnie Hirst daje prowizję 10 mld dolarów w ciągu roku. Współczesna sztuka jest przeceniona, mówi Hughes, a jest tak nie dlatego, że jest tak dobra, ale dlatego, że inwestorzy uważają musi ona przynosić szybkie zyski.
"Komercyjny rynek sztuki kładzie zbyt duży nacisk na nowości i tzw. trendy" mówi, "bo kupujący oczekują, że nowo nabyta praca stanie się wkrótce jeszcze bardziej cenna".
Oczywiście, praca ludzi od sztuki - w przeciwieństwie do spółek giełdowych - nie może być poddana kontroli obiektywnej. Więc popularni artyści, tacy jak na przykład Hirst, przyciągają bogatych klientów swoimi kontrowersyjnymi pracami oraz mają niezwykły talent do autopromocji i potrafią napompować cenę swoich prac z pomocą sprytnie zaaranżowanych PR-owców. Ponadto kolekcjonerzy, którzy już zainwestowali w takich artystów byliby głupcami gdyby nie współgrali razem z takimi właśnie artystami, wyjaśnia Hughes.
"Rynek jest manipulowany przez kolekcjonerów, którzy decydują się podnosić cenę prac artysty [w którego oni już wcześniej zainwestowali]" mówi Huhges. "Więc kiedy jakiś artysta X pojawia się na aukcji z jakąś swoją nową kolekcją "dzieł", to wszyscy zaraz będą licytować jego nowe prace tak, aby móc dalej "pomnożyć" wartość dotychczasowych dzieł artysty X. Nieustępliwy wzrost cen ma dwie przykre konsekwencje. Po pierwsze, sztuka staje się postrzegana jako towar, czyli coś co może być drogą własnością. Po drugie, aukcja to jedyne miejsce gdzie zwykli ludzie mogą doświadczyć słynnych dzieł sztuki z pierwszej ręki - Muzea i galerie publiczne ¬ są obecnie wyceniane na sali aukcyjnej".
...
A najfajniejsze na sam koniec.
Kiedy Robert Hughes zapytał Mugrabiego o jego kolekcję 800 Warhol-i, czy może powiedzieć co o niej myśli, co ona według niego wnosi do sztuki, co czuje oglądając kilkaset identycznych plakatów, to zapadło kłopotliwe milczenie. 
No bo proszę mi odpowiedzieć, jakie wartości może nieść ze sobą obraz Marka Rothko "White center (Yellow, pink and lavender on rose)" za kilkadziesiąt milionów dolców, o którym kiedyś już pisałem, a jego bardzo podobną kopię zamalowałem na ścianie w moim garażu?
Czy ktoś może mi opisać co on przedstawia i dlaczego? Bo ja chyba nie czuję się na siłach to zrobić. 
Albo co widzę, a może inaczej, co myślę i odczuwam kiedy spoglądam na to pokazane powyżej, horrendalnie drogie "dzieło" Pollocka zatytułowane "Numer 5"? ... Hmmm ... 
To po chwili zastanowienia mogę rzec tak. Widzę widok z orbity na las obok mojego domu i leżącą pod sosną kupę mojego ukochanego owczarka Hansa. A czuję, że ktoś tu robi nas w bambuko i pierze brudne pieniądze i to bez użycia proszku Vizir... Oj, chyba  mam jakieś zboczenie zawodowe. Nawet na emeryturze ciągle widzę te pranie i pranie...
Ale kiedy ktoś by mnie spytał co myślę i czuję patrząc na tytułową "Monę Lisę", to już wiedziałbym co odpowiedzieć. I to tak od serca. Szczerze.
Chyba jestem już dinozaurem...

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Całkowicie się z Tobą zgadzam.Jasno i rzeczowo napisane.Czasami się zastanawiam czy twórcy tych dzieł wiedzą co namalowali.Pozdrawiam Wiola

Maddalena pisze...

Zmieniają się z czasem wartości i kryteria obrazu. Może zamiast 'Co widzę?' warto postawić sobie na przykład pytanie 'J a k widzę?'. Albo - u Rothko - 'Jak obraz na mnie działa?'. :)

Bogusław pisze...

Ale, jak na mnie działa, to już odpowiedziałem... Tylko, że to samo, z sygnaturą "Bogusław" jest g... - warte. Dzięki za uwagę.

Prześlij komentarz

Blog o sztuce i takich tam innych rzeczach.
dawniej UTW w Stargardzie

...

Wszystkie treści zamieszczone na tym blogu wolno kopiować, powielać, cytować, rozpowszechniać, czytać, rozmyślać nad nimi, krytykować czy wyśmiewać, ale oczywiście z podaniem, przynajmniej tak dla przyzwoitości, ich źródła. Dziękuję.